Górnicy w czarnej dziurze

Górnicy w czarnej dziurze

…czyli ostatnia szarża grubiorzy*

W środę, 28 kwietnia, przedstawiciele górniczych związków zawodowych podpisali z przedstawicielami rządu uzgodniony w ubiegłym tygodniu program transformacji górnictwa węgla kamiennego oraz Górnego Śląska. W myśl umowy społecznej kopalnie mają być stopniowo zamykane do roku 2049. A cały region zostanie objęty szerokim planem pomocowym. Opisano w nim mechanizmy subsydiowania wydobycia węgla oraz osłon socjalnych dla odchodzących z pracy górników.

Jeden z punktów przewiduje uruchomienie w 2024 r. w Jaworznie fabryki polskich samochodów elektrycznych Izera. Co prawda, obiecane przez premiera Morawieckiego auta miały zjechać z linii produkcyjnej już dwa lata wcześniej, ale kto dziś o tym pamięta? Inwestycja w fabrykę „elektryków” ma się zamknąć w kwocie 4-5 mld zł i zapewnić tysiące nowych miejsc pracy dla mieszkańców Śląska.

Porozumienie wejdzie w życie, jeśli zostanie notyfikowane przez Komisję Europejską, która powinna się zgodzić na opisany w nim mechanizm wsparcia publicznego. Ale nie jest pewne, czy tak się stanie. Wydatki, zwłaszcza socjalne, oraz te bezpośrednio przeznaczone na zmiany w górnictwie i polskiej energetyce, trzeba liczyć w setkach miliardów złotych. Będzie to najkosztowniejsza i najtrudniejsza, rozciągnięta na 30 lat reforma, przed którą stanęła polska gospodarka. I nie mamy wyjścia.

Przekleństwo czarnego złota

Przywykliśmy myśleć, że nasz kraj węglem stoi. Natura hojnie obdarzyła nas tą skałą osadową pochodzenia roślinnego. Polska energetyka była i jest oparta na węglu kamiennym i brunatnym. 70% energii elektrycznej produkujemy z tych surowców. W przeszłości udział ten był jeszcze wyższy i przez dekady rodzimy przemysł korzystał z tego pełnymi garściami. To nie przypadek, że w czasach Polski Ludowej z rozmachem budowano przemysł ciężki. Większość naszych elektrowni powstała w latach 50., 60. i 70. i miała zaspokoić potrzeby hut, fabryk turbin, silników, przemysłu stoczniowego itp. Węgiel – polskie czarne złoto – którego transporty pierwszej powojennej zimy 1945/1946 r. ratowały głodnych i marznących mieszkańców Mediolanu, Wiednia, Budapesztu i Belgradu, przez dekady był wielkim atutem naszego kraju. Eksport węgla w czasach PRL był źródłem dewiz oraz taniej energii elektrycznej.

Ceną, jaką przyszło płacić, było zanieczyszczenie środowiska naturalnego. W krajach zachodnich, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji, już w latach 80. zdecydowano, że energetyka węglowa, a więc i kopalnie, to przeszłość.

Powodem była nie tylko chęć ograniczenia szkód środowiskowych. Przede wszystkim chodziło o rosnące koszty wydobycia węgla, a co za tym idzie – koszty produkcji prądu. Bardziej opłacalne okazały się elektrownie jądrowe i opalane gazem. My fedrowaliśmy na potęgę. W nadchodzących latach przyjdzie nam zamykać kopalnie i przekształcać energetykę pod presją czasu i zobowiązań wynikających z naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

Co gorsza, rosnące w szybkim tempie ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla mogą wkrótce sięgnąć 50 i więcej euro za tonę, co postawi pod znakiem zapytania opłacalność produkcji energii elektrycznej w polskich elektrowniach węglowych i zmusi koncerny do drastycznych podwyżek. A to negatywnie odbije się na całej gospodarce.

Rezerwy finansowe na przeprowadzenie transformacji są więcej niż skromne. W ostatnich latach rosły straty sektora górniczego. Według danych Ministerstwa Aktywów Państwowych w 2020 r. sięgnęły one 4,332 mld zł. Gorszy był tylko rok 2015, w którym spółki węglowe musiały się pogodzić ze stratą 4,5 mld zł. Polska Agencja Prasowa, powołując się na dane rządowe, podała, że w roku ubiegłym na każdej tonie sprzedanego węgla nasze kopalnie traciły średnio 54 zł. To oczywiste, że tak prowadzony biznes długo nie pociągnie.

Zajęta walką z pandemią opinia publiczna nawet nie zauważyła 1 mld zł pożyczki płynnościowej, przekazanego przez Polski Fundusz Rozwoju 8 kwietnia br. na rachunek Polskiej Grupy Górniczej. Oficjalnie w ramach kolejnej tarczy antykryzysowej. Mniej oficjalnie – by ratować przed upadkiem największe tego typu przedsiębiorstwo w Europie. Powstało ono w 2016 r. w celu ratowania majątku i zobowiązań bankrutującej Kompanii Węglowej. Na spłatę 1 mld zł Polska Grupa Górnicza będzie miała czas do końca lutego 2025 r., lecz nikt nie wierzy, że jej się uda. Czyli za jakiś czas znów przyjdzie ratować upadającą PGG.

Sytuację branży górniczej może pogorszyć nawet lekka zima. Wtedy na przykopalnianych placach rosną hałdy niesprzedanego węgla. W roku ubiegłym szacowano, że było to ok. 7 mln ton. Drugie tyle zalegało przy elektrowniach i elektrociepłowniach. I nie wiadomo było, co z tym robić. Ostatecznie od roku 2018 węgiel kupowała Agencja Rezerw Materiałowych, wspierając polskie kopalnie.

W ubiegłym roku rząd Mateusza Morawieckiego – o czym pisaliśmy na łamach PRZEGLĄDU – licząc na ogromne unijne dotacje, podjął daleko idące zobowiązania wobec Komisji Europejskiej dotyczące odchodzenia od energetyki węglowej. Co oznacza konieczność zamykania w przyszłości nie tylko kopalń, ale i elektrowni węglowych. Tak staliśmy się świadkami początku rozłożonego na lata procesu.

Zamykać czy nie zamykać

Likwidacja kopalń to jedno, a rezygnacja z węgla kamiennego w energetyce – drugie. Mało kto wie, że system ciepłowniczy Warszawy jest trzecim po Moskwie i Petersburgu największym tego rodzaju rozwiązaniem w Europie. Elektrociepłownia Siekierki jest drugą co do wielkości w Europie opalaną węglem. Inne miasta także korzystają z takich zakładów. Polskie elektrociepłownie zapewniają mieszkańcom dużych miast ciepłą wodę i ogrzewanie zimą po niskich kosztach w porównaniu z zachodnimi metropoliami. Dlatego nad Wisłą nie da się w prosty sposób zastąpić czarnego złota odnawialnymi źródłami energii lub gazem. Choćby dlatego, że wymaga to gigantycznych nakładów. A nie jesteśmy tak bogaci jak Niemcy czy Francuzi.

Nasze opalane węglem elektrownie wytwarzają ok. 60% energii elektrycznej. Nie da się z roku na rok zastąpić ich kotłami na gaz. Każda taka zmiana oznacza drastyczny wzrost cen prądu.

Z drugiej strony rośnie liczba odnawialnych źródeł energii, które w myśl zapisów prawa energetycznego mają pierwszeństwo wejścia do krajowego systemu energetycznego. Elektrowniom węglowym coraz trudniej z nimi konkurować.

Dlatego będzie się nasilała presja na sprowadzanie taniego surowca z Rosji. A jeszcze lepiej z Donbasu. Mimo fatalnych relacji polsko-rosyjskich na szczeblu rządowym ten biznes kwitnie. W roku 2018 sprowadziliśmy ze Wschodu 9,9 mln ton, rok później – 8,02 mln ton. Na dane za rok 2020 przyjdzie trochę poczekać. Przy czym rosyjski węgiel jest tańszy niż krajowy i na ogół lepszej jakości.

Zamykanie śląskich kopalń będzie oznaczało wzrost importu węgla zza wschodniej granicy. Przemawia za tym rachunek ekonomiczny. Bo nacisk, by ceny energii elektrycznej nie rosły zbyt szybko, będzie potężny. A transformacja polskich elektrowni oznacza wydatki. Na przykład koszt budowy opalanej węglem osławionej Elektrowni Ostrołęka C, miał się zamknąć w kwocie ok. 6 mld zł.

Po wydaniu 1 mld zł i rezygnacji z tych planów zdecydowano się na zastąpienie instalacji węglowej gazową. Jaki będzie ostateczny koszt „nowej”, bardziej ekologicznej Ostrołęki C? Na razie nie wiadomo. Z pewnością nie mniejszy niż wspomniane 6 mld zł.

A mamy w Polsce 19 dużych elektrowni zawodowych, z czego dwie są w stanie likwidacji. I aż 34 elektrociepłownie. Większość opalana jest węglem kamiennym. Najstarsze – dwie dolnośląskie elektrociepłownie, Czechnica i Wrocław – zostały uruchomione na początku XX w.

Prowadzona przez Unię Europejską polityka ograniczania emisji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych do atmosfery oznacza wzrost kosztów produkcji energii elektrycznej z węgla.

Lecz jeśli wierzyć najnowszym raportom, na świecie rośnie wydobycie tego paliwa i liczba korzystających z niego elektrowni. Dzieje się tak głównie w Azji.

Na naszym kontynencie liderem pod względem emisji gazów cieplarnianych są… Niemcy. Przed Wielką Brytanią, Francją, Włochami i Polską. Do pogorszenia klimatu przyczyniają się nie tylko elektrownie, ale również samochody i samoloty, których w Europie nie brakuje. Stąd nacisk na zastąpienie w transporcie silników spalinowych elektrycznymi. Co z kolei przełoży się na wzrost zapotrzebowania na prąd. I koło się zamyka.

W marcu 2017 r. premier Mateusz Morawiecki obiecywał milion samochodów elektrycznych na polskich drogach w roku 2025. Strach pomyśleć, ile energii musielibyśmy produkować, by zaspokoić potrzeby właścicieli tych „elektryków”. Nie wspominając o wydatkach na budowę infrastruktury niezbędnej do ich ładowania. Może się okazać, że jeśli w Polsce pojawi się choćby kilkaset tysięcy samochodów elektrycznych, elektrownie węglowe nadal będą potrzebne. A to oznacza, że z planami zamykania kopalń nie należy się śpieszyć. W rozmowach z Komisją Europejską rząd będzie zatem lawirował i przeciągał terminy, jak długo się da. W Sejmie od dawna krążą pogłoski o tajnych negocjacjach w Brukseli przedstawicieli Ministerstwa Klimatu. Ich celem jest utrzymanie w ruchu po roku 2025 jak największej liczby starszych elektrowni węglowych. Gdyby te pertraktacje zakończyły się fiaskiem, stracilibyśmy 10 tys. MW mocy, której nie byłoby czym zastąpić. Bo zamiast budować nowe elektrownie, mamy… plany ich budowy.

Żadnych złudzeń, panowie

Od lat górnicze związki zawodowe twardo negocjują z rządem warunki kolejnych porozumień. Wiedzą, że w Europie przyszłość kopalń i energetyki opartej na węglu jest przesądzona, na poważne inwestycje w polskim górnictwie też nie mogą liczyć. A to oznacza, że warunki pracy w śląskich kopalniach będą coraz trudniejsze. Co z kolei przełoży się na wzrost kosztów wydobycia i utratę konkurencyjności wobec surowca z importu. Dbanie o swoje interesy sprowadza się najczęściej do utrzymania wysokich zarobków. W połowie lutego br. pracownikom wspomnianej już ledwo dyszącej Polskiej Grupy Górniczej w ramach tzw. Karty górnika wypłacono łącznie 300 mln zł premii. A media obiegła informacja, że grudniowe średnie wynagrodzenie w sektorze wydobycia węgla kamiennego i brunatnego w Polsce wyniosło rekordowe 18,7 tys. zł, co było związane z wypłatą świątecznych premii. W rzeczywistości górnicy, zwłaszcza ci o niskich kwalifikacjach, zarabiają znacznie mniej.

Najnowszy pomysł ministra aktywów państwowych Jacka Sasina na reformę górnictwa polega na powołaniu do życia Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego, która „zdjęłaby węglowe brzemię z należących do skarbu państwa spółek energetycznych”. Innymi słowy, rząd chce oddzielić kopalnie od elektrowni i włączyć je do NABE, by zachęcić spółki energetyczne do inwestycji w OZE i inne nowoczesne technologie produkcji energii elektrycznej. Dziś nie są one do tego skłonne, gdyż ponoszą olbrzymie koszty utrzymania kopalń.

Co ciekawe, w roku 2015, po wygranych wyborach, PiS przystąpiło do realizacji odwrotnej koncepcji – łączenia kopalń z koncernami energetycznymi. W ten sposób rząd chciał stabilizować wzrost cen energii elektrycznej i sprawniej realizować transformację sektorów górniczego i energetycznego. Trudno zliczyć publikacje „ekspertów” i deklaracje polityków PiS zachwalających to rewolucyjne rozwiązanie.

Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że z Narodową Agencją Bezpieczeństwa Energetycznego będzie podobnie. Po kilku latach okaże się, że to „umieralnia” dla kopalń. I świetnie płatne posady w zarządach i radach nadzorczych dla partyjnych kumotrów.

W kopalniach wydobywających węgiel kamienny zatrudnionych jest ok. 75 tys. osób. W likwidowanych kopalniach pracuje 1750 osób. Znacznie więcej pracowników związanych jest z otoczeniem górnictwa. Szacunki mówią nawet o 400 tys. To ich dotkną programy restrukturyzacji i nie możemy się dziwić, że twardo walczą o swoje. W latach 90. można było przekonać robotników do wyrzeczeń w imię świetlanej przyszłości i dobra ogółu. Dziś to niemożliwe. Wszyscy wiedzą, na czym robi się duże pieniądze.

Zwłaszcza że na Śląsku głośno jest o wyczynach niektórych przedstawicieli kadry kierowniczej spółek węglowych. Ostatnio funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali wiceprezesa i dwóch byłych prokurentów spółki Węglokoks Kraj. Prokuratura zarzuca im działanie na szkodę firmy i niekorzystną sprzedaż węgla. Straty miały sięgnąć 28 mln zł.

W grudniu 2019 r. CBA zatrzymało kilka osób piastujących kierownicze stanowiska w kopalni Pniówek. Wcześniej podobny los spotkał dyrektora Kopalni Węgla Kamiennego Centrum w Bytomiu. Postawiono mu zarzut zmowy przetargowej, a straty przedsiębiorstwa oszacowano na 3 mln zł. W czerwcu 2017 r. na gorącym uczynku zatrzymany został Mirosław S., wiceprezes Spółki Restrukturyzacji Kopalń. Ordynarnie brał w łapę.

Grubiorze wiedzą, że znaleźli się w czarnej d… Są dobrze zorganizowani i zdeterminowani. Można odnieść wrażenie, że to oni decydują o kształcie kolejnych programów restrukturyzacji górnictwa. Są świadomi, że dla polityków najważniejsze są słupki poparcia w sondażach oraz kariery, bo politycy przychodzą i odchodzą. Nie mają więc skrupułów. I gotowi są wykorzystać siłę, którą dysponują. Być może to ostatnia okazja.

Fot. Krzysztof Żuczkowski


*Grubiorz – w gwarze śląskiej górnik. Pracuje na grubie, czyli na kopalni.

Wydanie: 19/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy