Ze szpitala psychiatrycznego do filmu

Ze szpitala psychiatrycznego do filmu

To za żelazną kurtyną poczułem się naprawdę wolny


Philip Lenkowsky
 – aktor amerykański (rocznik 1962), jego najnowszy film to „Hel” w reżyserii Pawła Tarasiewicza i Katii Priwieziencew

Jak to się stało, że amerykański aktor, który ma na koncie role u Woody’ego Allena i Jamesa Ivory’ego, trafił do Polski?

– Mam polskie korzenie. Dziadek ze strony matki urodził się i wychował w Łodzi. Przyszedł na świat pod koniec XIX w., a na początku XX w. przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Nigdy go nie poznałem, zmarł przed moim urodzeniem. Rodzina ojca, Leknowscy, również miała epizod w Polsce, ale pochodzi z Rosji. W Europie Wschodniej pojawiłem się w 1983 r., kiedy kręciłem tu „Amadeusza” Miloša Formana. Czułem wtedy silną więź z miejscem, w którym się znalazłem. Pamiętam, że nocą widywałem duchy. Nie potrafię powiedzieć, czy faktycznie tak było, czy to jedynie moja wyobraźnia, ale to pokazuje, jak silnym przeżyciem była dla mnie ta wizyta.

To Czechy, wtedy Czechosłowacja, a Polska?

– Wtedy poczułem, że chcę wrócić do tej części globu, pobyć tu dłużej, poznać ją i lepiej zrozumieć. Kolejna okazja pojawiła się w 2000 r., wraz z rolą w miniserialu „Diuna”. Zostałem na trzy lata. Pracowałem w Pradze. Kiedy wróciłem do Los Angeles, gdzie przeprowadziłem się z Nowego Jorku, zadzwonił do mnie kolega. Desperacko szukał aktora, który mógłby zagrać przez jeden dzień w filmie. Ten zatrudniony wcześniej zrezygnował w ostatniej chwili i potrzebowali nagłego zastępstwa. Opierałem się, bo nie oferowali honorarium, a przysięgłem sobie kiedyś, że nie będę grał za darmo. Ale że za tym projektem stała polska ekipa, zgodziłem się. Chciałem pracować z Polakami. Okazało się, że jeden z producentów jest z Łodzi. Poznałem tam operatorkę Monikę Woźniak, dziś moją żonę. Stąd wziąłem się w Polsce.

Jak podjęliście decyzję o wyjeździe?

– Kiedy Monika wróciła do Polski, pojechałem do niej na osiem miesięcy. Jeździłem z nią na plany filmowe, na których pracowała. Potem pojechaliśmy do Los Angeles, gdzie wzięliśmy ślub i gdzie urodził się nasz syn Tymek, który dziś jest moim tłumaczem, bo ja jestem zbyt leniwy, żeby nauczyć się polskiego. Znam jedynie podstawowe słowa i zwroty. Po pięciu latach zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do Polski, gdzie mieszkam już pół dekady. Decyzję podjęliśmy ze względu na wiele czynników. Ważni byli dla nas rodzice Moniki, którzy czekali na wnuka. Ja nie mam rodziny w Los Angeles. Poza tym Monika ma lepsze perspektywy pracy tutaj. No i byłem zmęczony życiem w LA. Tam jest tylu aktorów… Walka o role wykańcza. Wiele razy wracałem do domu i mówiłem Monice, że poszło mi dobrze na castingu, po czym nie dostawałem roli. W Polsce zaś szybko otrzymałem propozycję zagrania w „Helu”, w którym twórcy dali mi tyle wolności i pozwolili wpływać na kształt postaci i całego filmu. Mogłem przepisać dialogi, żeby brzmiały bardziej amerykańsko, ale też podrasować je, żeby pasowały do mojego rozchwianego emocjonalnie bohatera. Ta rola była dużym wyzwaniem. Ważna była nie tylko fizyczność, ale i stany emocjonalne. Na szczęście znam się na tym. Z wykształcenia jestem psychologiem. Przez wiele lat pracowałem w szpitalu psychiatrycznym.

Przeżył pan szok kulturowy w Polsce?

– Nie, bo miałem już doświadczenia po trzech latach mieszkania w Pradze. Ale kiedy przyjechałem do stolicy Czechosłowacji – to był prawdziwy szok. Najbardziej zadziwiło mnie, że nie ma żadnych reklam, którymi wypełnione były amerykańskie ulice. Poczułem się dzięki temu wolny, jakby ktoś wyzwolił mnie spod dominacji reklam. To zakrawało na ironię, bo przecież przyjechałem za żelazną kurtynę. Tymczasem okazało się, że w USA też jest jak w więzieniu – kapitalizmu, sprzedaży, rynku. Kolejnym zaskoczeniem było to, że kobiety w Europie Wschodniej są takie piękne, a także architektura i jedzenie. Teraz to się zmienia – ta część świata staje się coraz bardziej zwesternizowana. Ma to plusy i minusy, ale dla nikogo, kto teraz przyjeżdża tu z USA, nie jest to już taki szok.
Jak dostał pan rolę w „Helu”?

– Mój agent Kamil Ronczka przedstawił mnie Pawłowi Tarasiewiczowi, reżyserowi „Helu”. Paweł zobaczył moje demo, CV i filmografię. Zainteresował się mną. Zdecydował, że mnie chce i że stworzy historię pode mnie. Na spotkaniu powiedział, że będę główną postacią filmu. Kusił mnie też perspektywą wyjazdu nad polskie morze. Ale to główna rola mnie przekonała. Nigdy w karierze jej nie dostałem. Zawsze byłem aktorem charakterystycznym, na drugim planie. Teraz wreszcie miałem szansę się wykazać. Choć nie twierdzę, że do tej pory nie miałem takiej możliwości – przecież to aktorzy drugoplanowi wprowadzają kolor do filmów, nadają im wyrazistość i dookreślają głównego bohatera.

Jak pan się czuł w głównej roli?

– Wspaniale było znaleźć się w centrum uwagi. Czułem się jak Al Pacino!

Aktorem, który panu dodaje koloru, jest Marcin Kowalczyk.

– W pierwszej wersji „Helu” jego bohatera Kyle’a miał zagrać naturszczyk. Miał jednak duże problemy ze scenami dialogowymi. Musieliśmy go zastąpić. W drugiej wersji w tej roli pojawił się Marcin. Znałem go z „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida. Dogadaliśmy się bardzo szybko, świetnie nam się współpracowało.

Strony: 1 2

Wydanie: 32/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy