Znamienne milczenie

Znamienne milczenie

Trudno mi uwierzyć, że reprezentanci umiarkowanej części „postsolidarności” nie odczuwają wyrzutów sumienia, patrząc na to, jak niepodległa RP postępuje z człowiekiem, któremu przecież sporo zawdzięcza

Nie od dziś wysoko cenię intelekt i wiedzę Aleksandra Smolara, ale dlatego właśnie trudno mi przejść do porządku dziennego nad tym, co powiedział w rozmowie z red. Robertem Walenciakiem zatytułowanej „Wojna o rząd dusz” („Przegląd”, 12 października).
Broniąc doszczętnie już (moim zdaniem) skompromitowanego IPN, Smolar odrzuca nazywanie tej instytucji „policją historyczną”. Policja bowiem „ma monopol przemocy, a oni nie mają żadnego monopolu”. A przecież politologowie rangi Smolara doskonale wiedzą, że osobom, które duszą się pod hegemonią IPN, chodzi nie o przemoc w sensie fizycznym i nie o monopol w sensie dosłownym, ale o zakres przemocy symbolicznej, wspartej autorytetem instytucji państwowej, utrzymywanej przez podatników i regularnie próbującej posługiwać się w „wojnie o rząd dusz” metodami brutalnego zastraszania, insynuacji oraz pozasądowych „egzekucji moralnych”. A wszystko to w służbie „postsolidarnościowej” prawicy, która uważa, że Polska należy się jej jako łup, w nagrodę za jej wiekopomne ponoć zasługi. Niestety umiarkowane skrzydło obozu „postsolidarnościowego”, związane niegdyś z Unią Wolności, nie może zdobyć się na jednoznaczne odcięcie się od tej postawy. Wciąż uważa ono widocznie, że „postsolidarnościowej” formacji „więcej wolno” i że walka o utrzymanie przez nią „rządu dusz” uzasadnia nawet istnienie tak skrajnie represywnej i niekonstytucyjnej instytucji jak IPN.
Ta właśnie nieustanna „wojna o rząd dusz” sprawia, że dzisiejsza Polska jest krajem przemocy symbolicznej większej niż gdziekolwiek indziej w cywilizowanym świecie – nie monopolistycznej na szczęście, ale pod względem zakresu i intensywności przypominającej PRL z czasów stalinizmu.
Gorliwość w tej wojnie doprowadza Smolara do skrajności: dowodzi on bowiem, że sąd nad Jaruzelskim „powinno się oddać decyzji historii”, lewica zaś broniąc Generała, „zakłada sobie sznur na szyję”, dowodzi bowiem, że „nie jest w stanie oderwać się od przeszłości”. Milczeć zatem powinni nie ci, którzy przez tyle lat usiłowali poniżyć Jaruzelskiego, zelżyć go i wykluczyć z narodowej wspólnoty; nie IPN, wytaczający Generałowi haniebny proces o przestępstwo pospolite, ale ci, którzy chcą przeciwko temu protestować! Powinniśmy więc czekać na wyrok historii, która kiedyś, po śmierci Generała, wypowie się w tej sprawie, a dziś biernie przyglądać się znęcaniu nad człowiekiem, który z punktu widzenia normalnych kryteriów reprezentował po prostu inne od „solidarnościowego” rozumienie narodowego interesu Polski. To nie „obóz solidarnościowy” grzeszył od samego początku nieumiejętnością oderwania się od przeszłości, zarzucając zwolennikom historycznego dystansu propagowanie w niecnych celach „narodowej amnezji”. To lewica popełniła ten grzech – mimo że na zdrowy rozum grzeszyła przecież nadmiarem chęci zasypania „historycznych podziałów” i brakiem solidaryzowania się z własną PRL-owską przeszłością!
Sądzę osobiście, że Smolar wybiera w walce o „rząd dusz” nieuczciwość wobec samego siebie. Trudno mi bowiem uwierzyć, że reprezentanci umiarkowanej części „postsolidarności” naprawdę przekonani są co do pożytków z IPN i nie odczuwają żadnych wyrzutów sumienia, patrząc na to, jak niepodległa RP postępuje z człowiekiem, któremu przecież sporo zawdzięcza. Ale jeśli naprawdę żadnych wyrzutów sumienia nie odczuwają – to niech to szczerze powiedzą, aby przyszła historia mogła należycie ocenić stan sumień w naszych czasach.
Polska lewica i liberalna centrolewica, a nawet po prostu przeważająca większość polskiego społeczeństwa, nie chce niczyjej „władzy nad duszami”, pragnie bowiem wolności i pluralizmu. Sama idea „wojny o rząd dusz”, czyli o władzę nad sumieniami i umysłami innych ludzi, jest przeżytkiem totalitaryzmu, ideą godną Wielkiego Inkwizytora ze słynnej „Legendy” Dostojewskiego.
Pretendenci do sprawowania „władzy nad duszami” walczą o swój cel różnymi metodami: czasem podnosząc wrzask, a kiedy indziej propagując milczenie. Dlatego właśnie, jak sądzę, pominięto głuchym milczeniem przejmujący apel Aleksandra Kwaśniewskiego w ostatnim numerze „Przeglądu”.
7 października 2008

 

Wydanie: 42/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy