Takich ran nigdzie nie zobaczysz

Takich ran nigdzie nie zobaczysz

Bezdomni im ufają, bo wiedzą, że Medycy na Ulicy traktują ich z uwagą i szacunkiem

W centrum Warszawy przed Dworcem Centralnym w każdy poniedziałek i piątek wieczorem zbierają się bezdomni. Nie tylko ci, którzy od lat, od miesięcy czy dni mieszkają na dworcu. Przyjeżdżają z całego miasta, bo tu mogą znaleźć pomoc lekarską. Inicjatywa Medycy na Ulicy funkcjonuje już dziesięć lat. W czasach pandemii, kiedy ochrona zdrowia skupiła się na walce z covidem, jest tym bardziej potrzebna.

Poniedziałek, ostatni dzień listopada, a zimno jak zimą. Dochodzi godz. 19. Na parkingu jeszcze nie ma ambulansu. Pojawi się przed godz. 20 i zatrzyma jak zawsze na rogu. Ale nieopodal już stoi uformowana w długą kolejkę przeszło stuosobowa grupa bezdomnych. Nie wszyscy mają problemy zdrowotne. Po prostu przyszli na kolację. Można ją zjeść raz w tygodniu. Wolontariusze z Fundacji Daj Herbatę już rozstawili na murku kilkanaście termosów z gorącą herbatą i kawą. Teraz szykują się do rozdawania paczek. Oceniają liczbę oczekujących i szacują, że z powodu zimna, jest mniej ludzi niż w ostatnich tygodniach, kiedy na posiłek przychodziło nawet 230 osób. Dlatego ci najbardziej wygłodzeni będą mogli stanąć po raz drugi w kolejce po dodatkową porcję. To dwie kanapki z wędliną i sałatą, pasztet w puszce, banan i pojemnik z gorącą zupą – kremem jarzynowo-pomidorowym.

Ambulans z emblematem Fortior – Fundacja dla Wielu właśnie przyjechał. Fortior po łacinie znaczy silniejszy, bo fundacja chce dawać siłę osobom w kryzysie. Kilkudziesięciu bezdomnych zamieniło fundację karmiącą na leczącą. W kolejce nie wiadomo, kto jest kim. Po pomoc przychodzą ludzie z dyplomami uczelni, byli żołnierze z misji zagranicznych czy ubodzy emeryci. Ostatnio do bezdomności przyznał się znany muzyczny dziennikarz radiowy.

Agresja nie przejdzie, zwłaszcza wobec kobiet

W karetce jest tylko tyle miejsca, by zmieścili się pacjent leżący na łóżku i dwoje medyków. Michał „Walter” Chełstowski kończy przygotowania do przyjęcia pacjentów – dezynfekuje co potrzeba. Niebawem zjawia się Daria „Dusia” Kaźmierczak. Oboje są ratownikami kwalifikowanymi – ukończyli kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy, a potem szkolenia podnoszące umiejętności. Będą się zajmować pacjentami jednocześnie, by zminimalizować czas wizyty. Przy ambulansie głównie mężczyźni, zaledwie kilka kobiet. Szefem zespołu jest dziś Marcin, ratownik medyczny z wykształceniem kierunkowym, może podawać leki i wykonywać samodzielnie czynności medyczne.

Marcin jest w grupie Medycy na Ulicy od dwóch lat. – Jeśli ktoś wytrzymał sześć miesięcy, mówimy, że jest weteranem – śmieje się. – Albo ktoś przychodzi i wsiąka w tę działalność, albo pojawi się raz czy dwa i znika. Może inaczej sobie wyobrażał tę pracę, może nie wytrzymuje tego, co się tu dzieje? Ale czasem to my rezygnujemy z takiego człowieka. Przede wszystkim musi zostać zaakceptowany przez nasz zespół i podopiecznych. To ważne. My traktujemy naszych podopiecznych jak równorzędnych partnerów. Są osoby, które pracują w fundacji pięć lat, siedem, a nawet dziesięć.

Marcin zawiadamia oczekujących, że jako pierwsze zostaną przyjęte kobiety i przeprowadza wstępne wywiady: cały na czarno w firmowej odzieży fundacji, podchodzi do każdej osoby w kolejce, pyta, jakiej pomocy oczekuje, robi notatki. Są tacy, którzy przyszli po pierwszą pomoc, inni potrzebują wsparcia w wykupieniu leków na receptę, kolejni tylko po skarpetki, rękawiczki czy majtki, bo medycy przywożą je ze sobą. Pierwsi podopieczni – tak Marcin zawsze mówi o bezdomnych – już dostali, co chcieli, więc mogą się udać na nocleg do noclegowni, pustostanów czy zacisznych zaułków. Albo położyć się spać gdziekolwiek i przykryć kocem, jak ten bezdomny, który zwykle nocuje na chodniku w sąsiedztwie Dworca Centralnego.

Starsza kobieta opiera się na dwóch kulach. Podobnie stojący obok mężczyzna. Rozmawiają i nagle mężczyzna kulą uderza w plecy kobietę. Nie wiadomo, o co chodzi. Ale Marcin, który to widzi, nie docieka przyczyny. – Dziś nie zostaniesz przyjęty. Przeproś tę panią i przemyśl swoje zachowanie – informuje agresora. Mężczyzna zabiera plecak i wielką walizę na kółkach, odgraża się, że więcej tu się nie pojawi. Jeden z bezdomnych mówi spokojnie: – Przecież wiesz, że tu wrócisz, bo potrzebujesz ich pomocy. Jak nie w piątek, to w następny poniedziałek tu przyjedziesz.

– Nasi podopieczni dobrze wiedzą, że nie toleruję przemocy, a przemocy mężczyzny w stosunku do kobiety szczególnie – wyjaśnia Marcin. – Wiedzą też, że po takim incydencie tego dnia nie uzyskają pomocy. Muszą przemyśleć, co zrobili. Taka kwarantanna bardzo dużo daje. Potem przychodzą i przepraszają, a my zapominamy o incydencie. Jeżeli ktoś próbuje być agresywny, nasi podopieczni najpierw załatwiają sprawę między sobą. Bardzo rzadko agresja jest skierowana w nas. Podopieczni dbają o to, żeby nikt nie zrobił nam krzywdy.

Kobieta, która dostała kulą w plecy, nie jest bezdomna. To emerytka, której nie starcza pieniędzy na wykupienie leków. Takie osoby również korzystają z pomocy Medyków na Ulicy. – Przynosi receptę, której nie może wykupić, i dostaje od nas informację, gdzie może uzyskać pomoc – opowiada Marcin. – Darczyńcy wspomagają nas nie tylko wpłatami, ale i materiałami opatrunkowymi. Część osób, które przychodzą tutaj, nie kwalifikuje się do pomocy, bo narzekają na zmęczone nogi, a w takim przypadku nic nie możemy zrobić. Taka osoba powinna się położyć i po prostu odpocząć. Bardzo dużo osób przychodzi z różnego rodzaju ranami. Jedne są wynikiem braku możliwości wykonania podstawowych zabiegów medycznych, drugie konsekwencją upadków. Przychodzą też z problemami skórnymi. Głównie są to stali pacjenci, którzy wymagają opatrunku. Mają przychodzić do nas w poniedziałki i piątki. Jeśli jest zachowana ciągłość wsparcia dla pacjenta, to po dwóch-trzech miesiącach wychodzą nawet z ciężkich przypadków. Ale zdarza się, że przyjdą raz, dostaną opatrunek i już się nie pojawią.

Nieduży mężczyzna jest holowany przez kobietę w jasnej kurtce i jasnych leginsach. To rzadkość, bo bezdomni wybierają raczej ciemne kolory. „Jasna pani” mówi, że przyjaciel musi być przyjęty poza kolejnością, bo za chwilę będzie miał atak padaczki. Po rozmowie z Marcinem oddalają się. Wtedy jeszcze nie wiem, dlaczego zostali odprawieni.

Kobiety już uzyskały pomoc. Jedna została odesłana do szpitala, bo objawy mogły świadczyć o poważnym zakażeniu bakteryjnym. Drugi ciężki przypadek to rana z powodu podpalenia – w czasie snu mężczyźnie podpalono skarpetki.

Operator z bandażem zamiast kamery

Każdy pacjent zajmuje medykom od kilkunastu do kilkudziesięciu minut. Michał i Daria są zmęczeni. Potrzebują chwili wytchnienia.

– Trafiłem do Medyków na Ulicy w styczniu tego roku – mówi Michał „Walter” Chełstowski. – Znalazłem się tu przypadkiem, bo pomagałem koledze przy jednym transporcie. Powiedział mi: „Wiesz, jest na Centralnym taka fajna ekipa ludzi, którzy pomagają, może chciałbyś ze mną pojechać?”. Przyjechałem i już zostałem. Od tego momentu jestem niemal na wszystkich dyżurach, poświęcam tej działalności od 15 do 20 godzin tygodniowo, pro bono. Czyli jakbym miał dodatkowe pół etatu.  Dołączyłem do Medyków na Ulicy, bo zawsze lubiłem pomagać ludziom i tutaj mogę się spełnić. A poza tym to jest niesamowita grupa ludzi.

Zawodowo nie jest związany z medycyną. Jest filmowcem, ma firmę producencką. Pochodzi z rodziny związanej z reżyserią i twórczością telewizyjną, więc świat ludzi bezdomnych raczej nie był mu znany. Teraz go poznał. Nauczył się imion podopiecznych, a oni mówią do niego po prostu „Walter” – kiedy było w fundacji kilku Michałów, dodano mu taką ksywkę.

– Jestem podobnie jak „Walter” ratownikiem kwalifikowanym pierwszej pomocy – wyjaśnia Daria Kaźmierczak. – Przyszłam do fundacji mniej więcej w tym czasie co on, jestem tu ponad rok. Na kursie poznałam ludzi związanych z fundacją. Zaprosili mnie, żebym wpadła na dyżur. I tak zostałam. W fundacji łączy nas również to, że wszyscy się lubimy. Zawodowo nie pracuję, jestem studentką wydziału pedagogicznego.

Czy pomaganie ludziom w kryzysie daje jej satysfakcję? – Zdecydowanie tak! – przekonuje „Dusia”. – Zdarzają się trudniejsze momenty, które zmuszają nas do refleksji, do przemyśleń. Ale dla mnie, od kiedy przychodzę na dyżury Medyków na Ulicy, Dworzec Centralny stał się pięknym miejscem. Myślę, że m.in. my, którzy przyjmujemy chorych pod dworcem, udowadniamy sobie nawzajem i światu, że są jeszcze dobrzy ludzie. I że drugi człowiek może być piękny, nawet jeśli akurat jest w kryzysie bezdomności. Niejednokrotnie nasi podopieczni są fantastycznymi osobami, które spotkało coś, z czym nie mogą sobie poradzić. My jesteśmy tu także po to, by im pokazać, jak z tej sytuacji można wyjść. Z nami zawsze dyżurują psycholodzy, którzy wspierają podopiecznych. Teraz mamy ograniczone możliwości nawiązywania kontaktów. Są maski i trudniej zobaczyć, że ktoś się uśmiecha. A uśmiech i dobre słowo są tu bardzo ważne.

Najtrudniejszy przypadek na dzisiejszym dyżurze? – Jesteśmy przyzwyczajeni do długo gojących się ran czy pasożytów i umiemy sobie z nimi radzić – zapewnia Daria. – Dla mnie najtrudniejsze są takie sytuacje jak dziś – był podopieczny, który miał poparzoną stopę, bo ktoś podpalił mu skarpetki. Z perspektywy medycznej nie jest to trudny przypadek, ale trudno się z czymś takim pogodzić.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie robią sobie takie rzeczy.

Świeży nabytek

Dziś „Walter” musi wcześniej niż zwykle zejść z dyżuru, a bywa, że trwa on i po północy. Na jego miejsce przyjechała Katarzyna Daniszewska. Podobnie jak „Dusia” jest studentką, ale prowadzi też firmę, która zajmuje się organizacją szkoleń pierwszej pomocy i pracami na wysokościach. Jest ratownikiem kwalifikowanym, instruktorem pierwszej pomocy, a w pewnym momencie ratownictwo uznała za powołanie i postanowiła zostać ratownikiem medycznym. – Poszłam na trzyletnie studia, które miałam zakończyć w tym roku obroną pracy licencjackiej – wyjaśnia. – Ratownictwo medyczne jest dla mnie powołaniem. Niestety, przez pandemię utknęłam za granicą i jeszcze nie miałam obrony pracy. Ale jeśli nie w tym roku, to w następnym na pewno ją obronię.

Mówi, że jest dosyć świeżym nabytkiem. – Od pewnego czasu obserwowałam Medyków na Ulicy. Miałam bardzo mało czasu ze względu na pracę, ale kiedy trochę się rozluźniło, spytałam, czy mogę dołączyć do fundacji. Bardzo chciałam. Po pierwsze, ze względu na ratownictwo medyczne i na ogromne doświadczenie, jakie tu można zdobyć, jeśli chodzi o pacjentów z ciężkimi ranami. Po drugie, jeśli mam trochę czasu, lubię go dobrze spożytkować. A po trzecie, teraz, kiedy państwowy system opieki zdrowia i system ratownictwa medycznego jest tak obciążony, można zatrzymać postęp choroby i nie będzie ona zagrażać zdrowiu czy życiu podopiecznego, nie będzie też potrzeby korzystania z systemu ochrony zdrowia.

Mówi jak minister zdrowia. Za to minister – niestety – tak nie mówi.

Kuba nie jest członkiem fundacji, ale przychodzi od jakiegoś czasu, bo chciałby pełnić dyżury z Medykami na Ulicy. Mimo przenikliwego chłodu trwa przy ambulansie, gotowy do pomocy. Pójdzie do pobliskiego baru po gorącą kawę i kanapkę dla dyżurujących albo przypilnuje, by żaden z podopiecznych z kolejki nie zbliżał się niepotrzebnie do ambulansu. Z zawodu jest strażakiem, ma uprawnienia ratownika, studiuje na wydziale pielęgniarstwa.

Mężczyzna, który przyszedł z psem, w karetce jest ponad pół godziny. Dla oczekujących na chłodzie to wieczność, dla ratowników – dokładnie tyle, ile potrzeba. Pies się niepokoi. Podopieczni fundacji też, że zbyt długo czekają. Marcin spokojnie tłumaczy, że przecież pacjenta z karetki nie wyrzuci. Zabieg zakończony, skoro tuż po tych słowach „Dusia” wygląda przez szczelinę w drzwiach i prosi Marcina o dwie pary skarpet rozmiar 42 i dwie pary majtek. Niestety, białe, grube podkolanówki to ostania para. Dziś skarpet nie starczyło dla wszystkich potrzebujących.

Zjawia się mężczyzna z wenflonem w dłoni. To rzadki widok, bo wenflon kojarzy się z kroplówką i ze szpitalem, a nie z parkingiem pod dworcem. Tłumaczy coś Marcinowi, a na koniec ratownik medyczny wyciąga wenflon. Pytam zdziwiona, jak to możliwe, by bezdomny miał wenflon, i czy on, Marcin, mógł mu odmówić usunięcia.

– Oczywiście mogłem mu powiedzieć, że nie wyciągnę, i gdzieś go odesłać, ale wtedy nadal by z nim chodził i mogło się tam wdać zakażenie – wyjaśnia. – Zdarza się, że ludzie uciekają ze szpitali. Kiedyś widziałem, jak Nowym Światem idzie mężczyzna i pcha stojak z kroplówką, z którą jest połączony przez wenflon. Można? Można!

Nagle człowiek w czerwonej kurtce upada na ziemię. Wygląda to na atak padaczki. Marcin rzuca się na pomoc. Udaje mu się opanować mężczyznę. Po kilkunastu minutach człowiek w czerwonej kurtce zgłasza się do Marcina z prośbą o relanium. Tym razem Marcin przygląda mu się uważnie, zadaje kilkanaście pytań, a na koniec stwierdza: – Ty nie masz padaczki. Udajesz. Ode mnie nie dostaniesz żadnych leków, więc już nie próbuj tej sztuczki.

A widząc moje zdziwienie, wyjaśnia, że człowiek udawał atak padaczki, żeby dostać relanium, bo ten lek, stosowany m.in. na uspokojenie, powoduje „odlot”. I szybko uzależnia. Być może ktoś, kto nie ma takiego doświadczenia jak Marcin, na to przedstawienie by się nabrał. On nie. Przypominam sobie „jasną panią”, która przyprowadziła pod ambulans mężczyznę jakoby przed atakiem padaczki. Dopiero teraz zrozumiałam, po co naprawdę przyszli. Ale nie dostali nic. Bo łatwo jest uzyskać pomoc i fachowe wsparcie od Medyków na Ulicy, lecz niełatwo wyprowadzić ich w pole.

e.borecka@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 52/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy