Źle urodzeni

Źle urodzeni

Czy należy przywrócić punkty za pochodzenie dla zdających na studia?

Kończy się tegoroczna rekrutacja na studia. Znowu elitarna i miastowa. Ale propozycja przywrócenia punktów za pochodzenie zawsze zostanie wyśmiana. Skompromitowane, zostały zniesione po 1989 r. W zamian nie zaproponowano innego systemu promującego zdolnych, ale niezamożnych. W rezultacie całe grupy społeczne, miasteczka i wsie są odcięte od uniwersytetów. Znakiem czasu jest fakt, że w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego studiuje nie więcej niż kilka procent potomków chłopów.
Bieda jest najczęściej chłopska i prowincjonalna, ale nie tylko. I dlatego dziś bardziej usprawiedliwione byłyby nie punkty za pochodzenie, lecz „punkty za ubóstwo”. – Każde dodatkowe punkty są półśrodkiem – ostrzega dr Tomasz Nawrocki, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego – sztucznym przywilejem, który zwalnia z poprawiania systemu edukacji.
Na Uniwersytecie Warszawskim można się dowiedzieć, ile zdaje kobiet, niepełnosprawnych i olimpijczyków. O pochodzenie i biedę nikt nie pyta. Jacek Polkowski, rzecznik prasowy SGH, uważa, że dziś kandydaci byliby obrażeni takim pytaniem.
Bieda objawia się dopiero na I roku w postaci tych, którzy zdolni i zdeterminowani dostali się, ale teraz nie mają z czego żyć. – Przydzielenie stypendium wiąże się wyłącznie z dochodami, nie z pochodzeniem – podkreśla Jacek Polkowski. Również Jacek Śliwa, rzecznik prasowy Uniwersytetu Jagiellońskiego, uważa, że nie można promować młodych tylko za pochodzenie. Ale na UJ działa poza zwykłymi stypendiami specjalny fundusz stypendialny, wspierany przez sponsorów i samorząd. – Obszar nędzy jest olbrzymi – przyznaje Jacek Śliwa. – Otrzymujemy wiele podań, w których są udokumentowane dochody w granicach 200 zł na osobę.
Bieda wychodzi także w podaniach o akademik.
Fragmenty, puzzle do obrazka pt. „Niezamożni i prowincjonalni na studiach” lub raczej poza nimi znaleźć można w danych GUS. Wynika z nich, że 80% studentów wywodzi się z 25% społeczeństwa. W ciągu 10 minionych lat liczba studentów się podwoiła, ale większość z nich poszła na studia płatne. Oznacza to, że społeczeństwo jest zdeterminowane, gotowe do wyrzeczeń, byleby dzieci się uczyły. Ale to także oznacza, że szansa jest tylko dla tych, których stać na płacenie. – Ludzie próbujący się przebić, utykają w kanałach awansu społecznego. System jest niedrożny – komentuje Wiesław Łagodziński, statystyk i socjolog z GUS.
Kolejny fragment do obrazka to badania socjologa, prof. Marii Jarosz, która ocenia, że dziś co 135. student jest pochodzenia chłopskiego. W latach 80. co 14. student pochodził ze wsi. – Urodzić się dziś w rodzinie chłopskiej prawie zawsze oznacza stracone szanse – komentuje prof. Jarosz. – Nawet jeżeli szkoła wyłowi talent, rodziców nie będzie stać na bilet do miasta.
Z innych badań GUS wynika, że na wyższych uczelniach studiuje tylko 2,5% dzieci chłopskich i robotniczych.
Wyższe uczelnie nie czują się odpowiedzialne za mały procent studiujących Janków Muzykantów. – To na niższych szczeblach edukacji trzeba przygotowywać, tak żeby uczeń mógł zdać egzamin. Nie możemy nikogo promować tylko dlatego, że chodził do gorszej szkoły – mówi Jacek Śliwa z UJ.
Jednak dr Tomasz Nawrocki pokazuje, że wyższa uczelnia może coś zrobić dla biednych, prowincjonalnych. – Nie można uznać, że to temat wstydliwy, i czuć się zwolnionym z jego rozwiązania. Dlatego otworzyliśmy oddział zamiejscowy w Rybniku – mówi. – Uczy tam kadra z UŚ, ale studenci nie muszą wydawać na akademik i utrzymanie w dużym mieście. Chętnych jest bardzo wielu.
Wszyscy moi rozmówcy przyznają, że jeśli biedny dostanie się na studia, jest pracowity. – Może nie są zbyt błyskotliwi – komentuje dr Nawrocki – ale rzetelni.
Bieda odbiera szansę, lecz najbardziej zdeterminowani i przebojowi, no i ci, którzy znajdą pracę, szukają czegoś w okolicy. Już nie marzą o wielkim uniwersytecie. Łowicz, Zgierz, Suwałki, Łomża, Ostrołęka – wszędzie tam powstają prywatne uczelnie dające licencjat za niewygórowane czesne.
Sytuacja staje się paradoksalna – na studia bezpłatne dostają się dzieci z „dobrych domów”. Dzieci rodziców słabiej wykształconych, a więc i mniej zamożnych trafiają na studia płatne. Z badań prof. Ireneusza Białeckiego (UW) wynika, że grupa, która nie kontynuuje nauki, ma wspólne cechy. Wielu dziedziczy wykształcenie po ojcu – aż 92% ich rodziców jest po zawodówce albo tylko po szkole podstawowej.
Dla Polski B zbawieniem stały się państwowe zawodowe szkoły wyższe. Powstają również w małych miejscowościach, są bezpłatne i dają licencjat. – Płakać mi się chce, kiedy czytam podania o stypendium – mówi Katarzyna Gembarzewska z Państwowej Szkoły Zawodowej w Przemyślu, specjalność – polonistyka, historia i polityka regionalna. – Dochody to czasami 150 zł na osobę, a z przydzielonego stypendium będzie żyła cała rodzina.
W Przemyślu, tak jak w innych szkołach, nie prowadzi się statystyk biedy, ale zdaniem Katarzyny Gembarzewskiej, około 40% studentów żyje w prawdziwej nędzy.
Na razie system edukacji umacnia w nas przekonanie, że tylko miastowi i zamożni mają inteligentne dzieci. No i że wolny rynek nie jest miejscem równych szans. Zdaniem prof. Białeckiego, pełnej dostępności nie osiągniemy, bo wyższe uczelnie zawsze będą w jakiś sposób elitarne. Absurdem jest jednak, że dziś koszty wyższego wykształcenia ponoszą głównie najsłabsze grupy społeczne, które nie mogą się dopchać do państwowych uczelni.

Wydanie: 29/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy