Zwierz Alpuhary

Wieczory z Patarafką

Mało jest takich polskich turystów, którzy wspinając się ku wieżom, płacom i ogrodom Alhambry (wymawia się „Alambra”), nie zacytowaliby bodaj tylko „zwierza Alpuhary”. Ten niebywały, chyba najpiękniejszy na świecie mauretański zespół pałacowy musi taki odruch w każdym Polaku, który słyszał o „Konradzie Wallenrodzie”, wywołać. Jest to, niestety, grzmiące głupstwo. Grenada to jedno z najpiękniejszych miast Hiszpanii (nazwa pochodzi od owocu), ale zarazem też nazwa ostatniego królestwa Maurów i jednocześnie prowincji na południu, wchodzącego w skład południowej Andaluzji. Tej, o której Tytus Czyżewski pisał: „W Andaluzji róże zakwitły / Róże zakwitły na zamkach…” i tak dalej. Gdzie w Grenadzie Alpuhara? Gdzie te wieże? Ano są rzeczywiście, tyle że nie w mieście samym, i nawet nie w Alhambrze. Alpuhara to pasmo górskie położone na południe od miasta Grenada, część prowincji Grenada, ale nawet z miasta niewidoczne, bo je przesłania bardzo wysokie pasmo Gór Śnieżnych, czyli Sierra Nevada.
Otóż w tej właśnie Alpuharze po upadku królestwa Grenady jeszcze toczyły się walki z muzułmanami, walki raczej partyzanckie. Do kiedy – rożne źródła różnie o tym mówią. Jedni twierdzą, że przez lat 40, inni, że dwa razy dłużej. Są i tacy, którzy dowodzą, że ten rejon do dzisiaj jest skrycie muzułmański. Czemu nie. Byli przez wieki w Hiszpanii tajni chrześcijanie, tajni Żydzi i tajni muzułmanie. Teraz są tajni Baskowie i Katalończycy, a muzułmanie w ogóle już tajni nie są i nie dam głowy, czy w końcu tej Hiszpanii po raz drugi nie zawojują. Almanzor mógłby się więc bronić nie w Alhambrze, ale w grach Alpuhary. Ale…
Był sławny wódz arabski, imieniem Mansur al-Muhammad ibn Abu Amir al-Mansur, zaciekły wróg i pogromca chrześcijan, tylko „nieco” wcześniej, bo w X w., na 600 lat przed walkami o Alpuharę…
Wszystko to jest zresztą pomieszanie z poplątaniem. Mickiewicz napisał „Wallenroda” w 1827 r. Sam historyczny Wallenrod zmarł w 1393 r., a Grenada upadła niemal dokładnie 100 lat potem. Alpuhara jeszcze później, ale Almanzor zmarł w 1002 r. Żeby było jeszcze dziwaczniej, Alhambra została poddana „królom katolickim” przez Boabdila, doceniona do tego stopnia, że Ferdynand i Izabella kazali się tam nawet pochować, a ich mauzoleum jest jednym z cudów Grenady, potem cesarz Karol V, ten wielki, wybudował obok renesansowy pałac, ale potem została kompletnie zapomniana. Odkrył ją dopiero w XIX w. amerykański pisarz Washington Irving, ale jego „Alhambra” ukazała się dopiero w 1832 r., więc w kilka lat po „Wallenrodzie” Mickiewicza. Kleiner w swojej monografii odpuszcza sobie całą sprawę, ale komuś, kto rzeczywiście widział Alhambrę i ogrody Generalife nie może to się tak łatwo udać.
Smutno to rzec, „Alpuhara” jest wspaniałym wierszem, ale Mickiewicz majaczy.
Prawdziwą Grenadę i Alhambrę otacza natomiast gęstwa innych legend, może bardziej autentycznych. Może, bo w tamtym kraju niemal wszystko jest legendą i niemal wszystko mogło się zdarzyć. I pewnie się zdarzyło. Na sławnym obrazie Pradilla „Poddanie Grenady” wzorowanym niechybnie na jeszcze słynniejszym „Poddaniu Bredy” nawet królewscy pachołkowie spoglądają ze wzgardą na Boabdila. On sam rzekomo rozpłakał się na przełęczy zwanej do dzisiaj „Westchnieniem Maura” i usłyszał od matki cierpką uwagę: „Nie płacz jak kobieta za tym, czego nie umiałeś obronić jak mężczyzna”. Ale Boabdil zrobił doprawdy wszystko, tyle że nie dopuścił do spalenia Grenady i przykładnie nie umarł. Dziś można by rzec, że właściwie zwyciężył. Dziedzińce Alhambry są mniejsze niż na fotografiach, ale całość kompleksu jest bardzo rozległa. Rzeczywiście jest to jedno z najdziwniejszych miejsc świata. W każdym razie kolejka do kas nigdy się nie kończy i wejściówki trzeba zamawiać na całe miesiące z góry. Porcja zwiedzających została ustalona na 7 tys. dziennie. Czyli 2,5 mln rocznie. Ponieważ jednak jest to w sumie bardzo wielka budowla, można się spokojnie założyć, że nikt ze zwiedzających tak naprawdę jej nie obejrzał. Zresztą nie wszystko jest pokazywane, a i tak odbywa się to biegiem, za to w niesamowitym tłoku.
W takich sprawach ilość przechodzi w jakość, i owszem, ale w odwrotnym kierunku: z pieca na łeb. Myślę, że sami turyści zbrojni tylko w kamery przepędziliby Boabdila z Almanzorem do spółki…

 

Wydanie: 46/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy