Z ziemi irackiej do Polski

Z ziemi irackiej do Polski

Jedni uciekli przed reżimem, drudzy, by studiować za pieniądze Husajna. Dziś są podzieleni bardziej niż przed upadkiem tyrana

Przyjeżdżali od lat 60. Na studia. Większość została tu przez przypadek. Dziś nazywają Polskę kismet – przeznaczeniem. I siostrą. Są lekarzami, wykładowcami, prawnikami, prowadzą duże biznesy albo restauracje z kebabem. Zapuścili korzenie w Oleśnicy, Morągu, Kutnie, Radomiu. W Białymstoku, Piaskach, Olsztynie mają polskich teściów. Zupełnie tak samo jak Polak z krwi i kości przerywają rozmowę siarczystym „do jasnej cholery” i „proszę ja ciebie”.
Polscy Irakijczycy. Jedni wtopili się w tutejszą rzeczywistość, drudzy żyją między wersetami Koranu a wigilijną choinką polskiej żony. Ci, którzy nie zapomnieli o swoim proroku, po 11 września bali się, że ktoś powie do syna: „Ty terrorysto”. Ale nie powiedział.
Hatif Janabi, którego syn ma zdjęcie z przedszkola w szlacheckim kontuszu, nie lubi pytań, czy czuje się Polakiem: – Nie wystarczy mieć polskiej żony. To tak jak nosić kożuch z Zakopanego, nie będąc góralem. To trzeba mieć gdzieś w środku…
Jeszcze do niedawna o braciach i siostrach z Iraku mówili niechętnie. Bali się agentury. I bali się siebie nawzajem. Choć jest ich w Polsce niespełna 300, podzielili się jeszcze bardziej, odkąd upadł Saddam Husajn i wolno mówić głośno. Bo nie wszyscy uciekali do Polski przez reżimem lub kolejną wojną. Jedni inwazję nazywają wojną, drudzy – wyzwoleniem. Od niedawna w irackiej placówce rezyduje nowy ambasador, a Stowarzyszenie Irakijczyków w Polsce, popierające politykę reżimu, rozpadło się tuż po rozpoczęciu wojny. Trudno jednak się dowiedzieć dlaczego.
Kilka dni po interwencji USA Ziyad Raoof, przedsiębiorca z Krakowa, zadzwonił do Alego Ghafoura, że trzeba zrzeszyć emigrantów politycznych i pomóc budować demokrację w Iraku. Ali przyjechał z Olsztyna. Założyli Stowarzyszenie Irackich Demokratów Zamieszkałych w Polsce. Jabbar al-Yasiry też miał telefon od przyjaciela z Wrocławia, który zaprosił go na spotkanie do Krakowa, żeby wszystkie stowarzyszenia polsko-irackie zjednoczyć w jedno. Jabbar wsiadł w samochód i przejechał z Olsztyna do Krakowa 500 km. Wyszedł po półgodzinie.

Jestem synem Mohammada

W szpitalu wiedzieli, że Mohammad Tchaytchian jest zdenerwowany. Mówi wtedy po polsku w arabskiej składni. Wychodzą bzdury. W czwartek, 20 marca 2003 r., Mohammad, ginekolog położnik w Klinice Ginekologii w Lublinie, całą noc oglądał telewizję Arabia. Trochę pociekły mu łzy, gdy bombardowali jego Bagdad, gdzie zostawił dom z płaskim dachem, na którym latem spali całą rodziną. Sam go budował. Choć wtedy to już nie był dom Mohammada. Gdy ludzie zaczęli masowo emigrować w latach 80., rodziny podrabiały podpisy i wystawiały na sprzedaż tysiące pustych domów… Ciotka podrobiła podpis matki. Wtedy o 3.30 wypił butelkę absoluta. Dla Mohammada zaczęło się wyzwolenie. Nie wojna.
Mohammad, ciemnoskóry mężczyzna w eleganckim płaszczu, właśnie wrócił ze sprawy rozwodowej kolegi. Był świadkiem. Wsiąkł w Polskę nawet w takich detalach. Nawet tym znaczkiem Ordynackiej w klapie marynarki. Zaangażowanie w politykę zostało mu z Iraku. O tym, że wsiąkł w Polskę, świadczą też kolejki białych pacjentek w szpitalu i prywatnej przychodni. Zawsze je uświadamia. Jak badać piersi, kiedy robić cytologię. W tej dziedzinie myśli zupełnie nie po arabsku. Nigdy nie uczył się medycyny z tamtych podręczników.
Tylko sny ma arabskie. Czasem mówi przez sen perskim dialektem. Żona, pracownik banku, nic z tego nie rozumie. Rozumieją dzieci. Osłuchały się, bo telefony od kolegów często odbiera. Jego telewizję też rozumieją.
Gdy Mohammad wyjeżdżał z Iraku w 1968 r., Husajn był wiceprezydentem. A ponieważ partia Baas faworyzowała czystą rasę, on, z pochodzenia Pers, był przegrany. Do Polski trafił przez przypadek. Potem ściągnął siostrę, dziś stomatologa w Szwecji. A gdy Husajn napadł na Kuwejt, nie pozwolili już wyjechać matce, która akurat była w odwiedzinach. Przez przypadek też wpadł na dziewczynę spod lubelskich Piasków. Ładną, jasnowłosą. Dostał stypendium SZSP. Z irackiej ambasady nie chciał. Nawet mieszkania nie kupował, bo myślał, że wróci, jak „ten kat”, „ten oprawca” upadnie. Nigdy nie wrócił.
W starej teczce Mohammad trzyma trochę pamiątek. Świadectwo z IX klasy, jakąś legitymację, z której uśmiecha się przystojny Arab z wąsem, receptę, zdjęcie z chłopakami nad jeziorem Al-Habania. W biblioteczce kilka książek, które czyta się od tyłu, na ścianie werset Koranu za szkłem. Ot, cały jego Irak w Lublinie.
– Ilu nas może być w Europie? – nie wie dokładnie. Wczoraj szef komisji wyborczej Iraku podał, że od 1,5 do 4 mln. Kim są? – Oprócz opozycjonistów wielu wyjechało legalnie za rządowe pieniądze Husajna – opowiada. – Pamiętam lata 80., 90., gdy studiowało ich w Polsce 3,5 tys. Bo tu było tanio.
W samym Lublinie Mohammad wtedy naliczył 120 Irakijczyków (dziś zaledwie siedmiu). – Dostawali po 500 dol. z irackiej ambasady – kontynuuje. – Gdy wybuchła wojna z Iranem i dolar w Iraku wysoko stał na czarnym rynku, wysyłali je rodzinie, ta sprzedawała za dinary i po kursie oficjalnym znów trafiały do Polski. Z 500 robiło się 3 tys. Zamieniali je na dziewczyny i alkohol. Taką ten kat produkował inteligencję. I tak im się dobrze żyło, że gdy przedłużała się wojna, nie wrócili w obawie przed śmiercią. Większość uciekła do Skandynawii. I teraz w TVN u Ewy Drzyzgi mówią o sobie patrioci? – pyta Mohammad.
Mohammad nie boi się powiedzieć, że agentura po Husajnie ma bary, restauracje i dziwne interesy w Łodzi, Warszawie, Wrocławiu. – Ponoć kat zostawił im swoje konta – mówi. – Niedawno jednego z nich widziałem w programie na żywo telewizji Al Dżazira. Ktoś zadzwonił, bo rozpoznał w nim agenta. On na to: „Spotkajmy się, a zobaczysz, czy cię zlikwiduję”.
Ciągiem dalszym z Iraku jest też Ali – imię, które dał synowi. Od zięcia proroka Mohammada. Na drugie imię ma Darek. Większość dzieci Irakijczyków, którzy ożenili się z Polkami, nosi dwa imiona. Gdy Ali, ciemnooki student medycyny, przedstawia się znajomym, do mądrzejszych mówi: „Jestem Ali”. Do głupszych: „Darek”. To zostało z podstawówki, gdy biegali za nim, krzycząc: „Arab, brudas!”. W szkole średniej już było inaczej. Ali nie wyklucza, że gdy w Iraku się uspokoi, zacznie tam praktykę lekarską. Właściwie nie wie, czyjej krwi płynie w nim więcej.
Ścianę w przedpokoju podpierają worki ryżu. Duże. Jak w zwykłym domu worki z ziemniakami. Dzieci lubią ryż. Na przykład z bamie, suszonym warzywem przypominającym paprykę, które znajomy przywiózł niedawno z Iraku. I bakalałe. Bardzo słodkie irackie ciasto, które piecze polska żona. Mohammad nie lubi pytania, czy czuje się zeuropeizowany. – Tak nie można pytać. Co znaczy zeuropeizowany? Że sam na sobie mam polegać? Dziękuję. Dlaczego w Szwecji jest najwięcej chorób psychicznych? Bo tam wszystko jest i każdy jest sam. W moim kraju nie ma bezdomnych. Gdy nie masz pieniędzy, nawet ciotka krewnej stryjecznego brata ma obowiązek ci pomóc.

Do księdza mówię: proszę pana

– Grudzień. Już w Iraku się chmurzy. Zaczyna się pora deszczowa… – Ali Ghafour, wicedyrektor olsztyńskiego Planetarium i Obserwatorium Astronomicznego, gdzie pracuje od 31 lat, patrzy z okna gabinetu. Bez Olsztyna już nie umiałby żyć. Choć zupełnie niepodobny do jego miasta w Kurdystanie. – Sulejmanii? – zamyśla się. – Piękne miasto. Górzysty teren. Coś jak Kraków.
Ali, obywatel największego narodu bez państwa, Kurd, czasem nosi swoją flagę w klapie. Ale nie lubi szafować symbolami. Co rusz dzwoni telefon. Raz Ali rozmawia jakoś gardłowo. Innym razem gładziej, ale podobnie. Ta druga melodia to kurdyjski. Nie zapomniał ani jednego słowa z tego języka, choć jest jedynym Kurdem w mieście. Gdy przez sześć lat był jedynym Kurdem w Polsce, rozmawiał sam ze sobą. Teraz jest ich ok. 60.
Ali nie lubi opowiadać o opozycyjnym życiorysie. Rozrabiał politycznie jeszcze za monarchii. Po 14 lipca 1958 r., gdy obalono króla, został pierwszym przewodniczącym Związku Studentów Irackich w swoim mieście. 1961 r. Ali, nauczyciel, uczy dzieci pieśni o Neuroz. Neuroz, Nowy Dzień, to dla Kurdów najważniejsze święto. 2704 lata temu zwykły kowal obalił króla tyrana. Ali dostał wezwanie do służb bezpieczeństwa. Pamięta portret Stalina, który wisiał nad biurkiem. Kazali na niego splunąć. Nie splunął. No to powiedzieli: „Do łopaty”. Przyjechał do Polski zaraz potem, gdy Baas objęła władzę. Tu też komunizował. Jednak idee komunizmu były na Bliskim Wschodzie czymś innym niż komunizm we wschodniej Europie. Widzi, co się dzieje. Ale Polaków nie obwinia. Boli tylko Alego, co się z tym narodem porobiło. – Dlaczego sami o sobie mówimy: kradnie jak Polak, cwany jak Polak? – pyta.
Długo nie prosił o obywatelstwo. Zawsze czuł, że wraca do Kurdystanu. Dostał je dopiero w 1990 r. Wśród odznak, które rozłożył na stole, jest Srebrny Krzyż Zasługi od prezydenta Kwaśniewskiego. Nie można jednak pytać Alego, czy się czuje Polakiem. Syna można pytać. Najbardziej mu żal, że nie zdążył nauczyć go kurdyjskiego. Tylko imię zostało stamtąd. Allan. Od nazwy rejonu w Kurdystanie. – To tak jak u was Mazury – tłumaczy. W 1993 r., gdy już powstała enklawa kurdyjska w północnym Iraku, Ali zabrał syna do siebie. Pokazał miejsca pamięci. Zrobili zdjęcia. Zostali jeden brat i siostra. Domu już nie było. W miejscu, gdzie stał, Saddam zrobił rondo.
Ali nie szukał w Olsztynie meczetu. Umiarkowany muzułmanin. Nie pości, ale nie będzie mlaskał przy swoim poszczącym bracie. Dziecko posłał do kościoła na religię, żegna się prawidłowo, czasem daje do koszyka i stawia choinkę. Nawet własny ślub przed Bogiem żony, Grażyny, chciał wywalczyć. Był 1972 r. Biskup nie dał zgody. Poszedł więc i pyta: „Dlaczego pan zabrania?”. Biskup na to, że bez chrztu. Mówię: „To ja sam przychodzę i proszę w waszym interesie, bo nie chcę, żebyście stracili owieczkę, a wy tak?”. – Pokazałem kwity i poprosiłem o zwrot pieniędzy. Za organistę, dywan, świece. Zdębiał.
Gdy już się zanosiło na interwencję USA, Ali mówił: „Trzeba usunąć kata, ale nie wojną”. – Można było zamrozić konta albo chociaż aresztować Tarika Aziza, prawą rękę Saddama. Przecież tyle razy wyjeżdżał do papieża – zaognia się. Gdy już wojna wybuchła, Ali apelował do prezydenta: „Nie wysyłajcie polskich wojsk. Będziecie okupantami, czyli bandytami”. Wysłali. Teraz Ali mówi: – Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ale powie, co myśli: – Zostaliśmy oszukani! Co Polacy dostali? Ruiny w Babilonie?! Już mi uszy pękają od tego Babilonu. Trochę komarów i szyitów w Karbali i Nadżafie? – mówi już „my”, nie „wy”.
W gabinecie olsztyńskiego planetarium Internet jest otwarty na stronach Kurdystan Democratic Party. Ali, choć wdzięczny za obalenie reżimu, nie jest wielbicielem Ameryki. – Powód tej wojny? Interes. Dlaczego nie tknęli Ministerstwa Ropy, a spalili Bibliotekę Narodową w Bagdadzie? Dopiero po latach do Amerykanów doszło, że kat ma broń chemiczną? Kto mówił o Halabdży wtedy, gdy w ciągu pięciu sekund Saddam Husajn zmiótł 5 tys. ludzi? Świat był głuchy. Nie mogę wybaczyć Ameryce, że milczała, gdy w 1988 r. kat zabił 183,5 tys. Kurdów. Polsce też nie mogę wybaczyć, że milczała. Okupowaliśmy wtedy gmach Czerwonego Krzyża w Warszawie. Prosiliśmy: „Napiszcie do ONZ, że giną”. Cisza. To boli. To mnie boli – powtarza.
Ali uczy kurdyjskiego wnuczkę. Tak, serce bije mu w Kurdystanie. Ale Olsztyn zostawi dopiero, jak umrze. Nawet spocznie pod krzyżem na katolickim cmentarzu.

Hadi – czym omamił mnie Husajn?

– To nasz pan doktor – szatniarka przychodni rodzinnej na warszawskim Starym Mieście z wielką estymą wskazuje postawnego mężczyznę o ciemnych rysach, współwłaściciela dwóch przychodni w Warszawie. Kamil Hadi, pediatra z tytułem doktora warszawskiej akademii medycznej, dopiero skończył dyżur. Zawsze ma kolejki matek z dziećmi. Już się nie dziwią, jak w latach 90., gdy czytały tabliczkę na drzwiach: „Jak to, nie-Polak? A kto? Murzyn?”.
20 marca Kamil Hadi od 3.30 do świtu oglądał CNN. Też poczuł ulgę. Choć jeszcze na początku lat 80. zbuntowany, sam myślał, że buty, w których chodzi, są dzięki Husajnowi. – Był niesamowitym psychologiem. Zjednał nas, młodych, zbuntowanych, dla których Ameryka była symbolem nowoczesności. Pierwszy powiedział o kobiecie, że jest połową społeczeństwa. Odwiedzał zapadłe wioski i mówił: „Jak to, nie macie telewizji? Rozdać im telewizory”. Kilka razy zapukał do mojej rodziny, żeby zjeść z nami obiad. Chciałbym, żeby tamtą socjotechniką ktoś umiał dziś zjednać Irakijczyków, jak on wtedy…
Gdy Hadi nie dostał się na medycynę, mógł albo iść do wojska, albo wyjechać na studia w świat. Polskę znalazł na mapie. Słyszał już o Polakach w telewizji. Saddam mówił, że to twórczy naród, tylko kraje zachodnie wykorzystują go i musi pracować pod ich szyldami. Hadi przyjechał. Zobaczył spadziste dachy, poczuł zimno i usłyszał szeleszczący język, którego się uczył w łódzkim studium językowym, jak większość obcokrajowców. Zaczął się stan wojenny. Pamięta, że Polacy protestowali. Ale dla Hadiego to, co nazywano reżimem, było tym, czego trzeba. Gdy zakomunikował ojcu, że nie jedzie dalej do Londynu, ten oponował. Hadi postawił warunek. Wojsko albo Warszawa.
Na początku wszystko było inne. Nie rozumiał, dlaczego taksówkarze wożą go do domu uciech, a dziewczyny w restauracji szepczą: „O, przyszedł zielony”. I ratował przed „padaczką” każdego leżącego na ulicy. W Bagdadzie też był alkohol, ale tu pierwszy raz zobaczył pijaka. Jak większość w połowie lat 80. miał wracać do domu. Zaangażowany w spotkania, przemówienia i teatrzyki przy ambasadzie długo nie mógł się otrząsnąć z „miłości” do Saddama. Oprzytomniał dopiero na trzecim roku studiów, gdy zrobiło się tak, że przez telefon najbezpieczniej było pytać rodziców jedynie o zdrowie, a w ambasadzie wypytywali jeden o drugiego, z kim rozmawia i dlaczego. Mówili: „Nie wolno się żenić z Polką. To szkoda dla rewolucji”. – Chyba wtedy też – zastanawia się – przyszedł ten drugi czynnik, który zmuszał ludzi do emigracji. Ekonomiczny.
Hadi nie jest idealnym muzułmaninem. Ale nie jest złym muzułmaninem. Rozumie, że Europejczykowi islam wydaje się trudny. Jak Jezus mówi, żeby być dobrym, można to rozumieć po swojemu. A islam wchodzi do drobiazgów codzienności. Reguluje nawet porządek dnia. Europejczyk nie zrozumie Koranu, który mówi na przykład, że świadkami mogą być jeden mężczyzna albo dwie kobiety. Myśli, że to coś złego. Trzeba znać całe kulturowe zaplecze Bliskiego Wschodu, żeby zrozumieć, jak jest naprawdę.
W sierpniu ubiegłego roku Hadi pojechał do Bagdadu. Pierwszy raz po 20 latach. Już dojrzewały daktyle… Pamiętał przez te lata, że słońce w Bagdadzie świeci biało, nie tak żółto jak w Polsce, a zieleń jest bardziej brązowa niż w Warszawie. Przetarł oczy ze zdumienia. Zieleń była ta sama. Ale ludzie już inni. Każdy jakiś przyczajony. Jakby przez te lata wyprano ludziom mózgi. Już ma bardziej wspólny język z przyjacielem Polakiem niż z rodzonym bratem. Hadi nie przyznał się głośno, że jest z Polski. Nigdy nie wiadomo.

Połówki

O 3.30, gdy wybuchła wojna, Dunia al-Khamisy już spała. Ale tata nie spał. Rano zjadła śniadanie i poczuła ulgę, że wreszcie upadł reżim. Choć Dunia urodziła się w Polsce, Arabowie twierdzą, że jest ich. – Arab ma poczucie wspólnoty krwi – tłumaczy. Gdy Dunia, studentka arabistyki, była ostatnio w Libii na rządowej delegacji, ciemnoocy chłopcy podrywali tylko blondynki. Do niej podchodzili jak do siostry.
Dunia, córka Irakijczyka i Polki, to tzw. połówka. I jak każda połówka jest dobrze osłuchana z dialektem taty, który z kolegami zawsze rozmawia przez telefon w swoim języku. Połówki do kolegów swoich ojców mówią zwykle wujku. Mają tych wujków na całym świecie. W Anglii, Szwecji, Niemczech, Rosji, Bułgarii, Holandii, gdzie Irakijczyków zostało najwięcej. Organizują się w stowarzyszenia, korzystają z usług swojego prawnika, gdy jest potrzeba, albo swojego właściciela sali weselnej. Żeby było wśród swoich.
Magda Hussain też wtedy spała. Gdy studentka IV roku SGH zaczęła arabistykę, Taryck Hussain się ucieszył. Sama zdecydowała. Nie wyklucza, że postawi na arabsko-polską współpracę gospodarczą. Czasem obserwuje, jak ludzie patrzą spod oka, gdy w metrze przewraca od końca w notesiku kartki z arabskimi słówkami. Na nazwisko już tak nie patrzą. Magda Hussain już nie brzmi tak obco. Poza tym odziedziczyła rysy po mamie. Czy trudno być w Białymstoku córką Araba? Magda nigdy nie poczuła się nieswojo.
Tak jak większość połówek zna Irak ze zdjęć taty z lat 60., pocztówek od rodziny z Basry, szkolnych świadectw i gołąbków. U niej te gołąbki zawija się w liście winogron. Na jednym ze zdjęć przysłanych tuż po wojnie stoi babcia w galabiji. Nigdy z nią nie rozmawiała. Tata zawsze opowiadał babci, jak Magda rośnie.
Zwykle wszyscy się znają. Ali al Saiedi zadzwonił dziś do Duni z pytaniem, czy w Warszawie, gdzie za parę dni będzie szukał pracy, jest meczet. Właśnie kończy studia w Koszalinie. Tam nie ma meczetu. To dobrze, że w Warszawie jest. Chciałby zacząć rzetelniej przestrzegać zasad Koranu, które w Polsce zaniedbał. Może dlatego, że nikt tu nie wzywa do modlitwy pięć razy dziennie?
Można powiedzieć o Alim, że jest dzieckiem dwóch wojen. Tylko przypadkowo urodził się w Koszalinie. Matka przyjechała w odwiedziny do rodziców, gdy się zaczęła wojna w Iranie. Wróciła do męża z sześciomiesięcznym Alim. Drugi powrót do Polski z Bagdadu był już we trójkę, w 1991 r., gdy się zaczęła „Pustynna burza”. Po ośmiu latach ojciec zmarł na serce. Ali przyjął wersję, że pękło z tęsknoty. Największy szok dla 11-latka, który po raz pierwszy zobaczył Polskę? – To była szkoła, gdzie nikt nikogo nie bił po rękach za złe zachowanie – mówi z lekkim akcentem. – I jeszcze to, że ludzie tak się od siebie różnią. Islam narzuca konkretne reguły. Na przykład gościnność. W Iraku jest obowiązkowa. A tu zobaczył, że jeden sąsiad może być dobry, drugi zły.

Czy walczyłbym za Polskę?

Kilkanaście minut przed 3.30, gdy rozpoczęła się interwencja, Jabbar al Yasiry powiedział w TVN, że jeśli dojdzie do wojny, będzie to największy błąd administracji Busha w XXI w. Gdy wrócił do domu, zaczęło się… Oglądał Al Dżazirę przez siedem kolejnych dni. Spał po dwie godziny na dobę. Ciągle dzwonił telefon. Nawet ludzie, których nie znał osobiście, przepraszali za angażowanie Polski w tę wojnę. Przed całkowitym zerwaniem łączności z Irakiem kilka razy udało się Jabbarowi zadzwonić do matki i braci w Bagdadzie. Mówili, że rozpętało się piekło, że mają środki niezbędne do przeżycia kilku miesięcy.
Dla Jabbara to wojna wybuchła, nie wyzwolenie. Tak samo jak zabitych nie nazwie ofiarami pomyłek: – USA mają takie satelity, że potrafią zobaczyć człowieka, który w Moskwie na ulicy czyta gazetę, a zabijają dziennikarza Agencji Reutera, bo nie odróżniają kamery od wyrzutni rakietowej? Filmował, jak Amerykanie grzebią walczących po ich stronie najemników, którzy z powodu braku amerykańskiego obywatelstwa nie mogli być pochowani w USA.
Do Polaków Jabbar nie ma żalu. Nawet nazwie Polaka bratem. Przecież 75% nie chce tej wojny. Od kiedy Jabbar pamięta, Polacy pracowali w jego kraju. Inżynierowie, technicy, budowniczowie. Jabbar w historii naszych państw widzi wspólną cechę. Polacy, tak samo jak jego naród, zawsze potrafili się zjednoczyć w sytuacji zagrożenia z zewnątrz. Dlatego teraz sunnita staje obok szyity, Arab obok Kurda. W imię wolnego Iraku.
Jeśli Jabbar ma żal, to do polskiego prezydenta i rządu. – Skoro pan Kwaśniewski krytykuje wybory na Ukrainie, dlaczego nie uszanuje woli swojego narodu? O to mam żal – powtarza.
Właściwie gdyby Jabbar się zastanowił, kim jest, powiedziałby, że i Arabem, i Polakiem. Zaprzecza, gdy pytam, czy w Olsztynie, gdzie prowadzi firmę, doświadczył niechęci. Nawet po 11 września, gdy znalazł się w centrum uwagi w całym regionie. Atak sprawił, że ludzie tu zaczęli interesować się islamem prawdziwym. Takim, z którym 11 września nie miał nic wspólnego. Bo dla Jabbara 11 września to nie był żaden dżihad. – Dżihad… – próbuje wytłumaczyć. – To walka ze swoimi słabościami, które każdy ma. Dżihad to zmaganie się z codziennymi trudnościami. Dżihad dla mężczyzny to zapewnienie opieki rodzinie. Dla kobiety urodzenie dziecka. Dżihad nie zabrania walczyć. Ale muzułmanin nie może być najeźdźcą.
Do dzieci mówi po arabsku i uczy je Koranu, bo tego wymaga od Jabbara religia. Są małe, ale rozumieją już bajki w języku ojca. Za małe, by pościć od wschodu do zachodu słońca w czasie ramadanu. Zresztą islam niczego nie narzuca. Nawet to, że w kuchni państwo Al-Yasiry wyeliminowali wieprzowinę, nie było przymusem, lecz wspólną decyzją Jabbara i chrześcijańskiej żony.
Do nowego ambasadora na przyjęcie z okazji zakończenia miesiąca postu nie pojechał. Nie uznaje marionetkowego rządu. Na święta spotkał się ze swoimi przyjaciółmi. Z Kutna, Radomia, Wrocławia, Kielc. Czy jako muzułmanin i obywatel tego kraju stanie w obronie Polski, jeśli będzie potrzeba? Przecież tego wymaga od Jabbara Koran.
*

Janabi znaczy obcy
Hatif Janabi, poeta, pisarz i wykładowa Uniwersytetu Warszawskiego, już wiedział, że atak nastąpi za chwilę. Zadzwonili z telewizji, żeby był przygotowany na zaproszenie. Przerzucał kanały i też czekał na upadek tego… Tego kata. Choć nie był nigdy entuzjastą zagranicznej polityki USA, w rzeczywistości Hatif jest bardziej realistą niż poetą. – Dużo błędów zrobiła Ameryka, ale trzeba tam teraz zostać i pomóc – mówi. Do Polaków nie ma żalu. Nie stracili twarzy. Nawet się ucieszył. Ma zaufanie do ich podejścia do świata. Pomógł zredagować słownik arabsko-polski dla naszych żołnierzy i jeździł, opowiadając im o tamtym kraju. Przetłumaczył mnóstwo materiałów.
Janabi znaczy po arabsku obcy. Można powiedzieć o Janabim tułacz. Syn ziemianina pamięta każdy skrawek 200 ha ziemi niedaleko Babilonu. Gdy na początku lat 60. do władzy doszła partia Baas, tak otumaniła wieśniaków rewolucyjną sprawiedliwością, że grabili ziemię Janabich kawałek po kawałku. Potem pamięta strzały i głos matki: „Uciekaj, bo cię zabiją”. Przeczekał w oborze między bydłem. Nawet nie zdążył założyć sandałów. Miał 11 lat. Już nie wrócił do domu. To było jego pierwsze wygnanie.
W 1972 r. Hatif skończył studia, a ponieważ nie był pupilem, dostał pracę nauczyciela arabskiego na końcu świata. W Kirkuku. Nie pozwolili mu wydać dwóch pierwszych tomików poezji. Za dużo prawdy. Już nawiązał kontakty z Kurdami i opozycją. 1976 r. Do walizeczki spakował zeszyt z kilkoma polskimi słowami. I paszport, który już powinien oddać, ale w górach na granicy tureckiej jeszcze tego nie wiedzieli. Trafił do Polski, choć nie chciał. Wiedział z prasy, że istnieje. Znał parę nazwisk. Wajda, Grotowski, Różewicz.
Na biurku, przy którym siedzimy, leży kilka tomików Hatifa. Krwawych wierszy. Pisze też po polsku. Nawet o takich banałach, że dziewczyna z chłopakiem całują się na Nowym Świecie. Absolwent arabistyki Uniwersytetu Bagdadzkiego i polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim już sam nie wie, która kultura jest pierwsza. Był członkiem zarządu polskiego PEN Clubu. Ze Związku Literatów Irackich dawno go wykreślono. Też zbudował dom w podwarszawskiej Jabłonnie. Nawet drzewa posadził. U przyjaciela Jana Leończuka, pod Białymstokiem, rośnie grusza, która nosi jego imię.
W 2001 r. wraz z grupą pisarzy emigracyjnych wraca do kraju. Przez ten sam punkt graniczny między Turcją a Irakiem, z którego uciekał 27 lat temu, dociera do enklawy kurdyjskiej. Rok później, w Damaszku, spotyka matkę. Słyszy: „Już mogę umrzeć”.
Od dnia, gdy znaleźli Husajna w norze, Hatif ma spakowaną walizkę. Może będzie wykładał semestr tam, a semestr tu? Już zaproponowano mu pracę w irackim Ministerstwie Kultury i MSZ. Niedługo wyda antologię polskiej poezji w języku arabskim. Czego od Polaków nauczył się jako człowiek dystansu, czyli poeta? – Może podziału między religią a polityką? – zamyśla się. – Islam tego nie potrafi.

 

Wydanie: 5/2005

Kategorie: Kraj
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy