McCzłowiek za rogiem

McCzłowiek za rogiem

Film „Super Size Me” pokazuje, że nie umiemy się już obejść bez McDonald’sa. Ten film nie atakuje McDonald’sa, on atakuje całą kulturę fast foodów – twierdzi Morgan Spurlock, twórca skromnego dziełka „Super Size Me”. Ma rację. W historii o mężczyźnie, który postanowił popsuć sobie zdrowie, żywiąc się wyłącznie w McDonald’sie, nie chodzi o otyłość ani dietę. Chodzi o znacznie więcej: o to, że nie umiemy się już obejść bez McDonald’sa. Niezależnie od tego, czy się tam stołujemy, leczymy, kształcimy, czy podrywamy dziewczyny. Morgan Spurlock zaczął od siebie. Przez miesiąc dzień w dzień odżywiał się wyłącznie w McDonald’sie, aby sprawdzić wpływ tego menu na ludzki organizm. Skutek był do przewidzenia – błyskawicznie podniósł mu się poziom cholesterolu i soli w organizmie do stanu zagrażającego zdrowiu. Opiekujący się nim lekarze protestowali, ale dzielny reżyser wytrwał. I przeżył. Tyle że przytył 12 kg, nabawił się bólów głowy i odechciało mu się łóżkowych figli. Czy Morgan Spurlock powiedział swoim eksperymentem coś, czego przeciętny klient sieci McDonald’s nie wie? Raczej nie. Wszyscy narzekamy, że w takich jadłodajniach je się niezdrowo. Ale też wszyscy tam bywamy. Dlaczego? Bynajmniej nie dla samego jedzenia. Bo McDonald’s to znacznie więcej niż chrupanie kanapek. McDonald’s to cywilizacja, która wciąga w swą orbitę setki milionów ludzi na całym świecie. I to dopiero staje się niebezpieczne. Posłuchajmy znawców. „Macdonaldyzacja to proces stopniowego upowszechniania się zasad działania restauracji szybkich dań we wszystkich dziedzinach życia”, pisze socjolog George Ritzer w słynnej pracy „Macdonaldyzacja społeczeństwa”. I zaraz wyjaśnia, że kariera akurat McDonald’sa nie jest bynajmniej przypadkiem. Bo to właśnie ten bar spopularyzował model usługi idealnie dopasowanej do wymagań kogoś, kto wiecznie nie ma czasu. Do matek niemających czasu dla własnych dzieci, dla ojców przemieszczających się z miasta do miasta i z kraju do kraju, bo tak dyktuje pracodawca. Do młodych ludzi, którzy nieustannie podróżują w poszukiwaniu swego miejsca w życiu. Do wszystkich, którym dobrze się żyje w globalnej wiosce. Oni tempo i sprawność cenią ponad wszystko. A właśnie to najbardziej ceni się w McDonald’sie. Klient w najszybszym możliwym czasie przechodzi od punktu, w którym nie ma towaru czy usługi, do punktu, w którym już tę usługę ma. W barze McDonald’sa pokonuje zaledwie kilka kroków, aby dotrzeć od drzwi do kasy, potem kilka kroków do stolika. Krzesło jest niewygodne, siada więc na krótko i po chwili – już najedzony – wraca do swoich spraw. Poza tym klient dostaje dokładnie to, czego się spodziewa, i – co ważne – w każdym barze sieci na kuli ziemskiej dostaje to samo. Zaledwie kilka potraw o nazwach brzmiących jednakowo na całym świecie. Odpada męka wybierania i decydowania. Nawet więcej – odpada konieczność podejmowania zwyczajowej konwersacji z kelnerem. Ten bowiem recytuje zawsze tę samą formułkę powitalną i czeka tylko na nazwę potrawy. Wszystko odbywa się miło, choć automatycznie. Ale o to właśnie chodzi. Również w organizowaniu pracy takiej automatycznej jadłodajni. Pracownicy muszą wykonywać ściśle określone czynności, które uzupełniają tylko funkcje maszyn. A te same dbają, by coli do szklanki nie nalało się za dużo, a frytki były równomiernie przysmażone. I pracownika, który tak naprawdę nie umie niczego zrobić samodzielnie, w każdej chwili można się pozbyć – bez szkody dla firmy. Na jego miejsca można w zatrudnić i w trzy minuty przeszkolić nowego. Jeden egzemplarz ludzki zostanie zastąpiony następnym – klient nie zauważy różnicy. Ale też o to w organizowaniu tej sieci chodzi. I właśnie dlatego bary McDonald’sa dokonują upartej i wytrwałej inwazji w skali całego globu. W 1992 r. jeden z nich zainstalowano nawet w Moskwie, co zostało uznane za symboliczne zwycięstwo Stanów Zjednoczonych w zimnej wojnie. A nie był to bar tuzinkowy – ten olbrzym wydawał dziennie 30 tys. hamburgerów. Przewyższał go tylko kompleks McDonald’sa w Pekinie – już pierwszego dnia funkcjonowania nakarmił 40 tys. klientów. Nic więc dziwnego, że poważne pismo „The Economist” posługuje się w ocenie kosztów utrzymania w 115 krajach świata tzw. wskaźnikiem Big Maca. Po prostu ustala, ile w danym kraju kosztuje Big Mac w przeliczeniu na dolara. Jeżeli – przykładowo – cena tej kanapki zbliża się do 4 dol., oznacza

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2004, 48/2004

Kategorie: Kraj