Zielona rewolucja

Zielona rewolucja

Korespondencja z Tel Awiwu

Izraelski wywiad wprowadził w błąd rządzących, przepowiadając do ostatniej chwili przygniatające zwycięstwo Fatahu nad Hamasem w wyborach w Palestynie

Wiadomość o niespodziewanym zwycięstwie wyborczym palestyńskiego Hamasu spadła na izraelskie głowy jak zepsuta lodówka wyrzucona z 41. piętra telawiwskiego wieżowca Azrieli.
Terror u władzy! histeryzują hebrajskie witryny internetowe, nurkują akcje na giełdzie, szybuje dolar, drożeje benzyna, mistrz Europy Maccabi Tel Awiw przegrywa w koszykówce z mizerną Armani Milano, spikerzy telewizyjni czytają wiadomości z marsowymi minami. Jak gdyby ogłaszali upadek III Świątyni (tzn. współczesnego Izraela).
Nawet gazeta „Haaretz”, oględna w wyrażaniu poglądów, nie ustrzegła się przed pesymistycznymi uwagami w rodzaju „Nowy problem strategiczny Izraela: Hamas może ze względów taktycznych przestrzegać hudny (chwilowego zawieszenia broni), ale nadal dążyć będzie do zniszczenia Izraela”, „Egzamin Ehuda Olmerta: pełniący obowiązki premier staje przed poważnym kryzysem państwowym, skupiającym uwagę świata”, „Zwycięstwo Hamasu zmienia konflikt palestyńsko-izraelski w konflikt arabsko-żydowski”, „Lęk przed wybuchem wojny domowej: większość działaczy Fatahu sprzeciwia się przystąpieniu do rządu jedności z Hamasem”, „Kto nie chciał Mahmuda Abbasa, dostał czołową reprezentację terroru, odpowiedzialną za zamachy na terenie Izraela” itd. na dziewięciu (!) kolejnych stronach opiniotwórczej gazety Izraela.
Wynik palestyńskich wyborów zaskoczył „Haaretz” i Izrael, chociaż wiadomo było, że radykalni nosiciele zielonych kaszkietów i pistoletów maszynowych Kałasznikowa cieszą się niekłamanym uznaniem na terenie Autonomii dzięki przeciwstawianiu się przygniatającej przewadze technologicznej izraelskiej armii. Nimb cierpiętnictwa i bohaterstwa otaczający Hamas osiągnął apogeum po spektakularnym rozstrzelaniu w Gazie rakietami Hellfire odpalonymi z izraelskich helikopterów duchowego przywódcy organizacji, kalekiego szejka Ahmeda Jasina.
„Haaretz” taktownie przemilcza, że w 1987 r. izraelskie władze użyły sił bezpieczeństwa, Szabaku, w celu dyskretnego poparcia szejka Jasina, powołującego do życia dzisiejszy Hamas! W rozumieniu ówczesnych polityków, modelujących strategię żydowskiego państwa wobec palestyńskich idei wolnościowych, Hamas szejka Jasina – zajmujący się początkowo działalnością religijną i społeczno-kulturalną – miał stanowić przeciwwagę dla Fatahu Arafata. Kiedy Hamas zmienił kierunek działania na bardziej radykalny (czytaj: antyizraelski), premier Icchak Rabin kazał wyłapać 400 czołowych aktywistów organizacji, w tym nauczycieli, palestyńskich intelektualistów i dziennikarzy, po czym wydalił ich do Libanu, do namiotów UNRRA, postawionych na śniegu po drugiej stronie granicy. Idol „Haaretz” Rabin nie przewidział, że wygnani hamasiarze na początku będą pozować do fotografii, parząc kawę na prymusach pod gołym niebem i stając się wziętym tematem reportaży międzynarodowych agencji prasowych i telewizyjnych, a potem przejdą przeszkolenie terrorystyczne w szeregach libańskiego Hezbollahu.

A co było później, wiadomo.

Na wieść o bezprzykładnym zwycięstwie Hamasu w demokratycznych wyborach wojskowi i polityczni przywódcy żydowskiego państwa poczęli oskarżać się nawzajem o spowodowanie sukcesu palestyńskich radykałów poprzez systematyczne poniżanie prezydenta Palestyńczyków, Mahmuda Abbasa, i oskarżanie ministrów palestyńskiego rządu o okradanie kasy Autonomii.
Sukces Hamasu uważany jest w Izraelu za osobistą porażkę Ehuda Olmerta, pełniącego obowiązki premiera, a zarazem stojącego na czele nowej partii Kadimy (Naprzód), założonej przez premiera Szarona na krótko przed utratą zdrowia i znalezieniem się w szpitalu. Zwycięstwo Hamasu okazało się teraz znakomitym pretekstem do oskarżania Olmerta o ślepotę polityczną i umożliwiło bezpardonowe atakowanie Kadimy, będącej solą w oku politykom z prawa i lewa, zaniepokojonym rosnącym zapleczem elektoralnym partii Szarona. Przechwycenie władzy przez Hamas zdewaluowało ugodowy program polityczny Kadimy, upichcony ad hoc z uwagi na zbliżające się izraelskie wybory powszechne i przewidujący pokojowe porozumienie z Palestyńczykami. A przywódcę Kadimy, Olmerta, stawia się pod pręgierzem za niewykorzystanie uprawnień premiera i tchórzliwe zezwolenie Palestyńczykom na przeprowadzenie wyborów. Zdaniem izraelskiej prawicy, Ehud Olmert miał w rękawie 1001 powodów, żeby nie dopuścić Palestyńczyków do urn wyborczych, ale ugiął się pod naciskiem Białego Domu, UE i ONZ.
„Szaron nie zezwoliłby Palestyńczykom na przeprowadzenie wyborów z udziałem Hamasu!”, wykrzykują niegdysiejsi bliscy współpracownicy premiera, przewracającego się z oburzenia w szpitalnym łóżku.
„Ale to Szaron obiecał Palestyńczykom i Condoleezzie, że zaakceptuje wybory! Sam słyszałem”, broni się p.o. Olmert, po czym dopadają go znawcy przewrotnej metody strategicznej premiera Izraela. „Ariel Szaron istotnie obiecał Palestyńczykom zgodę – ale nie obiecał, że dotrzyma słowa”, kpią przeciwnicy Olmerta.
W prywatnych rozmowach Ehud Olmert wskazuje na niedołęstwo wojskowego wywiadu Izraela, Amanu, któremu lekkomyślnie uwierzył. Nieporadny Aman istotnie wprowadzał w błąd Olmerta i ministrów Kadimy, przepowiadając do ostatniej chwili przygniatające zwycięstwo Fatahu nad Hamasem. Dlaczego zatem Olmert miałby sprzeciwiać się przeprowadzeniu przez Palestyńczyków wyborów, jeśli według podkomendnych generała wywiadu Farkasza zwyciężyć miał

ugodowo zorientowany Fatah?

Co gorsza pochopna i nieodpowiedzialna ocena wywiadu wojskowego sprowokowała czołowych izraelskich polityków do szermowania buńczucznymi oświadczeniami, że obecność w palestyńskim rządzie chociażby jednego ministra z ramienia Hamasu storpeduje negocjacje pokojowe i przekreśli dotychczasowe porozumienia, zawarte między stronami. „Jeśli w rządzie palestyńskim zasiądą przedstawiciele Hamasu, Izrael na własną rękę określi swoje granice!”, groził w przededniu palestyńskich wyborów minister obrony Izraela, gen. Szaul Mofaz, któremu wtórował szef Sztabu Generalnego, gen. Dan Halutz. Wygląda na to, że Palestyńczycy opowiedzieli się gremialnie za Hamasem na złość Mofazowi i Halutzowi, uważanym na terenie Autonomii za przestępców wojennych.
Poza tym akcje wyborcze Hamasu poszły w górę po zastrzeleniu przez izraelskich żołnierzy opodal muru bezpieczeństwa dwojga palestyńskich dzieci, 14-letniego chłopca i 7-letniej dziewczynki. Incydenty miały miejsce mimo obietnicy władz bezpieczeństwa, że w czasie wyborów żołnierze powstrzymają się przed otwarciem ognia. Nieprzyjemny zapach prowokacji wierci w nosie, nawet jeśli nie jest się dyplomowanym arabistą, czołowym analitykiem bądź asem wywiadu z kuchni gen. Farkasza.
Możliwe, że Hamas nie odniósłby przygniatającego zwycięstwa (76 foteli w palestyńskim parlamencie wobec 43 foteli Fatahu), gdyby izraelskie władze posłuchały korespondenta „Przeglądu”, opowiadającego się w liście do redakcji „Haaretz” za wypuszczeniem z więzienia Marwana Barghutiego, odsiadującego wyrok dożywocia pod zarzutem, jakoby popierał Bataliony Męczenników Al Aksy. Barghuti nikogo nie zabił, tzn. według miejscowego porzekadła nie ma rąk splamionych żydowską krwią, jak niejaka Chawa Jaari, żona popularnego dziennikarza telewizyjnego, arabisty, która w celu zawładnięcia oszczędnościami amerykańskiej Żydówki, Maszy Lubiński, rozbiła jej głowę wałkiem do ciasta i ranną rozjechała autem. Chawa, nawiasem mówiąc, już swoje odsiedziała, cieszy się wolnością i udziela wywiadów.

Osobisty więzień Szarona

Barghuti nie jest krwiożerczym mordercą z urodzenia, wręcz na odwrót! Chociaż nieźle molestowany przez izraelskich uczniów Feliksa Dzierżyńskiego, wyznających zasadę, że nie ma niewinnych, są tylko źle przesłuchiwani, Barghuti pozostał orędownikiem pokojowego rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Na mocy bliskowschodniego paradoksu znalazł się za kratami właśnie dlatego, że gotów był zasiąść z Izraelem do negocjacji pokojowych! Nie było to na rękę premierowi Szaronowi, operującemu w Jerozolimie i w Waszyngtonie argumentem, że po palestyńskiej stronie nie ma partnera do rozmów. Pokazowy proces poszlakowy Barghutiego zakończony uwięzieniem uwolnił premiera Szarona od konieczności borykania się z nowym Arafatem. Barghuti stał się więc prywatnym więźniem Szarona, jak Gérard Philipe w archiwalnej filmowej wersji „Pustelni parmeńskiej” Stendhala.
Barghuti, stawiany obok Nelsona Mandeli, jest klasycznym typem przywódcy, a izraelskie więzienie i nieustępliwe stanowisko zajęte przezeń podczas śledztwa wzmocniło tylko jego pozycję w ruchu sprzeciwu. Zwolniony z izraelskiego kicia (choć pieszczotliwe określenie nie bardzo pasuje do kazamat Szabaku) Marwan Barghuti stanąłby na czele Fatahu zamiast anemicznego Mahmuda Abbasa. Byłoby to na rękę Izraelowi, bo w negocjacjach pokojowych z Izraelem jedynie Barghuti mógłby sobie pozwolić na ustępstwa, wykorzystując autorytet, jakim się cieszy na terenie Autonomii.
Ale władze Izraela nie zwolniły osobistego więźnia Szarona, chociaż w ostatniej chwili, pragnąc wspomóc Fatah, cierpiący po śmierci Arafata na brak charyzmatycznego przywództwa, zezwolono Baghutiemu na wygłoszenie przemówienia wyborczego zza krat. Było to za mało i za późno.
Dowodem konsternacji sterników izraelskiej łajby państwowej jest fakt, że p.o. premier Ehud Olmert zakazał swoim ministrom wygłaszania jakichkolwiek opinii odnośnie nowej sytuacji, w jakiej znalazł się Izrael. I dopiero w piątek rano hebrajskie media podały ostentacyjne i najpewniej gołosłowne oświadczenie p.o. Olmerta, że „Izrael i świat nigdy nie uznają rządu Hamasu”. Można zrozumieć, że Olmert przemawia w imieniu żydowskiego państwa, do czego jest uprawniony pod nieobecność Szarona. Ale chyba przesadza, występując zarazem w imieniu współczesnego świata. Premier Ariel Szaron nawet w zapale krasomówczym nie popełniłby podobnej gafy.

 

Wydanie: 5/2006

Kategorie: Świat
Tagi: Edward Etler

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy