Archiwum
Król pod ziemią
Gotowany, pieczony, smażony – ziemniak potrafi być wszystkim
Niezaprzeczalnie jest królem polskiego stołu. Obecny od kilku wieków w naszych kuchniach. Smaczny, odżywczy i z ogromnym potencjałem kulinarnym. Przebył daleką drogę, by dziś żywić niemal cały świat. Ewoluował, przemieniając się z rośliny ozdobnej i leczniczej w podstawowy produkt spożywczy. (…)
Dziś poznaję ziemniaka w jego regionalnych odsłonach. Podróżując po całej Polsce i biorąc udział w konkursach kulinarnych, spotykam go w każdym zakątku kraju. Panie i panowie z kół gospodyń wiejskich przywracają mu należne miejsce na naszych stołach. Odkrywają stare przepisy i prezentują na festiwalach smaku przywrócone światu ziemniaczane potrawy. Ich nazwy są niebanalne, niecodzienne, nieraz wręcz gwarowe. Niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy (jak chociażby mordonie, gumiklejzy czy chlastoki).
Co sprawia, że ziemniaki są tak wspaniałe? Na pewno ich struktura i skład, i to, że chłoną smaki innych składników. Poddają się wszelkim procesom obróbki: mogą być smażone, gotowane, pieczone, parowane. Przyjmują kształt kluski, kotleta, ciastek, babki, placka. Smakują na słodko, słono, gorzko i kwaśno. Mogą być podawane na śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Są uniwersalne w swojej prostocie i wyjątkowości. (…)
Jak każdy produkt spożywczy, tak i ziemniak ma swoją historię. Przez lata powstało wiele legend na temat tej bulwy. Dotyczyły one najczęściej pochodzenia oraz czasu pojawienia się ziemniaka na stołach krajów europejskich, w tym Polski. (…)
Do początków XVI w. nikt oprócz rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej – i to wyłącznie tych zamieszkujących górskie tereny w Andach – nie słyszał o ziemniakach. Dlatego też nie ma nawet najmniejszej wzmianki o kartoflach w Biblii. Ojczyzną tej bulwy są tereny dzisiejszego Peru, Chile, Boliwii i Ekwadoru. To Krzysztof Kolumb przywiózł pierwsze ziemniaki z Peru, prawdopodobnie w 1567 r. Nie on jeden jednak. Francis Drake, angielski żeglarz, również dostarczył te bulwy na Stary Kontynent, tyle że z Chile w 1585 r. Zanim trafiły do Rzeczpospolitej Obojga Narodów, musiało minąć jeszcze ładnych parę lat.
W Europie najpierw były rośliną ozdobną oraz wykorzystywaną w lecznictwie przez zakonników. Dopiero na początku XVII w. na terenach Wysp Brytyjskich podjęto próby stosowania kartofli w kuchni. Jak opisuje Mieczysław Birecki w książce „Ziemniaki”, opublikowanej w 1967 r., kolejnym obszarem, który uległ nowej kulinarnej modzie, była monarchia Habsburgów już na początku XVIII w. Za to w niektórych krajach nazywano je „diabelskimi jabłkami” i podejrzewano, że mają właściwości trujące.
Na polskich ziemiach ziemniak pojawił się po obronie Wiednia przed Turkami, przemierzywszy daleką drogę z ogrodów wiedeńskiego dworu cesarskiego. Przywiózł go król Jan III Sobieski dla wybranki swego serca – Marii Kazimiery d’Arquien. Zasadzony, by cieszył oko w Wilanowie, musiał jeszcze poczekać na swoje kulinarne triumfy.
Za czasów Wettynów, czyli Augusta II Mocnego i Augusta III Sasa, ziemniaki sadziło się już coraz powszechniej. Rolnicy z terenów pozostających pod panowaniem tej dynastii w Saksonii do perfekcji opanowali uprawę kartofli. Odczarowaniem ziemnego jabłka w Rzeczypospolitej zajmowali się z kolei ówcześni naukowcy i właściciele ziemscy. (…) Jednak to XIX w. uznaje się za czas, kiedy ziemniaki wkroczyły na stoły w miastach i wsiach. Najwięcej kartoflanych upraw było na ziemiach zaborów pruskiego (dekrety nakazujące uprawy ziemniaków) i austro-węgierskiego. Nie było jednak tak łatwo. Mieszkańcy wsi z ostrożnością podchodzili do kartofli. Jędrzej Kitowicz w „Opisie obyczajów za panowania Augusta II”, tworzonym w latach 1840-1841, opisuje niechęć Polaków do tych bulw, a w szczególności katolickiego kleru, który nazywał uprawę niemieckich ziemniaków świętokradztwem. Dopiero kryzys ekonomiczny i głód na początku XIX w. zmusiły społeczeństwo do uznania wartości ziemniaków.
Gospodarstwa i majątki ziemskie
Fragmenty książki Pawła Ochmana Ziemniaki w roślinnej kuchni regionalnej, Marginesy, Warszawa 2026
Zmyślona prawda
Znowu dziki w naszym Międzylesiu, to już codzienny problem, jest nawet aplikacja, która pozwala śledzić, jak się przemieszczają całymi hordami po okolicy. Wdzierają się na posesje, rozwalają śmieci i demolują ogródki. Potrafią bez trudu przewracać ciężkie, betonowe kosze na śmieci. Staramy się zawsze zamykać bramę. Ale skorzystały z chwili naszej nieuwagi, gdy była uchylona. Żona mnie woła do okna dramatycznym głosem. Obok drzwi wejściowych kręcą się dwie duże lochy i kilkanaście warchlaków, jeden leży w świeżo posianej młodej trawie, inne ją ryją. Pierwsza myśl, że zdechł, ale on tylko sobie drzemał. Dewastują mały kawałek ogrodu od bramy. Szybko wskakuję do samochodu, straszę, trąbię, podjeżdżam, jakbym chciał je przejechać, nie robi to na nich wrażenia. W końcu sznureczkiem ewakuują się z naszej posesji.
Chcę zamknąć bramę, gdy widzę, że w ogrodzie od strony tarasu wyłania się jak w złym śnie trzeci osobnik i spora grupka małych. Szykują się do pożarcia kwiatów. Pędzę do domu, wybiegam na taras i próbuję je płoszyć krzykiem i groźną postawą. Cebulki kwiatowe już kiedyś nam wyżarły, poniszczyły kwiaty, trawnik zryły i skopały. Zbliżam się do stadka, kieruje mną instynkt człowieka pierwotnego, którego jaskinia jest zagrożona. A przecież wiem, że lochy z młodymi bywają niebezpieczne. Ta zdaje się zastanawiać, co robić, łypie na mnie owłosionym okiem, nie jest to oko intelektualisty, ale jest w nim przebiegłość. Zastanawia się, w końcu odwraca, by godnie zmierzać ku bramie, za nią sznureczkiem małe. Jeden jednak został przy rozwalonych śmieciach i delektował się opakowaniem po lodach. To już druga taka scena z lodami w ostatnim czasie. Dziki, jak widzę, uwielbiają lody, szczególnie kanapkowe. Ciskam w małego szyszką i trafiam w tłusty zadeczek, co napawa mnie dumą myśliwego, który trafił w cel. Warchlak bierze nogi za pas. I mogę zamknąć bramę.
Członkowie jury reprezentującego Polskę na Eurowizji 2026 przyznali izraelskiej piosence i jej wykonawcy maksymalną liczbę punktów. Izrael o mało co nie wygrał konkursu, nędznego jak zwykle. Nasi jurorzy stali się celem niezliczonych brutalnych ataków. Musieli wiedzieć
Yayoi Kusama – konfrontacja z mitem
Z prawie stuletniej historii życia zagubionej, ekscentrycznej artystki emanuje zaskakująca radość
W Kolonii odbywa się wystawa prac Yayoi Kusamy. Dobiegająca setki Japonka (ur. w 1929 r.) uznawana jest za najbardziej znaczącą i najznakomitszą artystkę wśród wciąż aktywnych światowych twórców. Prezentację jej dorobku zaplanowano w trzech odsłonach: w Bazylei, w Kolonii, a jesienią w Amsterdamie, i uznano za najważniejsze europejskie wydarzenie artystyczne 2026 r.
Bilety wyprzedają się z dużym wyprzedzeniem. Publiczność napiera tłumnie. Korzysta z okazji, by skonfrontować się z mitem. Nie wiadomo tylko, czy z tym sprzed kilkudziesięciu lat, czy z obecnym. Dzisiaj bowiem Kusama jest przede wszystkim twórczynią najdroższą – w samym 2023 r. wartość jej prac sprzedanych na aukcjach przekroczyła 80 mln dol. Uosabia zatem sztukę rodzącą zysk – odpowiadającą wymogom czasów. To rozpala wyobraźnię tłumów. Kim trzeba być i co trzeba z siebie dać, aby „z niczego” kufry wypełniały się złotem? To ogromne zainteresowanie prezentacjami prac Yayoi Kusamy jest zjawiskiem chyba jeszcze bardziej fascynującym niż sama jej twórczość.
Artystyczna historia niezwykłej Japonki jest, tak jak jej życie, niezwykle długa. Tworzyła w Japonii, ale także bardzo długo w USA i to tam została dostrzeżona. Wystawa w Kolonii przywołuje stare filmy z organizowanych przez nią happeningów broniących społecznie ważnych wartości i zasad: a to w sprawie wojen czy nierówności, a to w kwestiach wolności seksualnej. Występy nagich modeli, podobnie jak prezentowane instalacje z tekstylnymi czy plastikowymi fallusami, jawią się dziś jako pretensjonalne i banalne. Trudno się nimi fascynować.
Ale pochodzą przecież z lat 60. i 70. tamtego stulecia. Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo mogły wówczas bulwersować i jak ogromną przyciągały uwagę. Wtedy przysporzyły artystce dużej popularności i spotkały się z sympatią wielu nowatorów sztuki.
Dziś Yayoi Kusama kojarzy się z magią kropek. Mniejsze, większe, kolorowe, czarne, malowane i wyświetlane – to one zdominowały jej prace. Zarówno jako motyw główny, jak i wypełnienia tła. Wystawa w Kolonii, zawierająca również prace z wczesnych okresów twórczości, pokazuje, że natręctwo kropek towarzyszyło artystce od zawsze. Pokrywała nimi twarze modeli i autoportrety, budowała z nich także kompozycje abstrakcyjne. W jej wyobraźni – zawsze nadwrażliwej, pełnej fantasmagorii – kropka jest ucieleśnieniem
Museum Ludwig w Kolonii
Yayoi Kusama
do 2 sierpnia
3% dla nauki
Naukowcy mówią: dość – albo jest tanio, albo dobrze
„Wielu z nas widzi pracę w nauce jako realizację pasji i służbę dobru publicznemu. Ale sam zapał, misja czy prestiż nie wystarczają na opłacenie rachunków i utrzymanie rodziny. Potrzebujemy nie tyle uznania i publicznie wygłaszanych pochwał, ile realnego wsparcia, które umożliwi efektywne wykorzystanie możliwości tkwiących w polskiej nauce”, piszą badacze skupieni wokół akcji 3% dla nauki.
Usychająca nauka
W polskim środowisku naukowym narasta napięcie, będące efektem niskich wynagrodzeń i chronicznego niedofinansowania uczelni oraz badań. Coraz częściej słychać głosy o niestabilności zatrudnienia, ograniczonych perspektywach rozwoju i płacach, które nie nadążają za realiami rynku, co przekłada się na odpływ kadry do sektora prywatnego lub za granicę. Kulminacją tych nastrojów ma być protest przed Sejmem 27 maja. Środowisko naukowe zamierza domagać się zwiększenia nakładów na naukę do poziomu 3% PKB do 2030 r.
Niestety, mimo kolejnych obietnic następujących po sobie rządów polska klasa polityczna uparcie ignoruje fundamentalną potrzebę inwestowania w naukę. Dane są bezlitosne: udział w PKB wydatków państwa na naukę i szkolnictwo wyższe od dwóch dekad nie tylko nie rośnie, ale systematycznie się kurczy. Łączne nakłady na badania i rozwój zatrzymały się na poziomie zaledwie 1,41% PKB,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Samotność znika, gdy pojawia się sens życia
100% pacjentów zgłaszających się do gabinetu psychiatrycznego mówi, że czują się samotni
Lek. Maja Herman – psychiatrka, psychoterapeutka, medinfluencerka, prezeska Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych, autorka kampanii społecznościowych z okazji Światowego Dnia Zapobiegania Samobójstwom, Dnia Zdrowia Psychicznego oraz Dnia Walki z Depresją. Autorka i pomysłodawczyni spotu kampanijnego na Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom: „Dekalog życia”.
Czy samotność to nasza wina, sami na nią pracujemy?
– Nie zgadzam się, że sami jesteśmy sobie winni. Człowiek ma naturalną zdolność do przewidywania skutków swoich wyborów. Usiądzie, jeśli wie, że stojąc, przewróci się. Jeżeli może czemuś zapobiec, zapobiegnie. Absolutnie nie powinniśmy się obwiniać za to, że jesteśmy samotni. Obwinianie się do niczego dobrego nigdy nie prowadzi. Nie warto sobie dokopywać, zwłaszcza że współczesny świat jest tak skomplikowany, jesteśmy w nim tylko malutkim trybikiem, a nie osią.
Nie ma medycznej jednostki chorobowej samotność, a jednak coraz więcej ludzi z jej powodu cierpi na depresję, zaburzenia lękowe i wykazuje zachowania samobójcze. Samotność niszczy nam psychikę. Czy to cena rozwoju cywilizacji?
– Samotność to bardziej stan socjologiczno-psychologiczny, który powoduje, że cierpimy. Cierpienie zaś wywołuje różne zaburzenia – od chorób psychiatrycznych po somatyczne. Według Dirka Scheelego, profesora neurobiologii społecznej na Uniwersytecie Ruhry, samotność może być tak szkodliwa dla zdrowia jak palenie 15 papierosów dziennie. Przebadano ponad 300 tys. osób i wyszło, że te o niskim poziomie integracji społecznej, tj. mające tendencję do bycia samotnymi, mają zwiększone ryzyko śmiertelności. To wstrząsające badanie pokazuje, jak silna jest potrzeba bycia z drugim człowiekiem.
Jak w takim razie zdefiniowałaby pani samotność? Brak bliskich relacji, fizyczna nieobecność innych?
– Samotność zdefiniowałabym przede wszystkim jako poczucie osamotnienia, mimo faktu, że tak wiele dookoła mnie się dzieje. Nie możemy powiedzieć, że dookoła nas we współczesnym świecie jest za mało ludzi i wydarzeń.
Wręcz przeciwnie, jesteśmy przebodźcowani i pewnie też dlatego samotni.
– Skłaniałabym się nawet do kontrowersyjnej tezy, że mechanizm ewolucyjny chronienia samego siebie jest przestrzelony. Za dużo bodźców, wydarzeń, ludzi dookoła nas – żyjemy na przeludnionej planecie – powoduje, że próbujemy się chronić i uciekamy od ludzi i bodźców do spokoju i ciszy, co nie do końca jest czymś, czego potrzebujemy. Trzeba znaleźć balans – mieć czas na spokój, gdy jest się samemu ze sobą i ze swoją głową, i na bycie obok drugiego człowieka. Jako ludzkość zbudowaliśmy cywilizację, ponieważ jesteśmy socjalni. To w nas nie zaginęło. Uciekanie od ludzi nam szkodzi, czujemy się z tym źle. Uciekamy, żeby siebie ochronić. To trudna sytuacja, wymagająca dobrej edukacji, kiedy będziemy mówić, że drugi człowiek jest potrzebny, że nic nie zastąpi dotyku i wszystkich elementów zmysłowych, takich jak mimika, mikromimika itp. Że pod wpływem bliskości fizycznej wydzielają się neurohormony: wazopresyna, oksytocyna, dopamina, serotonina, adrenalina, noradrenalina. Te neurohormony sprawiają, że lepiej funkcjonujemy, szybciej myślimy, jesteśmy bystrzejsi, sprawniejsi intelektualnie.
Czyli potrzebujemy drugiego człowieka, ale czasem destrukcyjnie trzymamy się go z lęku przed samotnością. Nawet jeżeli nas bije.
– W żadną ze stron nie można przesadzać – ani z socjalizacją, ani z chęcią bycia z kimś na zasadzie: muszę z nim być, bo jak nie, to będę sama i już nigdy nikogo nie znajdę. Takie myślenie powoduje, że tkwimy w związku z oprawcą/oprawczynią, który/która bije, poniża, stosuje przemoc psychiczno-fizyczną. A z drugiej strony jestem samiusieńka, bo boję się związać z kimś, bo zakładam, że będzie dla mnie niedobry, mam poczucie, że świat stanowi zagrożenie. Mamy dziś epidemię samotności. I dlatego musimy o niej rozmawiać, przestać ją traktować jak tabu. Nie możemy jej romantyzować, musimy ją oswajać, pogłaskać, popatrzeć jej w oczy.
Myślę, że „Mały książę” to jednak bardzo mądra książka.
– Odniesienie się w tym momencie do Antoine’a de Saint-Exupéry idealnie pasuje do tego, jak dziś żyjemy i funkcjonujemy. Tyle lat temu stworzył piękną historię o samotności, ale i jedną z trudniejszych.
Często w kontrze do samotności ustawia pani miłość, ale nie romantyzuje pani tego uczucia. Mówi o miłości do pracy, hobby, zwierząt. I że samotność jest mniejsza, kiedy np. hodujesz rośliny w domu.
– Ludzie, którzy dyskutują z kwiatkami na różne tematy, nie cierpią na żadne zaburzenie. Jeżeli twoje kwiatki sprawiają ci przyjemność, stanowią element codziennej rutyny, są istotkami, które dzięki tobie żyją i rozwijają się, to jest OK. Paradoks samotności polega na tym, że odczuwamy ją wtedy, kiedy czujemy się samotni, a nie wtedy, kiedy nie mamy obok siebie drugiej osoby. Możemy mieć towarzysza – psa, kota, świnkę morską. Ważna jest uważność na codzienność, która nas otacza.
Nic dziwnego, że ogrodnik to jeden z najszczęśliwszych zawodów świata.
– Jeśli chodzi o rośliny, ważna jest satysfakcja, która czyni szczęśliwym, ponieważ mózg bardzo lubi efekty. W ogrodnictwie efekt widać szybko i spektakularnie, bo jak roślina zakwita, to nie ma piękniejszej nagrody za twoją pracę. W ogrodnictwie jest też aktywność fizyczna, która
Ojczyzna Europa
„Dzieje kultury europejskiej” Wojciecha Lipońskiego są książką nie do objęcia. Ukazuje się ona od 2019 r., początkowo rok po roku, w objętości rosnącej z tomu na tom. W minionym roku wydano tom czwarty, najobszerniejszy: „Barok-Oświecenie”. Gąszcz przytaczanych w nim faktów – czasem znanych, czasem zapomnianych, czasem nowych – działa obezwładniająco, a do zapamiętania jest niemożliwy. O ile więc pierwsza refleksja dotyczy możliwości percepcji czytelniczej, druga każe zadumać się nad możliwościami autora, który nad wytworzonym przez siebie tekstem w pełni przecież panuje.
Jak to robi? Można zrozumieć swobodę, z jaką ten profesor anglistyki porusza się w obszarze kultury Wielkiej Brytanii (swego czasu wydał „Dzieje kultury brytyjskiej”), można zrozumieć jego zadomowienie w innych kulturach europejskich, trudniej pojąć, że z tym samym znawstwem referuje osiągnięcia narodów zarówno niewielkich, jak i leżących formalnie już poza Europą: Armenii czy Gruzji. Jest sprawą oczywistą, że bibliografia przedmiotu nie mogła tu zostać wyczerpana, a przecież obecny w przypisach wykaz wielojęzycznych monografii i artykułów sprawia wrażenie kompletności. Oto więc owoc nieludzkiej wręcz kompetencji, zdającej się przekraczać możliwości jednego autora.
Dzieło nie do objęcia, lecz przez naukę możliwe do wykorzystania w przeróżny sposób. Najpierw, przy badaniach którejkolwiek z kultur narodowych, jako solidny rekonesans, traktujący dane zagadnienie z lotu ptaka i na tle kultur sąsiednich. Potem – włączający to zagadnienie w kontekst szerszy, w krwiobieg całości kultury naszego kontynentu. W czasach, w których istnieją rzesze znakomitych specjalistów, synteza o takim oddechu onieśmiela, choć mędrców szkiełka i oka może też prowokować do wychwytywania omyłek, potknięć, lapsusów i literówek. W istocie, pewnie wyszłoby dziełu na dobre nieco powolniejsze tempo wydawania, choć i tak od poprzedniego tomu („Renesans”, 800 stron) do tomu obecnego (900 stron) upłynął okres – jak na Lipońskiego – wyjątkowo długi,
„Dzieje kultury europejskiej” Wojciecha Lipońskiego są książką nie do objęcia. Ukazuje się ona od 2019 r., początkowo rok po roku, w objętości rosnącej z tomu na tom. W minionym roku wydano tom czwarty, najobszerniejszy: „Barok-Oświecenie”. Gąszcz przytaczanych w nim faktów – czasem znanych, czasem zapomnianych, czasem nowych – działa obezwładniająco, a do zapamiętania jest niemożliwy. O ile więc pierwsza refleksja dotyczy możliwości percepcji czytelniczej, druga każe zadumać się nad możliwościami autora, który nad wytworzonym przez siebie tekstem w pełni przecież panuje.
Jak to robi? Można zrozumieć swobodę, z jaką ten profesor anglistyki porusza się w obszarze kultury Wielkiej Brytanii (swego czasu wydał „Dzieje kultury brytyjskiej”), można zrozumieć jego zadomowienie w innych kulturach europejskich, trudniej pojąć, że z tym samym znawstwem referuje osiągnięcia narodów zarówno niewielkich, jak i leżących formalnie już poza Europą: Armenii czy Gruzji. Jest sprawą oczywistą, że bibliografia przedmiotu nie mogła tu zostać wyczerpana, a przecież obecny w przypisach wykaz wielojęzycznych monografii i artykułów sprawia wrażenie kompletności. Oto więc owoc nieludzkiej wręcz kompetencji, zdającej się przekraczać możliwości jednego autora.
Dzieło nie do objęcia, lecz przez naukę możliwe do wykorzystania w przeróżny sposób. Najpierw, przy badaniach którejkolwiek z kultur narodowych, jako solidny rekonesans, traktujący dane zagadnienie z lotu ptaka i na tle kultur sąsiednich. Potem – włączający to zagadnienie w kontekst szerszy, w krwiobieg całości kultury naszego kontynentu. W czasach, w których istnieją rzesze znakomitych specjalistów, synteza o takim oddechu onieśmiela, choć mędrców szkiełka i oka może też prowokować do wychwytywania omyłek, potknięć, lapsusów i literówek. W istocie, pewnie wyszłoby dziełu na dobre nieco powolniejsze tempo wydawania, choć i tak od poprzedniego tomu („Renesans”, 800 stron) do tomu obecnego (900 stron) upłynął okres – jak na Lipońskiego – wyjątkowo długi,
Z Częstochowy do Kossakówki w Krakowie
13 kwietnia br. w Częstochowie miało miejsce niezwykłe wydarzenie – przekazanie przez Mieczysława Wyględowskiego na rzecz przyszłego Muzeum Rodziny Kossaków w Krakowie wiedeńskiego zegara z połowy XIX w.
Lekarz, chirurg, senator RP, autor 23 książek i kolekcjoner śladów istnienia zakupił ten obiekt od Glorii Kossak, córki Jerzego Kossaka, w połowie lat 80. XX w. „Niezwykłą ciekawostką z tamtych lat w Polsce był handel adresami – wspomina Wyględowski. – Rozwinęła się sieć pośredników, którzy nie handlowali starociami ani ich nie posiadali. Za odpowiednią opłatą służyli adresami, pod którymi można było nabyć atrakcyjny kolekcjonerski »towar«. Za taki adres zapłaciłem i… nabyłem piękny kominkowy zegar”.
Neogotycki dom Kossaków zaprojektowany został w 1851 r. i przejęty przez Juliusza Kossaka w 1869 r. W Willi Wygoda,
Wilanowskie techno nocą
Imprezy Circoloco odbywały się już na Ibizie i w Amsterdamie. W maju pierwszą – i chyba ostatnią – warszawską zorganizowano w Wilanowie
Czegoś takiego w czasach Jana III Sobieskiego i królowej Marysieńki z pewnością nie było. Motłoch nie miał wstępu na dziedziniec pałacu monarchy. 17 czerwca 2026 r. minie dokładnie 330 lat od śmierci zwycięzcy bitwy pod Wiedniem, tymczasem nasz władca elekcyjny chyba się w grobie przewraca, słysząc, jakie to brewerie wyczyniają Polacy w związku z imprezą Circoloco Warsaw, która odbyła się 9 maja w jego rezydencji. I chodzi nawet nie o koncert, lecz o jego reperkusje w przestrzeni publicznej.
Co takiego się wydarzyło? Przez całą noc telefonowano na policję, że huczna impreza nie pozwala spać mieszkańcom. W owych telefonach słychać było też obawę o to, jak z hałasem radzą sobie ptaki (mamy okres lęgowy), wiewiórki, bobry, nietoperze, a nawet ryby z pobliskich zbiorników wodnych, i w ogóle cała przyroda ożywiona Wilanowskiego Parku Kulturowego oraz Rezerwatu Przyrody Morysin. Niektórzy wskazywali także opłakane skutki elektronicznego łomotu dla zabytkowych murów obiektu pałacowego.
Podczas imprezy na dziedzińcu pałacowym bawiło się ok. 7 tys. osób. A jak komentowano? Zacznijmy od dr. Marcina Zglińskiego z Instytutu Sztuki PAN, redaktora naczelnego Katalogu Zabytków Sztuki w Polsce. Dr Zgliński jest najaktywniejszym recenzentem muzycznym w naszym kraju, bo prawie codziennie uczestniczy w jakimś koncercie i zaraz opisuje go w mediach społecznościowych. Zgliński próbuje się rozprawić z zapewnieniami organizatorów koncertu, że nasz Wilanów to polski Wersal albo Pałac Schönbrunn w Wiedniu. Tam również wiosną odbywają się koncerty muzyki elektronicznej. Wprawdzie organizatorzy imprezę reklamowali: „Pałac w Wilanowie. 12 godzin muzyki. 7 artystów. Jedna noc, o której będzie mówić cała Europa”, ale zdaniem komentatora „Europa ma to oczywiście w tym miejscu, którym zasiadła na grzbiecie Byka-Zeusa, za to awantura rozpętała się nad Wisłą. Zamiast więc ogromnego prestiżu i pokłonów Europy mamy sytuację porównywalną do tej, gdy na eleganckim raucie ktoś bardzo głośno i wonnie zepsuł powietrze i nagle wszyscy próbują udawać, że nic się nie stało”.
Co robić z hałasem?
Czy porównywanie z Paryżem i Wiedniem mogłoby obronić wilanowską imprezę? Marcin Zgliński podaje szczegółowe przepisy „antyhałasowe”, którymi posługują się Francuzi. „Wyjątkowe wydarzenie muzyki elektronicznej jest objęte ścisłym monitoringiem akustycznym w celu ochrony mieszkańców, z uwzględnieniem drastycznych środków regulacyjnych, w tym limitu 102 dB i obowiązkowych stref ciszy. [Wydarzenia takie] (…) są starannie monitorowane, szczególnie pod kątem poziomu generowanego dźwięku. Obowiązują przepisy mające na celu ograniczenie hałasu podczas imprez z wykorzystaniem wzmacniaczy dźwięku,
Na podbój ósmego kontynentu
Dlaczego pragniemy ponownie odwiedzić Księżyc
Odlatując z Księżyca w 1969 r., Neil Armstrong i Buzz Aldrin pozostawili na nogach lądownika Eagle tabliczkę upamiętniającą. Zawierała ona imiona i nazwiska oraz podpisy członków załogi Apolla 11, a także ówczesnego prezydenta Richarda Nixona. Mieściła też prosty rzut dwóch półkul Ziemi, pokazujący wszystkie lądy zgodnie z ułożeniem płyt tektonicznych z 1969 r. Wygrawerowano też zaokrąglonym fontem z lat 60. słowa: „Tu ludzie z planety Ziemia / Po raz pierwszy postawili stopę na Księżycu / W lipcu roku pańskiego 1969 / Przybyliśmy w imię pokoju dla całej ludzkości”.
Lądowanie na Księżycu nastąpiło podczas (a także z powodu) zimnej wojny. Zatem w pewnym sensie to imponujące, że znalazł się tam zapis „dla całej ludzkości” (niestety płciowo dyskryminujący). Urzędnicy NASA nie musieli decydować się na takie hasło. Mogli zamiast tego umieścić srebrno-czarny grawer amerykańskiej flagi. Ale powołali się na cały świat, ponieważ nawet w uniesieniu kosmicznego wyścigu uznali, że jeśli Księżyc należy do kogokolwiek, to przynależy na równi do każdego człowieka na Ziemi.
Być może nigdy nie mielibyśmy możliwości wpatrywania się w wierzchołki i doliny Księżyca w takich detalach, gdyby rzemieślnicy z Mezopotamii nie wpadli na to, jak wymieszać piasek, sodę i wapno, by powstało szkło. Wyliczenia trajektorii lotu Apolla 11 wykonane przez Katherine Johnson,
Fragmenty książki Rebekki Boyle Księżyc, przeł. Monika Skowron, Feeria, Łódź 2025
Najlepsze kierunki w szkole branżowej dla dziewczyn – na jaką profesję postawić?
Artykuł sponsorowany Wybór ścieżki edukacyjnej po szkole podstawowej to istotny moment w życiu każdej młodej osoby. Szkoła branżowa przyciąga coraz więcej dziewczyn chcących szybko zdobyć konkretny fach i usamodzielnić się finansowo. Odpowiedni kierunek pozwala








