Rechot gotowanej żaby

Rechot gotowanej żaby

Od pisania o Polsce padła mi klawiatura, za mocno waliłem w litery. Pierwsze padło rzecz jasna p; myślałem pisać lipogramy, ale to trudniej, czasochłonniej, rygory spowalniają, a redakcja się niecierpliwi. Ciekawa rzecz: laptop postanowił mnie uspokoić, bo teraz jest tak, że litery przestały się wyświetlać od mocnych uderzeń, ale kiedy delikatnie naciskam palcem, wszystko gra. Nie mogę zatem pisać w gniewie, ale już smutek, rezygnacja i melancholijne rozpamiętywanie osłabiają impet na tyle, że umiem wystukać tekst na czas. Nie pójdę do serwisu, bo to nawet zabawne wyzwanie – klawiatura pilnuje moich emocji, kiedy tylko piszę coś zapamiętale, wściekle, narowiste guziczki się buntują, tekstu nie ma; muszę go napisać jeszcze raz, łagodniej. Gdybym miał teraz napisać powieść o Polsce, byłby to eksperyment na miarę „La Disparition” Georges’a Pereca, gdzie tytułowe zniknięcie dotyczy nie tylko samogłoski e, najczęściej występującej w języku francuskim, lecz także homofonu eux, czyli oni, za którym kryją się zamordowani w czasie wojny rodzice autora. Polska jawi mi się bowiem jako kraj utracony; to, co dziś nazywają Polską, nie jest już państwem, lecz wirusem. Jakieś spotworniałe połączenie sanacyjnego nacjonalizmu z gomułkowską dyktaturą ciemniaków okazuje się tym rodzajem władzy, pod którym Polacy czują się najbezpieczniej, to właśnie jest obraz „polskiej duszy” – dlatego zapytany niedawno, na co jest chora Polska, sprostowałem: nie jest chora, lecz sama jest chorobą. Przez ćwierć wieku zdawało nam się, że spóźnieni, zmęczeni, ale chłonni dołączyliśmy do Zachodu, dzielnie nadrabiając zaległości przystąpiliśmy do NATO i UE, cywilizowaliśmy się jako społeczeństwo i uczyliśmy wolności jako naród. Okazało się, że to była tylko fasada; PiS ją zburzyło, tanią socjotechniką dotarło do milionów pod hasłem „przestańcie udawać Europejczyków”. I 25 lat terapii poszło jak krew w piach – lud kaczystowski zachowuje się jak alkoholik, który po dekadach trzeźwości nagle zapił, idąc za diabelskim podszeptem; zaczęła się zbiorowa ucieczka od wolności i radość z tego, że już nie trzeba poskramiać i wstydzić się demonów. Nasz swojski faszyzm, zwany przeze mnie kaczyzmem od nazwiska jego siewcy, wkracza właśnie w fazę militaryzmu. Media pisowskie na co dzień używają już retoryki wojennej nie tylko wobec kryzysu na granicy z Białorusią, nadzorują powszechną mobilizację na wielu frontach – wczytując się w nagłówki portali propagandowych, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Polska jest w stanie wojny z połową świata, na domiar złego najcięższe boje toczą się w ramach wojny domowej z totalną opozycją, gorszym sortem, współczesną targowicą, ideologią LGBT, cywilizacją śmierci i czym tam jeszcze. Kraj dzieli się już nie na obóz demokratyczny i konserwatywny, tylko na strefę cywilną i zmilitaryzowaną – w tej drugiej Polsce tymczasowy brak nalotów, rozstrzelań i czołgów na ulicach nie oznacza wcale pokoju, lecz podlega pod użyteczny nowotwór językowy „wojny hybrydowej”. Pół kraju ma się na baczności, wypatrując wroga – jeżeli zabraknie migrantów, którzy wedle przekazów rządowych przeprowadzają nieustający „szturm na granicę” (skądinąd ten batalistyczny słownik najbardziej mnie konfunduje, kiedy służy kwestiom religijnym – niedawno mieliśmy do czynienia ze „szturmem modlitewnym” w intencji wyzdrowienia jednego z piewców pozytywnych aspektów konfliktów zbrojnych), znajdzie się śmiertelnego przeciwnika gdzie indziej. Nikogo już nie dziwi, że marionetkowy Trybunał Konstytucyjny oficjalnie kwestionuje ważność Europejskiej konwencji praw człowieka; nawet jeśli kogoś oburza zapowiedź rejestrowania ciąż celem kontroli antyaborcyjnej, jest to oburzenie ciche, bierne, pełne rezygnacji. To jedynie pęcherzyki powietrza, bąbelki, niech nas nie dziwią, bo właśnie daliśmy się ugotować jak żaby, wedle metody stopniowego podnoszenia temperatury – nie poczuliśmy momentu, w którym należało z wody wyskoczyć. Pozostał nam rozpaczliwy rechot. Liczenie na to, że władza rozlubowana w militariach i podgrzewaniu permanentnego konfliktu nie zamieni nam stanu wyjątkowego na wojenny tylko dlatego, że źle się kojarzy, jest naiwnością. Władza odwołuje się do milionów historycznych analfabetów, którzy na nią głosują; już nawet bez żenady wdaje się w awanturę o „Dziady”, świadoma, że tylko „łże-elity” zazgrzytają zębami, że coś tu się brzydko rymuje. w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl Share this:FacebookXTwitterTelegramWhatsAppEmailPrint

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2021, 49/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok