Zwycięstwo Karola Nawrockiego było nie tyle sukcesem partii Kaczyńskiego, ile triumfem IPN
Podobno czas leczy rany, ale tego powiedzenia nie da się zastosować do rany, jaką zadały Polsce ostatnie wybory prezydenckie. Wiosenna kampania 2025 r. okazała się definitywnym rozwianiem ogromnych nadziei, które obudziła niespodziewana „rewolucja październikowa” z 2023 r. Tamte wybory bowiem tylko formalnie stanowiły zwykłą elekcję parlamentarną. W rzeczywistości 15 października 2023 r. odbyło się referendum – lecz nie to wymyślone przez rząd Mateusza Morawieckiego, które większość Polaków zbojkotowała, ale faktyczny plebiscyt nad ośmioletnimi rządami PiS. I plebiscyt ten ówczesna władza przegrała, choć żadne sondaże nie były w stanie przewidzieć skali społecznej determinacji, by tę partię od władzy odsunąć.
Warto o tym przypominać szczególnie politykom, którzy dzięki tej rekordowej w historii Polski frekwencji i mobilizacji uzyskali większość w obecnym parlamencie. Politycy bowiem mają naturalną skłonność do przypisywania sobie post factum zasług dotyczących zdarzeń, na które w istocie nie mieli większego wpływu. I tak jest z wynikiem wyborów z 2023 r., którego od początku nie należało interpretować jako powszechnej chęci powrotu do rządów PO-PSL z lat 2007-2015.
Tamte rządy stanowią zamkniętą raz na zawsze epokę, która powinna być raczej przestrogą dla wszystkich rządzących – zaczęła się od ogromnych nadziei związanych z odsunięciem PiS od władzy w 2007 r., potem były sukcesy wyborcze w latach 2010-2011: zdobycie prezydentury dla Bronisława Komorowskiego i reelekcja koalicji rządowej, co zapewniło Platformie i ludowcom kolejne lata rozleniwiającego spokoju, a zakończyła spektakularną, podwójną klęską – prezydencką i parlamentarną – w 2015 r. z jej niespodziewanym efektem w postaci monopolu PiS na władzę przez osiem lat.
Politycy, jako się rzekło, lubią sobie przypisywać nie swoje zasługi, za to bardzo nie lubią rzetelnego analizowania przyczyn własnych niepowodzeń. A przecież przejęcie pełni władzy przez PiS 11 lat temu miało główne przyczyny w działaniach i zaniechaniach poprzedniej ekipy, gwoździem do trumny okazały się zaś nieoczekiwane podwyższenie wieku emerytalnego po wyborach w 2011 r. i wyjazd Donalda Tuska do Brukseli w 2014 r. Dodajmy do tego żenującą słabość personelu politycznego Platformy, z prezydentem Bronisławem Komorowskim i premier Ewą Kopacz na czele, oraz fatalne poprowadzenie kampanii wyborczych PO w 2015 r. Ale także zdumiewające błędy lewicy: wystawienie absurdalnej kandydatury Magdaleny Ogórek na prezydenta, a potem utworzenie zupełnie niepotrzebnej koalicji wyborczej z partią Janusza Palikota, przez co lewica po raz pierwszy znalazła się poza Sejmem.
Oczywiście zadziałały też inne czynniki, m.in. pojawienie się nowych ugrupowań, które w jakimś stopniu przejęły głosy wyborców rozczarowanych władzą PO-PSL (Kukiz’15, Nowoczesna Ryszarda Petru, partia Razem), jak również sprytna taktyka Jarosława Kaczyńskiego, by w pierwszym szeregu marszu po władzę wystawić ludzi nowych i niemal nieznanych: Andrzeja Dudę i Beatę Szydło.
Fala sprzeciwu
O tym wszystkim należy pamiętać, żeby nie ulegać złudzeniu, że wyborcza „rewolucja październikowa” z 2023 r. była osobistym sukcesem Donalda Tuska, Władysława Kosiniaka-Kamysza i Włodzimierza Czarzastego. W rzeczywistości skorzystali oni z gigantycznej fali społecznego sprzeciwu wobec rządów PiS,









