Życie po WSI

Życie po WSI

Gen. Marek Dukaczewski

Co robi bufetowa w wojskowych służbach specjalnych

– Panie generale, będzie aneks do raportu o WSI? Słyszałem, że pańskie nazwisko ma być w nim mocno wyeksponowane…
– Wieść gminna niesie, że mam być głównym bohaterem. Co jest zrozumiałe, gdyż autor aneksu, Antoni Macierewicz, ma do mnie stosunek dość osobisty. Ale przecież nie chodzi o mnie, aneks mojej sytuacji nie zmieni. Chodzi o coś poważniejszego – o powagę państwa. I bezpieczeństwo ludzi, którzy zaufali polskim służbom. Bo przecież publikowane są nazwiska i oficerów, i ludzi z nimi współpracujących! Tego nie ma nigdzie. Francuzi nie ujawniają swoich źródeł z czasów rewolucji francuskiej. A my?

– My ujawniamy. Chociaż raport o WSI, który miał pokazać kanon PiS-owskiej wiary, ten słynny układ, czworokąt służb specjalnych, polityki, biznesu i świata przestępczego, niczego takiego nie pokazał.
– Mimo wielkich poszukiwań, przesłuchiwania oficerów! Te przesłuchania prowadzono w późnych godzinach popołudniowych, a nawet w nocy. Ściągano oficerów z zagranicy. Ludzie rzucali swoje obowiązki, realizowane zadania, przyjeżdżali do Warszawy. I po tygodniu czekania mówiono im, żeby wracali na placówkę, bo weryfikatorzy jeszcze nie są gotowi do rozmowy. To usilne poszukiwanie haków, jakichkolwiek dowodów, które wcześniej były publicznie ogłoszone, do niczego nie doprowadziło. Bo przecież gdyby cokolwiek odnaleziono, gdyby w archiwach WSI znalazły się teczki znakomitych osób z obszaru finansów, mediów, życia politycznego, mielibyśmy pierwsze strony gazet pełne nazwisk i spekulacji, jak to WSI sterowały Polską.

ŁOWCA UKŁADÓW

– Oni mieli nadzieję, że grzebiąc w archiwach WSI, „wyjdą” na największych polskich biznesmenów i będą mieli ich w ręku. I albo ujawnią te materiały, niszcząc ich, albo zaczną z nimi grać, podporządkowując ich sobie.
– Teczki można różnie wykorzystać. Ale najpierw muszą one istnieć. Wie pan, co oni teraz mówią? Że te teczki były, tylko Dukaczewski je zniszczył. W mojej ocenie, PiS od początku zakładało wprowadzenie opcji zerowej. To, co my mówimy w wojsku – wszyscy, którzy mieli jakikolwiek dzień pracy w WSW, w Zarządzie II i WSI, muszą odejść. Wszyscy ci, którzy kiedykolwiek w życiu nosili brązowe buty, muszą odejść.

– Co to znaczy: brązowe buty?
– To znaczy ci, którzy rozpoczęli służbę wojskową przed rokiem 1990. Wtedy w wojsku noszono buty brązowe. Później, w związku ze zmianą umundurowania, wszyscy żołnierze zaczęli nosić buty czarne.

– Przeprowadzenie opcji zerowej było o tyle łatwe, że ludzie rzeczywiście wierzyli, że w WSI dzieją się dziwne rzeczy. Były w mediach artykuły, na które nie było waszej odpowiedzi.
– Dziś ludzie patrzą na te wszystkie oskarżenia i widzą, że nie ma tam żadnych dowodów, że WSI popełniały przestępstwa. Dziś dziennikarze mnie pytają: dlaczego pan generał wtedy nie reagował? Odpowiadam: z prostego powodu – żeby móc reagować na zarzuty, musiałbym podawać informacje objęte klauzulą tajemnicy państwowej. Np. musiałbym powiedzieć, że działalność, której prowadzenie nam się zarzuca jako niezgodne z prawem, jest zgodna z prawem, że jest to operacja wywiadowcza. Przecież takich rzeczy się nie ujawnia. Moje przekonanie jest takie, że istniała grupa ludzi, która tworzyła wokół WSI złą atmosferę, złą prasę, wiedząc, że trudno będzie zareagować na oskarżenia, bo ze względu na tajność nie można podać faktów.

– Dziś niektórzy politycy, i PO, i SLD, mówią, że operacja rozwalenia WSI i ujawnienia niektórych ich operacji wygląda, jakby robiona była na zamówienie rosyjskich służb i zrealizowana przez ich agentów wpływu.
– To postawiam bez komentarza. W zamian opowiem panu taką historię: w maju 2007 r. było spotkanie natowskie, na które pojechał ówczesny szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego…

– …czyli Antoni Macierewicz…
– I przywiózł na to spotkanie streszczenie raportu o WSI. Bardzo tendencyjne, napisane nie najlepszym angielskim. Do tego streszczenia dodał swój komentarz, że oto właśnie jest koniec organizacji przestępczej, którą on zamknął. Wystąpił na forum międzynarodowym z totalną krytyką WSI, mówił o tych służbach jako o organizacji przestępczej i kryminalnej, w której było 90% przestępców i kryminalistów. Wie pan, jakie były reakcje sali? Poważnych, wysokich rangą oficerów z państw NATO? Macierewicz mówił, a oni spoglądali jeden na drugiego i z trudem kryli zażenowanie. A potem podchodzili do oficerów WSI, których znali, mówiąc, że słów Macierewicza w ogóle nie przyjmują do wiadomości. I że oni dziękują za wspólną pracę, za to, co razem zrobiliśmy. Panie redaktorze, w jakim to świetle stawia tamtych ludzi, skoro ktoś oficjalnie stwierdza, że od 1999 r., kiedy Polska wstąpiła do NATO, do roku 2006, przez siedem lat ci ludzie współpracowali z organizacją kryminalną, przestępczą, spenetrowaną przez służby rosyjskie? Jak oni się czuli?

– Przypuszczam, że porównywali swoje doświadczenia z kontaktów z oficerami WSI i z panem Macierewiczem.
– Wiem, jaka była opinia w kręgach NATO na temat informacji, które WSI przekazywało, na temat briefingów, które dawali nasi oficerowie. Ja to wiem, bo rozmawiałem z szefami natowskich służb. Zwracali oni uwagę na rzetelną i ugruntowaną wiedzę, na głęboką analizę. A tu nagle przyjeżdża człowiek i mówi: to byli przestępcy spenetrowani przez rosyjski wywiad, i do tego macha kwitem napisanym nie najlepszą angielszczyzną. Jakby nie wiedział, że oni to sobie już dawno przetłumaczyli i wyciągnęli wnioski… Tak jak wyciągnęli wnioski, patrząc, jakich ludzi Macierewicz wprowadza do służb.

IPN SZKOLI WYWIAD

– To znaczy?
– Nie znam tych ludzi, nie wiem, jaką mają wiedzę, możliwości intelektualne, jaką mają odporność psychiczną. Ale jeżeli patrzę na ich życiorysy, zaczynam mieć wątpliwości. Bo dowiaduję się, że funkcjonariuszem została pani, która była gdzieś bufetową, podobnie jak pani, która prowadziła recepcję w jakimś hotelu, lub też pani, która pracowała na stanowisku technicznym w straży miejskiej. Jakie one mają kwalifikacje, by pracować w wojskowych służbach specjalnych? Dowiaduję się z mediów, że przysposabiano je do prac w służbach na specjalnych kursach.

– 17-dniowych…
– A być może i 17-godzinnych! Czy w czasie tych krótkich szkoleń uczono tych ludzi zasad działania służb? Zasad postępowania? Dowiaduję się, że w szkoleniach brali udział ludzie zajmujący się teorią służb specjalnych oraz pracownicy IPN i te spotkania służyły raczej indoktrynacji niż przekazywaniu wiedzy.

– Ile będzie trwało odbudowywanie służb?
– Żeby służby zbudować, żeby miały one jakiekolwiek realne możliwości działania, potrzeba siedmiu-dziesięciu lat. Ale w Polsce potrwa to dłużej.

– Dlaczego?
– Służby wojskowe, jak sama nazwa wskazuje, są służbami mającymi służyć przede wszystkim wojsku. Po to, żeby służyć wojsku, trzeba mieć w tych służbach ludzi, którzy mają albo wykształcenie wojskowe, albo wojskowe przygotowanie. Potrafią odróżnić czołg od haubicy i wiedzą, że samolot lata, a okręt chodzi. Obawiam się, że funkcjonariusze w obecnych służbach wojskowych nie bardzo wiedzą, jak odróżnić samolot myśliwski od samolotu szturmowego. I jakie to ma znaczenie.

– Ilu jest w nowych służbach ludzi spoza wojska?
– Z tego, co do mnie dociera, wynika, że żołnierzy, którzy pracują na stanowiskach wojskowych, jest znikomy procent, gros to funkcjonariusze. Czyli osoby, które przyszły albo ze służb cywilnych, albo zupełnie z cywila. Ze straży miejskiej, z redakcji pisma „Głos”. Gdyby ich wysłać za granicę, po prostu zginą w tzw. codziennym wojskowym życiu.

– Oni są w Afganistanie.
– Tam jest mieszanka. Ludzi zupełnie przypadkowych i dawnych oficerów WSI. Ci oficerowie dawnych WSI są niezweryfikowani. Oni mieli do wyboru albo iść na ulicę, albo pojechać na misję i liczyć na to, że może zostaną pozytywnie zweryfikowani.

– Pojechali więc do Afganistanu jako kto? Jako jaka służba? Skąd tam się wzięli?
– Pojechali do Afganistanu wykonywać zadania. Zadania operacyjno-rozpoznawcze.

– Ale WSI już nie ma.
– Zostali wysłani przez nowe służby. Tylko problem polega na tym, że żołnierz może wykonywać czynności operacyjno-rozpoznawcze, kiedy jest na etacie. Jeżeli nie jest na etacie, wykonuje takie czynności na własną odpowiedzialność. Jeżeli cokolwiek mu się stanie, pierwsze pytanie, jakie zada mu prokurator, będzie brzmiało: czy pan miał podstawy wyjeżdżać poza obóz, żeby w ubraniu cywilnym brać udział w jakimś spotkaniu grupy plemiennej? Po co pan tam był? Przecież pan nie jest na etacie! A, dodam, że aby być na etacie, trzeba być zweryfikowanym. Ci ludzie zaś w większości nie są zweryfikowani. Trudno więc wymagać od nich nadzwyczajnej motywacji do działania.

MOŻNA BYŁO UNIKNĄĆ NANGAR KHEL

– Czy gdybyśmy mieli sprawny wywiad i kontrwywiad w Afganistanie, doszłoby do takiego wydarzenia jak w Nangar Khel?
– To są warunki bojowe i trudno ocenić, co by było gdyby. Natomiast zrobiliśmy parę błędów. Podstawowym było rozwiązanie WSI. W ten sposób zniszczono instytucję, która monitoruje sprawy związane z bezpieczeństwem żołnierzy w sposób profesjonalny. Bo nie wystarczy mieć kilku oficerów w misji, trzeba mieć cały system przetwarzania informacji.

– To znaczy?
– Trzeba mieć system, który, po pierwsze, powoduje, że ludzie wiedzą, jak informacje zbierać. Że ta informacja przez nich zebrana jest sprawnie przekazywana do centrali, tam analizowana i w formie informacji uogólnionej albo poszerzonej do nich wraca. To sprawa budowy pozycji tych żołnierzy. Że oni nie tylko dysponują wiedzą, którą uzyskują poprzez swoje kontakty, ale również są zasilani wiedzą przez centralę. Czyli na rynku wymiany informacji stają się partnerem. Stają się partnerem również dla oficerów innych sojuszniczych służb. I teraz jeżeli mamy przedstawicieli innych służb, którzy widzą, że nasi oficerowie nie mają żadnej wiedzy, nie wiedzą nawet, co się dzieje w ich rejonie, dlatego że są odizolowani, są w małej grupie i nie mają oceny ogólnej sytuacji, bo centrala im tego nie wysyła, bo zajmuje się przeglądaniem archiwów i szukaniem haków, w związku z tym ci ludzie przestają być partnerami do rozmów. Mało tego, obce służby, w tym również służby nam przyjazne, widzą, że informacje, które są w dyspozycji służb polskich, nie są właściwie chronione. A to jest sygnał, by od takiej służby trzymać się z daleka.

– Z dostępnych informacji na temat Nangar Khel wyłania się mało ciekawy obraz – nie można się dowiedzieć, kto wydał rozkaz, na jakiej podstawie, na podstawie jakich przesłanek. Po drugie, niepokoi też niewiedza żołnierzy. Którzy pojechali i nie wiedzieli, w co strzelają…
– W jednym z najważniejszych dowództw NATO odpowiedzialnych za operację afgańską pracował oficer WSI. Był oficerem zajmującym się wymianą informacji wywiadowczych. I ten człowiek z przyczyn, które się określa „ze względu na potrzeby sił zbrojnych”, został wezwany do kraju w trybie pilnym. Dwa tygodnie przed wydarzeniami w Nangar Khel! Prawdopodobnie został wezwany dlatego, że nosił brązowe buty albo że pracował w WSI. Gdyż już tam, do dowództwa, nie wrócił. A był tam niezwykle wysoko oceniany. Chciano mu nawet dać stanowisko, którego do tej pory nikt spoza bardzo wąskiego grona osób w NATO nie zajmował. Bo był tak dobry. Na jego miejsce pojechał nowy człowiek, ale po trzech, czterech miesiącach…

– Co by zmieniła obecność tego oficera?
– Gdyby ten oficer był na miejscu w dowództwie, przynajmniej mielibyśmy pełną, rzetelną wiedzę na temat tego, co się wydarzyło w Nangar Khel, jakie są oceny innych służb. Czy tam mogło dojść do błędu, do zaniedbania. Czy po prostu był to niekorzystny zbieg okoliczności. Bo w tej chwili informacje, które napływają, w zasadzie w innym świetle stawiają całe to wydarzenie.

– Ale z jednym musimy się zgodzić – dowódca, który otrzymał informację wywiadowczą, powinien ją zweryfikować, bo między plotką a informacją wywiadowczą jest cienka granica.
– Jest. Ale polega ona na tym, że informacja musi być zweryfikowana. Dlatego wspomniałem o oficerze, który pracował w komórce wywiadowczej w najważniejszym dowództwie, bo przez niego by to wszystko przechodziło.

– On by ją zweryfikował?
– Mało tego, miałby wiedzę, jak to było weryfikowane.

– Druga informacja powinna dotyczyć samej wioski – kto tam mieszka, czy talibowie są w wiosce, czy obok, co tam się dzieje, jak można tam podjechać.
– Jeżeli z tej wioski wyprowadzono sześć ataków, jeżeli do tej wioski po ataku terrorystycznym wjechał motor, którym mógł kierować terrorysta, wiemy to z rozpoznania satelitarnego, lotniczego, źródeł osobowych, wówczas oficer wywiadu melduje swojemu przełożonemu: panie majorze, panie pułkowniku, mamy potwierdzoną informację, że z tej wioski wyprowadzono atak na polskich żołnierzy. Wtedy dowódca podejmuje decyzję, za którą ponosi odpowiedzialność. Inną sprawą jest sposób działania. Czy otoczyć wioskę? Czy ostrzelać? Czy użyć moździerzy? Czy ostrzelać tylko tak, żeby zastraszyć?

– Nad tym będzie się zastanawiał sąd.
– Ta sprawa, sposób jej prowadzenia, będzie miała ogromne znaczenie dla morale żołnierzy. Wyrok sądu będzie miał też znaczenie dla sposobu dalszego przygotowywania żołnierzy do misji.

JAK ROZPOZNAĆ SAMOBÓJCĘ?

– Aż tak?
– Oczywiście. Być może warto byłoby sprawdzić, jak ci żołnierze byli dobierani do misji. I czy tam na miejscu ktoś zajmował się analizą zachowań żołnierzy, którzy w tak ciężkich warunkach działali? Przecież następuje w nich ogromna przemiana. Oni działają w warunkach ekstremalnie trudnych, takich, w jakich ich koledzy nie znajdą się przez całe życie. Sami się sprawdzają.

– Na czym polega właściwy dobór żołnierzy do misji?
– Ogromną rolę odgrywa tu kontrwywiad wojskowy. Oficerowie kontrwywiadu w terenie mają olbrzymią wiedzę o żołnierzach, którzy są kandydatami do wyjazdu. Mogą sprawdzić, czy były wobec nich prowadzone jakieś postępowania, czy ci ludzie nie mają cech, które w warunkach bojowych są absolutnie negatywne. Jeżeli w grupie znajdują się np. ludzie z tendencją do „ramboizacji” życia wojskowego, mogą oni zachęcać kolegów do działań niezgodnych z prawem. Trzeba sprawdzać, czy wypełniane są wszystkie procedury. Praktyka pokazuje, że jeżeli żołnierz wypełnia dokładnie procedury, prawdopodobieństwo popełnienia błędu jest zdecydowanie mniejsze. Pewnie sąd te wszystkie sprawy będzie badał. Zapewne żołnierze będą mówili o pewnych sprawach psychicznych, o skutkach działania stresu. Nie wiem, jak zachowałby się przeciętny żołnierz, na którego oczach ginie kolega. Czy broniłby własnego życia, czy pomagał rannemu koledze, czy chował się, czy w sposób agresywny atakował potencjalnego, a czasami niewidocznego przeciwnika? Ci, którzy mówią, jak powinno być, nigdy tam nie byli. Nie wiedzą, co znaczy kula, która leci z niewiadomego kierunku, i jakie napięcie u młodych ludzi tworzy możliwość ataku albo groźba najechania na minę. Żołnierz ma prawo i obowiązek o tym wszystkim wiedzieć. Musi wiedzieć, co będzie, kiedy samochód najedzie na minę i ta mina wybuchnie pod przednim podwoziem. Co będzie, kiedy wybuchnie pod tylnym podwoziem. A co będzie, jeśli ktoś mu do otwartego samochodu wrzuci ładunek wybuchowy. A takie przypadki były.

– ?
– Kiedy nasi żołnierze dawali dzieciom cukierki, nagle jedno z nich wróciło i wstawiło do samochodu puszkę po coli, w której był ładunek wybuchowy. Co robić w takich sytuacjach? Co ma robić żołnierz, który widzi osobę idącą w kierunku punktu kontrolnego i ta osoba zachowuje się dziwnie? Ten żołnierz musi wiedzieć, czy to jest potencjalny samobójca, który pod luźnym ubraniem może mieć taką ilość ładunku wybuchowego, że cały posterunek wysadzi w powietrze.

– Jak rozpoznać samobójcę?
– Ten żołnierz musi wiedzieć, jakie są symptomy zachowania takiego samobójcy, który zbliża się do posterunku. Musi wiedzieć, że jeżeli stwierdzi, iż na siedem czy osiem symptomów ponad 50% się potwierdza, to on ma prawo użyć broni. I nie będzie za to ścigany.

– A jak widzi kobietę i nie jest pewien, czy jest w ciąży, czy też obwieszono ją ładunkami wybuchowymi?
– Kobiet szahidek jest coraz więcej. Do ataków samobójczych wykorzystywane są także dzieci. My więc stawiamy naszych żołnierzy przed koniecznością podjęcia błyskawicznej decyzji, czy wypełniając obowiązki służbowe nie będą musieli użyć broni w stosunku do kobiety lub dziecka, które podejrzewają o to, że są terrorystami samobójcami. Przecież ci młodzi ludzie po raz pierwszy w życiu spotykają się z taką sytuacją! Nikt tego z nimi wcześniej nie przećwiczył. Muszą wiedzieć, czy samobójca ładunek odpala sam, czy ładunek jest odpalany zdalnie. Czy wystarczy, że oni tego człowieka postrzelą, czy muszą go zastrzelić? Żołnierz, kiedy pełni obowiązki jako wartownik czy dowodzi patrolem, odpowiada za życie nie tylko swoje, lecz także swoich kolegów, odpowiada za powodzenie misji. Czy my właściwie naszych żołnierzy do takich sytuacji przygotowujemy?

– Pytam o to pana.
– Ogromną rolę w tym wszystkim odgrywają służby specjalne, które, po pierwsze, gromadzą wiedzę na temat rozpoznanych przypadków ataków samobójczych, pochodzącą nie tylko z naszych własnych doświadczeń, ale również z doświadczeń innych służb, które spotykają się z tym na co dzień. Ta wiedza jest absolutnie unikalna. I tę wiedzę trzeba tym ludziom przed wyjazdem, w czasie szkoleń przekazać.

W IRAKU WIEDZIELIŚMY DUŻO

– Czy pan się zezłościł, gdy się dowiedział, że w naszej bazie w Iraku Amerykanie złapali osobę współpracującą z terrorystami?
– Oczywiście, że tak, bo to jest powinność polskiego kontrwywiadu. Muszę powiedzieć, że kiedy ja dowodziłem służbami, mieliśmy takie przypadki, że osoby kierowane do naszego obozu przez Amerykanów, polecane przez nich, były przez nas odrzucane, kwestionowaliśmy ich wiarygodność. I Amerykanie, mając w ręku nasze argumenty, uznawali to.

– Jakie argumenty?
– Mieliśmy swoje informacje. Wiadomo, że Irak to trudne środowisko. Ale trzeba brać pod uwagę również i to, że nastawienie ludności irackiej czy afgańskiej do poszczególnych narodowości jest różne. Do Polaków jest relatywnie pozytywne. Wyjeżdżałem do Iraku i Afganistanu i wiem, jak to wygląda. Żołnierze robili dobrą robotę, od drobnych gestów, takich jak dawanie dzieciom cukierków czy ołówków, po udzielanie pomocy lekarskiej, oczywiście z zachowaniem zasad. Że kobiecie nie może udzielać pomocy lekarz mężczyzna, tylko lekarz kobieta. Że przestrzegamy zasady, aby w domach nie wchodzić do części, w której są kobiety. Że nie afiszujemy się z symbolami naszej wiary. Te i inne informacje były przekazywane żołnierzom przed wyjazdem. Warto było.

– Gdy byłem w Iraku, w polskiej bazie, oficerowie nie ukrywali, że wśród miejscowej ludności mają informatorów i wiedzą, kiedy przyjeżdżają obcy z Bagdadu, kiedy może coś grozić. Teraz mamy informacje, że polskie bazy są ostrzeliwane.
– Nie ma informacji, że będzie atak i z którego miejsca.

– Dlaczego?
– Ludzie, którzy tam pracowali, zostali wycofani. A nawet jeżeli tam pojechali, to jako żołnierze byłych WSI, którzy nie mają żadnego statusu.

– Powinnością polskich służb było zbudowanie wokół polskich baz systemu wczesnego ostrzegania.
– Dlatego służby nie mogą jechać razem z kontyngentem, tylko muszą być tam odpowiednio wcześniej. Żeby mieć wytypowane osoby, które będą współdziałać. Żeby stworzyć możliwość uzyskania informacji uprzedzającej o zagrożeniu.

SŁUŻBY PRZYJEŻDŻAJĄ PIERWSZE

– Czy w tą zakreśloną przez pana filozofię nie wpisuje się operacja Zen, prowadzona przez pułkownika Makowskiego w Afganistanie i opisana w raporcie o WSI?
– Ta operacja miała służyć przygotowaniu pobytu naszych żołnierzy w Afganistanie.

– Pomysł wygląda na znakomity – powołujemy w Kabulu firmę budowlaną, mamy więc możliwość jeżdżenia po całym Afganistanie, spotykania się z najważniejszymi ludźmi, przekazywania pieniędzy…
– I rozpoznawania sytuacji. W przypadku zatrzymań czy porwań polskich żołnierzy – a taki wariant też służby muszą przewidzieć – trzeba do kogoś dotrzeć. Trzeba tych żołnierzy zlokalizować, trzeba wiedzieć, z kim i na jakim poziomie rozmawiać. Oczywiście, działania bojowe, typu odbicie, zawsze bierze się pod uwagę, tylko trzeba wpierw wiedzieć, gdzie odbijać… Tego wszystkiego mieliśmy świadomość – bo, odpukać, jeżeli jakikolwiek polski żołnierz zostałby porwany, to naprawdę w naszym kraju nikogo by nie interesowało, co my zrobimy, poza jednym – żołnierz ma być w domu przy swojej rodzinie. W związku z tym służby muszą być przygotowane na taką ewentualność.

– Tak jak w przypadku Polki porwanej w Iraku.
– Teresy Borcz. Naprawdę premiera Belkę i prezydenta Kwaśniewskiego nie interesowało nic poza jednym: ona ma być uwolniona. I to jest zadanie służb. Te służby musiały więc wiedzieć, gdzie ona jest, jak ją zlokalizować, jak rozmawiać. I z kim. Służby muszą się przygotować na wszelkie możliwe warianty znacznie wcześniej. I temu służyła operacja Zen. Już widzę uśmiechy na twarzach oficerów, którzy w tym rejonie działali – czym ci Polacy się ekscytują? Przecież to jest abecadło! Tak się robi! Jeśli mamy w jakimś kraju być obecni, to najłatwiej poprzez kontakty gospodarcze. Żeby poznawać tych ludzi, żeby stworzyć więzi wzajemnego zaufania, czegoś takiego, co w sytuacji krytycznej pozwala na uzyskanie informacji. To wszystko zostało przez PiS zniszczone.

– W raporcie czytamy, że była to droga impreza.
– Gdybym panu powiedział, jakie pieniądze na to poszły, to pan zacząłby się śmiać. A moi partnerzy z NATO by powiedzieli: Marek, o czym tu mówisz? O kosztach kawy? Pamiętajmy, że w Afganistanie jest struktura plemienna, gdzie liderzy zajmują stanowiska państwowe, ale oni zasilają cały swój ród. Jeżeli więc nasi żołnierze operują w jakimś regionie, a my w tej region wchodzimy z działalnością gospodarczą, taką jak budowa dróg, szkół, odbudowa zniszczeń, to jego mieszkańcy myślą tak: dopóki jest tu polska firma i są polscy żołnierze, to jest robota, mamy z czego żyć. A gdy zaczniemy ich atakować, porywać, mogą tę firmę zwinąć. Więc nie atakujmy. To myślenie nam towarzyszyło, kiedy tego typu plany budowaliśmy.

– A jakie myślenie towarzyszyło panu, gdy dowiedział się pan o śmierci w Iraku Waldemara Milewicza?
– Po śmierci red. Milewicza zdobyliśmy pełną informację, jak to się stało. Z naszych źródeł. Wtedy postawiłem sobie jako zadanie, jako punkt honoru dla nas, dla służb, że dopadniemy tych, którzy dokonali tego zamachu. To się udało. W 2006 r. zostali już wszyscy zatrzymani. Podobnie było w Bośni. Mieliśmy sytuację, kiedy dokonano zamachu terrorystycznego na polski samochód, zginęli żołnierze – i też nasze służby poszukiwały sprawców. I znalazły. Sprawcy zostali zatrzymani, skazani. Są to jakieś sukcesy służb, to jest punkt honoru, że atak na polskiego żołnierza nie może być pozostawiony bez odpowiedzi. Terroryści muszą mieć świadomość, że za atak na polskiego żołnierza grozi albo akcja bojowa, albo wcześniej czy później prawo dosięgnie tych, którzy tego ataku dokonali. Ale żeby znaleźć tych ludzi, trzeba mieć dobre służby, tam w terenie.

Gen. Marek Dukaczewski – były szef byłych WSI (2001-2005), w latach 1997-2001 zastepca szefa BBN.

 

Wydanie: 20/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy