Życie prywatne pod kontrolą PiS

Życie prywatne pod kontrolą PiS

PiS chce wprowadzić najbardziej restrykcyjne w Europie przepisy dotyczące rozmów przez telefony komórkowe i przesyłania poczty elektronicznej. Jeśli parlament pozwoli, już w październiku ma wejść w życie nowe prawo telekomunikacyjne, które sprawi, że organy ścigania, sądy i prokuratura zyskają bardzo głęboki wgląd w nasze życie osobiste. W myśl założeń ustawy operatorzy komórkowi będą musieli gromadzić przez pięć lat informacje na temat naszych połączeń komórkowych (nawet tych niezrealizowanych), treści SMS-ów oraz MMS-ów. Przechowywane też będą nasze e-maile i dane adresatów, a nawet adresy stron, które odwiedziliśmy w internecie.
Resort sprawiedliwości w osobie Zbigniewa Ziobry tłumaczy, że inwigilacja obywateli za pomocą łączy elektronicznych formalnie ma służyć walce z przestępczością zorganizowaną i terrorystami, ale opinie na temat tego rozwiązania zostały już oprotestowane, a nawet wyszydzone przez wielu prawników, polityków i publicystów. Prof. Andrzej Rzepliński z Fundacji Helsińskiej twierdzi, że wydłużeniem z dwóch do pięciu lat okresu przechowywania poufnych danych o obywatelach zbliżamy się nie do liderów Unii Europejskiej, ale do Wspólnoty Niepodległych Państw, z Białorusią na czele. Waldemar Pawlak natomiast w swoim blogu porównuje zmiany w prawie telekomunikacyjnym do założeń programu „Big Brother”. I tu, i tam wiedzieliśmy prawie wszystko o jego uczestnikach. Za sprawą posłów PiS Polska może zrobić poważny krok w tym kierunku, pisze polityk PSL. Tłumaczy też, że zmiana wprowadzona pod płaszczykiem walki z przestępczością to szukanie naiwnych. – Zorganizowana przestępczość doskonale potrafi zadbać o poufność swojej komunikacji – argumentuje. – A zwykły obywatel? No cóż, nie dość, że sporo zapłaciłby za długi okres przechowywania treści naszych rozmów, to jeszcze mógłby stać się ofiarą szantażystów.
Waldemar Pawlak doskonale wie, o czym pisze, bo jego osoba już niejednokrotnie była wydawana na żer żądnych sensacji popołudniówek (których aktywność nie musiała być wcale politycznie bezinteresowna). Zresztą nie tylko on jest pod baczną obserwacją różnych paparazzich. Praktycznie każda osoba publiczna – polityk, aktor, sportowiec, uczony – staje się łakomym kąskiem dla prasy bulwarowej szukającej łatwych sensacji, krwawych bądź kompromitujących obyczajowo zdjęć i opisów. Jeśli dane o życiu prywatnym będą przez tak długi czas magazynowane, z pewnością ktoś się do nich włamie. Technicznie jest to prostsze niż czekanie godzinami pod mieszkaniami obywateli, gdy spędza tam noc lider jakiejś partii lub popularna twarz telewizyjna, co nagminnie praktykują dziennikarze sensacyjnych gazet. Podobne metody poszukiwania kompromitujących danych mogą stosować sztaby wyborcze zwalczających się partii i wykorzystywać zdjęcia oraz nagrania w kampanii. To nie ma wiele wspólnego z walką z terroryzmem.
Pozostaje więc pytanie, w jakim celu PiS tak energicznie forsuje rozwiązanie, którego nawet stare kraje Unii Europejskiej nie przyjęły. Tam obowiązuje dwuletni okres „retencji danych”, zresztą również ostro krytykowany przez obrońców praw człowieka. Może w ten sposób partia Kaczyńskich przygotowuje instrumenty do przedłużania sobie władzy?

Wydanie: 37/2006

Kategorie: Kraj