Archiwum

Powrót na stronę główną
Kraj

Zmarnowany rok po wyborach prezydenckich

Tak być nie musiało. 1 czerwca 2025 r. wynik wyborów mógł być inny. To jest rzecz oczywista: jeżeli głosowało 21 mln Polaków i między kandydatami była tak niewielka różnica, ok. 1%, oficjalnie 369 tys. głosów, wszystko mogło pójść inaczej. Gra toczyła się do końca. Ten wynik wskazuje, że nie zadecydowała wielka, historyczna fala, że to skutek tzw. małych punktów. Błędów rządzących. Błędów roku 2024, to po pierwsze, a po drugie – fatalnie poprowadzonej kampanii wyborczej. Fenomenem jest, że koalicja nie wyciągnęła z tego wniosków.

Wiara, że jesteśmy lepsi

To błąd numer 1, z niego bierze się reszta. Po co poprawiać, skoro jesteśmy świetni! W tym przekonaniu Koalicja Obywatelska tkwiła od zawsze, a po 15 października 2023 r. już w szczególności. Tamta wygrana wprawiła KO w stan samozadowolenia. Oto nastąpił koniec historii! Oni naprawdę uwierzyli, że PiS jest pokonane na zawsze i zaczyna się słodki okres ich rządów.

Widzieliśmy to w 2024 r. Najważniejszym problemem ówcześnie rządzących było podzielenie się posadami ministerialnymi, potem marsz na spółki itd. Proste myślenie: my się mościmy, a od polityki jest Tusk, on zawsze coś wymyśli.

Błąd numer 2. Zdradzenie wyborców. Obietnice, którymi tak szafowano w kampanii, słynne 100 konkretów, rozpłynęły się w niebycie. Zostały zastąpione tłumaczeniem, że się nie da. Że to nie tak szybko. Rozliczenia nie mogą być od razu przeprowadzone, bo mamy obstrukcję ze strony ludzi Ziobry ulokowanych w prokuraturze. Ustawy, które obiecał Donald Tusk, nie mogą być przyjęte, gdyż sprzeciwia się im prezydent Andrzej Duda. Dopiero – mówiono – jak będziemy mieli swojego prezydenta, przepchniemy nasze sprawy.

Tak opowiadali politycy koalicji, ale z każdym miesiącem wiara w te opowieści malała. Bo czy Dudę ktoś testował? Wrzucał mu niewygodne dla PiS ustawy? Nie! Tłumaczono, że i tak zawetuje. Była to stała wymówka, wyjaśniająca nieróbstwo rządzących. Czyli błąd numer 3.

Taki był rok 2024 – rok usypiania przez koalicję jej wyborców. Jest dobrze, więc o co chodzi?

Jak zniechęcić wyborcę?

To było polityczne samobójstwo. Dzisiejsze czasy wymagają stałego kontaktu z wyborcami, tłumaczenia, mobilizowania. Nie można ich lekceważyć. Na tym przecież polegał sukces PiS, które stale podkreślało, gdy było u władzy, że realizuje interesy swoich wyborców, mobilizowało ich i dawało im poczucie, że są słuchani i ważni. I że to jest ich czas.

Koalicja Obywatelska natomiast postąpiła jak zawsze – zapomniała o swoim elektoracie, zachwycona sobą i przekonana, że wyborca zrozumie. Wystarczy wołać, że PiS niedobre, a Kaczyński straszny, i to zapewni wygraną. Nie zapewniło.

Gdy koalicja usypiała swoich wyborców,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Prezydent dla swoich

Marcin Duma – analityk polityczny, założyciel IBRiS

Kto popiera obecnie Karola Nawrockiego? Owszem, spada mu poparcie, ale nadal jest bardzo mocne. I pewnie wygrałby wybory, jeśli byłyby dziś.
– Przez ten rok w polskiej polityce trochę się pozmieniało, i to niekoniecznie korzystnie z punktu widzenia Karola Nawrockiego. Stawka kandydatów pewnie też byłaby inna, więc nie wiadomo, czy dzisiaj by wygrał. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. We wszystkich badaniach, które dotyczą prezydenta, ujawnia się jedna podstawowa rzecz – jest figurą silnie polaryzującą. Tak naprawdę nie ma jednego Karola Nawrockiego w sensie wizerunkowym. Tych Karolów jest dwóch. Jest dr Jekyll i pan Hyde. Zależy, czy patrzy się na niego z lewej strony, czy z prawej. Mało kogo pozostawia obojętnym.

Zwolennikom prawicy się podoba.
– Wyborcy PiS, Konfederacji czy nawet Grzegorza Brauna mają obraz prezydenta aktywnego, komunikatywnego, sprawczego, który jest dla nich widoczny i stanowczy w działaniu. Widać, że coś robi. W taki sposób o nim się wypowiadają. Co więcej, dostrzegają i doceniają to, że stara się nie tylko decyzje podejmować, ale też je tłumaczyć. Przywołują jego filmiki na YouTubie po decyzji w sprawie weta, gdzie ją tłumaczy. Mówią, że to nie jest dla środowisk opiniotwórczych, ale dla nich. Nawrocki do nich mówi. I to dużo dla nich znaczy.

A gdy popatrzymy na Karola Nawrockiego oczami zwolennika koalicji?
– To mamy obraz prezydenta, który przekracza swoje kompetencje. Boksuje powyżej swojej wagi. Składa obietnice, których nie jest w stanie zrealizować. W związku z tym pojawia się zarzut, że prezydent jest niepoważny, bo poważny człowiek nie składa obietnic, które nie leżą w jego gestii. Bardzo często przywoływana jest tu kwestia obniżki cen energii.

Zatrzymajmy się przy grupie tych, którzy go popierają. To ma związek ze statusem materialnym, z miejscem zamieszkania czy z sympatiami politycznymi?
– Przede wszystkim z sympatiami politycznymi. To, po której stronie się sytuujemy, będzie definiowało nasz stosunek do prezydenta. Oczywiście jest czynnik wykształcenia, wielkości miejscowości, w której się mieszka, wieku. W pewnym stopniu nawet płci. Natomiast mam wrażenie, że te cechy są w pewien sposób wtórne w stosunku do preferencji.

Profil wyborców, którzy są przeciwni Donaldowi Tuskowi, i profil osób, które stoją murem za prezydentem Nawrockim, jest mniej więcej taki sam.

Czyli wśród popierających Karola Nawrockiego mamy więcej osób z terenów wiejskich, mniejszych miejscowości, osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, ewentualnie podstawowym. I praktykujące.
– Znacznie częściej. Ale też w grupie uplasowanej po prawej stronie, oceniającej dobrze prezydenta, mamy sporą rzeszę wyborców konfederackich. Czyli dużą grupę młodych ludzi, młodszą część społeczeństwa, która wydaje się wciąż stać za Karolem Nawrockim. A jest o tyle istotna,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Rok po klęsce

Zwycięstwo Karola Nawrockiego było nie tyle sukcesem partii Kaczyńskiego, ile triumfem IPN

Podobno czas leczy rany, ale tego powiedzenia nie da się zastosować do rany, jaką zadały Polsce ostatnie wybory prezydenckie. Wiosenna kampania 2025 r. okazała się definitywnym rozwianiem ogromnych nadziei, które obudziła niespodziewana „rewolucja październikowa” z 2023 r. Tamte wybory bowiem tylko formalnie stanowiły zwykłą elekcję parlamentarną. W rzeczywistości 15 października 2023 r. odbyło się referendum – lecz nie to wymyślone przez rząd Mateusza Morawieckiego, które większość Polaków zbojkotowała, ale faktyczny plebiscyt nad ośmioletnimi rządami PiS. I plebiscyt ten ówczesna władza przegrała, choć żadne sondaże nie były w stanie przewidzieć skali społecznej determinacji, by tę partię od władzy odsunąć.

Warto o tym przypominać szczególnie politykom, którzy dzięki tej rekordowej w historii Polski frekwencji i mobilizacji uzyskali większość w obecnym parlamencie. Politycy bowiem mają naturalną skłonność do przypisywania sobie post factum zasług dotyczących zdarzeń, na które w istocie nie mieli większego wpływu. I tak jest z wynikiem wyborów z 2023 r., którego od początku nie należało interpretować jako powszechnej chęci powrotu do rządów PO-PSL z lat 2007-2015.

Tamte rządy stanowią zamkniętą raz na zawsze epokę, która powinna być raczej przestrogą dla wszystkich rządzących – zaczęła się od ogromnych nadziei związanych z odsunięciem PiS od władzy w 2007 r., potem były sukcesy wyborcze w latach 2010-2011: zdobycie prezydentury dla Bronisława Komorowskiego i reelekcja koalicji rządowej, co zapewniło Platformie i ludowcom kolejne lata rozleniwiającego spokoju, a zakończyła spektakularną, podwójną klęską – prezydencką i parlamentarną – w 2015 r. z jej niespodziewanym efektem w postaci monopolu PiS na władzę przez osiem lat.

Politycy, jako się rzekło, lubią sobie przypisywać nie swoje zasługi, za to bardzo nie lubią rzetelnego analizowania przyczyn własnych niepowodzeń. A przecież przejęcie pełni władzy przez PiS 11 lat temu miało główne przyczyny w działaniach i zaniechaniach poprzedniej ekipy, gwoździem do trumny okazały się zaś nieoczekiwane podwyższenie wieku emerytalnego po wyborach w 2011 r. i wyjazd Donalda Tuska do Brukseli w 2014 r. Dodajmy do tego żenującą słabość personelu politycznego Platformy, z prezydentem Bronisławem Komorowskim i premier Ewą Kopacz na czele, oraz fatalne poprowadzenie kampanii wyborczych PO w 2015 r. Ale także zdumiewające błędy lewicy: wystawienie absurdalnej kandydatury Magdaleny Ogórek na prezydenta, a potem utworzenie zupełnie niepotrzebnej koalicji wyborczej z partią Janusza Palikota, przez co lewica po raz pierwszy znalazła się poza Sejmem.

Oczywiście zadziałały też inne czynniki, m.in. pojawienie się nowych ugrupowań, które w jakimś stopniu przejęły głosy wyborców rozczarowanych władzą PO-PSL (Kukiz’15, Nowoczesna Ryszarda Petru, partia Razem), jak również sprytna taktyka Jarosława Kaczyńskiego, by w pierwszym szeregu marszu po władzę wystawić ludzi nowych i niemal nieznanych: Andrzeja Dudę i Beatę Szydło.

Fala sprzeciwu

O tym wszystkim należy pamiętać, żeby nie ulegać złudzeniu, że wyborcza „rewolucja październikowa” z 2023 r. była osobistym sukcesem Donalda Tuska, Władysława Kosiniaka-Kamysza i Włodzimierza Czarzastego. W rzeczywistości skorzystali oni z gigantycznej fali społecznego sprzeciwu wobec rządów PiS,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Stanisław Filipowicz

Róża Luksemburg i Kalwin

Przerzucam wydane niedawno „Notatniki” Alberta Camusa. Coraz mniej mam cierpliwości do zawiłych wywodów. Prawdziwy talent jest lakoniczny. Zresztą, ile warta jest dzisiejsza „literatura”? W czasach, gdy – dzięki funkcji „kopiuj wklej” i wsparciu AI – już właściwie każdy może zostać autorem „książki”? Tych książek, dodam na marginesie, jest coraz więcej, ale nikt ich nie czyta, bo wszyscy są zajęci pisaniem.

U Camusa w notatkach z 1948 r. odnajdziemy cytat pochodzący z rozprawy „O rewolucji” Róży Luksemburg. Czytamy: „Panowanie szerokich mas ludowych jest całkiem nie do pomyślenia bez wolnej, nieskrępowanej prasy, bez swobodnego życia stowarzyszeń i zgromadzeń”.

Jaką siłę mają nasze marzenia o wolności? Bywa różnie. Niestety, na ich drodze bardzo często staje kult prawdy – gdy dochodzi do głosu, wolność zaczyna przeszkadzać. Tak było w czasach wielkich rewolucji, tak jest dzisiaj, w dobie wojen kulturowych, kiedy liberalną zasadę wolności i wzajemnego uznania obezwładnia pomieszana z nienawiścią pogarda.

W jaki sposób prawda staje się narzędziem przemocy? Dlaczego wolne słowo tak często musi się cofać? Niestety, fanatyzm bez trudu usuwa ze swojej drogi sceptycyzm. Wahanie nie może stać się źródłem siły – sceptycy nigdy nie sięgają po miecz. Przewagi wolności słowa mają kruche podstawy: głód prawdy jest zawsze silniejszy niż szlachetne powątpiewanie. Czy nasza przyszłość należy do fanatyków i demagogów?

No dobrze, skręciłem w złą stronę, nasunęły się złe skojarzenia. Wracam więc na właściwe tory. Pomówmy o rozumie i tolerancji, pomówmy o tradycji Zachodu. Kalwin, Genewa, rok 1553, czas reformacji, na szali postawiono prawdy otwierające drogę do zbawienia. Kalwin głosi swoje nauki z najgłębszym przekonaniem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Dokąd maszeruje Ukraina?

Od lat bijemy w ten mur. Mur świadomie fałszowanej historii. Relacje polsko-ukraińskie na długo przed wojną z Rosją były praktycznie zamrożone. A teraz? Jest jeszcze gorzej. Mimo ogromnej pomocy, często ponad nasze realne możliwości, mamy ze strony ukraińskiej cały ciąg posunięć, które trudno nazwać inaczej niż jawnie wrogimi.

Polska jest praktycznie odsunięta od międzynarodowych rozmów dyplomatycznych dotyczących przyszłości Ukrainy. Nie ma nas tam, choć w trakcie wojny Rosji z Ukrainą jesteśmy dla Ukraińców szczególnie lojalnym i szczodrym sojusznikiem. Niestety, po drugiej stronie nie ma reakcji w sprawach,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Kac po krakowsku

Demokracja bezpośrednia ma w sobie zawsze odcień szaleństwa. Demokracja bezpośrednia, odwołująca samorządowca z początkiem kadencji, jest szaleństwem sama w sobie. Łamiąc kontrakt zawarty na rządy pięcioletnie, nie stanowi żadnego „triumfu demokracji” – jest tejże demokracji karykaturą, faktycznym zaprzeczeniem. Większość Krakowian – ta, co na referendum nie poszła – ma prawo czuć się oszukana.

Aleksander Miszalski nie był moim bohaterem. Pracował na pół gwizdka, sporo energii wkładał w prezentację nowoczesnego stylu rządów, jego taniec na dachu magistratu bądź sprzątanie lokalu mopem budziły politowanie. A przecież nie ciążyły na nim żadne skandale, żadne malwersacje, żadne niejasności. Mimo to został odwołany – jako pierwszy prezydent w historii Krakowa.

Szaleństwo, lecz i niesprawiedliwość. Bo niby dlaczego referendum ma być batem tylko na samorządowców? A Sejm, Senat, rząd,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wakacje, ech wakacje

Przeciętna polska rodzina z dwójką dzieci w wieku szkolnym wyda na ich letni wypoczynek 4-6 tys. zł

W ubiegłym roku ponad 1,4 mln polskich dzieci i nastolatków skorzystało ze zorganizowanych form letniego wypoczynku. Trzeba przyznać, że nigdy nie było tak dobrze. Sukces ten jednak skrywa brutalną prawdę o podziale na tych, którzy mogą zapłacić 4-5 tys. zł za zorganizowany wypoczynek dziecka w Rimini we Włoszech lub na Costa del Sol w Hiszpanii, i tych, dla których tygodniowe kolonie na Kurpiach pozostają nieosiągalnym luksusem.

Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2025 r. na wakacje wyjechało ponad 813 tys. polskich dzieci, 526 tys. uczestniczyło w półkoloniach, a 75 tys. wypoczywało za granicą.

Podobnie wyglądają informacje zebrane przez Centrum Badania Opinii Społecznej we wrześniu 2025 r. Wynika z nich, że na co najmniej tygodniowy letni wypoczynek poza miejscem zamieszkania wyjechali uczniowie z prawie 73% gospodarstw domowych, w których były dzieci w wieku szkolnym.

W roku 2012, gdy CBOS przeprowadził analogiczne badanie, jedynie 44% polskich rodzin wysłało wszystkie swoje dzieci na wakacje i niemal tyle samo – 43% – nie wysłało żadnego. Zmiana jest ogromna i świadczy o realnym awansie ekonomicznym znaczącej części polskiego społeczeństwa.

Wzrosła popularność wyjazdów zagranicznych. W 2025 r. aż 38% gospodarstw domowych z pociechami w wieku szkolnym zdecydowało się na co najmniej tygodniowe wakacje dziecka za granicą – stanowiło to wzrost o 3% w stosunku do roku 2024 i było rekordem w historii sondaży CBOS (sięgających 2016 r., gdy zaczęto pytać o kierunki wyjazdów). Najpopularniejsze okazały się: Bułgaria, Włochy, Hiszpania, Grecja i Chorwacja. Tegoroczne wakacje zapowiadają się podobnie.

Bałtyk czy Morze Czarne?

O kierunkach wyjazdów dzieci na wakacje decyduje przede wszystkim zasobność portfela rodziców. Najtańsze, siedmiodniowe turnusy wiążą się z wydatkiem rzędu 1,6 tys. zł od osoby. Najczęściej jednak oferty oscylują w granicach 2,2-2,5 tys. zł za turnus. W tym roku dziewięciodniowe kolonie nad Bałtykiem – w Darłowie lub Redzie – będą kosztowały średnio 2,7-3 tys. zł. Dla porównania, dziesięciodniowy wypoczynek all inclusive w Bułgarii oznacza wydatek ok. 2,8 tys. zł plus pewnie 100 euro dla pociechy na ciastka, lody i napoje chłodzące.

W związku z takimi cenami wielu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Pracowałeś w Niemczech? Sprawdź, jakie są dokumenty potrzebne i jak otrzymasz zwrot podatku z Niemiec w 2025 roku

Artykuł sponsorowany Osoby pracujące na terenie Niemiec często nie wiedzą, że przysługuje im zwrot podatku z zagranicy. Tymczasem złożenie deklaracji podatkowej – nawet kilka lat po zakończeniu pracy – może oznaczać realne pieniądze z powrotem na koncie. Jak

Kraj

Nawrocki. Od awantury do awantury

Kancelaria Prezydenta wiedziała wszystko o traktacie z Wielką Brytanią

Czy to jest zwykła wojna Karola Nawrockiego z rządem w kolejnej odsłonie, czy coś ważniejszego?

Było o tym głośno od kilku dni. Gdy Donald Tusk podpisał w środę, 27 maja, w Northolt pod Londynem, bazie Dywizjonu 303, traktat obronny z Wielką Brytanią, jeszcze tego samego dnia odezwał się Karol Nawrocki: „Dobrze byłoby przed podpisywaniem zobowiązań w imieniu narodu polskiego informować Kancelarię Prezydenta i samego prezydenta o tym, że takie rozwiązania są przygotowywane”. I dodał, że informacje na ten temat pozyskiwał wyłącznie „z opinii publicznej”.

Dzień później szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz napisał na portalu X, że treść traktatu „trafiła do Kancelarii Prezydenta 26 maja br. na dzień przed podpisem w Northolt”.

Czy tak było faktycznie? Tego samego dnia rzecznik MSZ Maciej Wewiór przedstawił harmonogram informacji, które ministerstwo przekazywało Kancelarii Prezydenta w sprawie traktatu. I okazuje się, że już w styczniu, przed wizytą prezydenta RP w Londynie, MSZ przygotowało i przekazało do Kancelarii Prezydenta „specjalną, pogłębioną informację na temat Traktatu oraz przebiegu negocjacji”. A w marcu na prośbę Kancelarii Prezydenta „odbyło się spotkanie robocze na poziomie ekspertów, podczas którego przedstawiciele KPRP zostali szczegółowo poinformowani o przebiegu negocjacji, treści oraz celach Traktatu”. Rzecznik zaznaczył też, że „MSZ od początku procesu regularnie informowało Kancelarię Prezydenta RP o stanie negocjacji i planowanej treści traktatu”.

O cóż więc chodzi? Czy odkryliśmy gigantyczny bałagan w Kancelarii Prezydenta i to, że jej urzędnicy spotykali się z urzędnikami MSZ, ale prezydenta o tym nie informowali? Żadne papiery z MSZ nie docierały na jego biurko? Czy po prostu Nawrocki celowo wywołuje awanturę? A jeżeli tak, to dlaczego?

Awantura z rządem ma jeszcze odnogę – zupełnie niespodziewanie do grona swoich wrogów Nawrocki włączył wicepremiera, szefa MON, Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wszystko zaczęło się od wypowiedzi Kosiniaka-Kamysza, który podczas wizyty w Kanadzie gorzko skomentował

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Rekrutacja do szkół średnich jest sprawiedliwa czy krzywdząca?

Dr Karol Dudek-Różycki,
nauczyciel chemii, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych

Rekrutacja jest zdecydowanie krzywdząca. Szkoły często dla świętego spokoju podwyższają oceny w ósmej klasie, a te „wychodzone” przez rodziców stopnie odbierają dzieciom równe szanse. Z kolei egzamin ósmoklasisty jest nieróżnicujący – najzdolniejsi nie mogą się wykazać wiedzą. Na dodatek to jedyny egzamin w życiu, którego nie da się poprawić. Kolejny problem to kupczenie punktami za wolontariat, co uczy młodzież interesowności. Cały system jest wypaczony: rekrutujemy do klas biologiczno-chemicznych na podstawie wyników z polskiego czy angielskiego, co nic nie mówi o predyspozycjach ucznia. Należy zlikwidować oceny w podstawówkach i rekrutować wyłącznie na podstawie rzetelnego egzaminu z różnych przedmiotów, a w liceach wprowadzić najpierw klasy ogólne.

 

Bartłomiej Rosiak,
polonista z Łodzi, wykładowca AHE, lider zespołu polonistycznego Więcej niż Matura

Obecny model rekrutacji próbuje sprawić, by egzamin nie decydował o wszystkim, ale wciąż generuje niesprawiedliwości. Bazowanie na stopniach ze świadectwa to błąd – przez zjawisko „inflacji ocen” rzadko odzwierciedlają one realną wiedzę, bo nauczyciele bywają po prostu zbyt szczodrzy. Wyścig napędzają też rankingi szkół średnich, którymi ślepo kierują się rodzice. Tymczasem kluczem powinna być edukacyjna wartość dodana (EWD). Ten wskaźnik pokazuje prawdę: renomowane licea często jedynie utrzymują poziom już zdolnych uczniów, podczas gdy mniej medialne szkoły wykonują tytaniczną pracę, wyciągając słabszych w górę. Nowe rozwiązania powinny premiować aktywność społeczną czy sukcesy w konkursach, a nie oceny z poszczególnych przedmiotów.

 

Agnieszka Borkowska,
dyrektorka II LO im. św. Królowej Jadwigi w Siedlcach (Królówki)

Moim zdaniem rekrutacja jest sprawiedliwa, ponieważ jest ujednolicona – w każdej szkole obowiązują takie same zasady, co daje poczucie transparentności i jasności. Pod uwagę brane są rzetelne i miarodajne wyniki egzaminów zewnętrznych, oceny na zakończenie klasy ósmej, a także wolontariat czy osiągnięcia opisane w oficjalnym wykazie olimpiad przedmiotowych. Wszystko to ściśle reguluje rozporządzenie. Oczywiście w oddziałach sportowych, dwujęzycznych czy szkołach artystycznych obowiązują dodatkowe kryteria – takie jak sprawdziany sprawnościowe, językowe czy predyspozycji kierunkowych. Jednak w przypadku liceów o profilu ogólnym obecne zasady są w pełni uzasadnione.

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.