Media popłynęły

Media popłynęły

Dziennikarzy nie ma. Są wykonawcy poleceń. Albo celebryci

„Wszystkim przyniesionym do TVP i PR w peowsko-peeselowskich teczkach, a dziś składającym dymisje, staropolskie: poszli won”, napisał Rafał Ziemkiewicz, komentując zmiany w telewizji publicznej.
Takie słowa nie są w świecie mediów wyjątkiem – nie ma w Polsce branży, w której pracujący tak by się wzajemnie nie znosili, tak zawzięcie między sobą nie walczyli. I tak bardzo nie chcieli na siebie patrzeć. Tu nieszczęście jednych zbyt często jest radością drugich.
W redakcjach programów informacyjnych, w sekretariatach redakcji, od dawna prowadzi się listy, kogo z kim można zaprosić. Żeby przed wejściem na antenę nie było kłopotu – że „ja w studiu nie usiądę obok tego pana”. Semka nie siada obok Wrońskiego, Warzecha obok Jasia Kapeli, na listach odmowy są Michalski, Wildstein, Żakowski, Barański, Karnowscy itd.
To kłopot, bo w wielu mediach prowadzący starają się o parytet – zapraszając komentatorów, chcieliby poznać opinię różnych stron. A to jest coraz trudniejsze.
Co takiego stało się z mediami, że tak bardzo się podzieliły i skłóciły? I tak łatwo dają się napuszczać na siebie. Skąd się bierze ta wojna?

Wojna kapłanów

Kilkadziesiąt lat temu prof. Leszek Nowak, twórca niemarksowskiego materializmu historycznego, dokonał innego niż Marks podziału na klasy. Wyodrębnił m.in. klasę kapłanów, do której zaliczył duchownych i… dziennikarzy. Czyż nie miał racji?
Kto codziennie tłumaczy ludziom, co jest słuszne, a co nie? Jak postępować? Co moralne, a co podłe, kto jest dobry, a kto zły? Kto jednych wywyższa, a drugich strąca w otchłań? Kto objawia wiernym (czytelnikom, słuchaczom, widzom) swoją prawdę? Kto naucza?
Przez stulecia było to rolą kapłanów. Dziś, w epoce mediów, przejęli ją dziennikarze. Nie są więc bezstronnymi arbitrami relacjonującymi wydarzenia – a takie właśnie miało być budowane w początkach III RP dziennikarstwo – ale uczestnikami politycznych bitew.
Tak twierdzi m.in. Rafał Ziemkiewicz. „Podział mediów jest twardszy od podziału partyjnego – mówi. – Media czują się sługami sprawy. Nie ma mowy o obiektywizmie dziennikarskim. My, dziennikarze, jesteśmy na pierwszej linii frontu”.
Jakiego frontu? Zdaniem Ziemkiewicza i dużej grupy prawicowych publicystów, Polska jest pęknięta na dwie części, tę okrągłostołową, utożsamiającą się z III RP, i tę zwalczającą Okrągły Stół. Niech więc nie dziwi taki wpis Jacka Karnowskiego po wyborach 25 października: „Te wybory wygrali żołnierze Września 1939 r. (…) Te wybory wygrali wywiezieni na Sybir. (…) Te wybory wygrali dzielni, heroiczni i święci kapłani polskiego Kościoła”. Żołnierze 1920 r., żołnierze AK i działacze Solidarności. I jeszcze „nieustraszeni, nigdy nie złamani ludzie prawicy w III RP”.
Jeżeli taki pogląd wyznaje znacząca grupa dziennikarzy, ma to swoje konsekwencje. Wtedy tych innych traktuje się jak wrogów, jak wysłanników innej cywilizacji. Do zniszczenia. To nakręca spiralę. Jedni mówią: „przeciwko nam działa przemysł pogardy”. Drudzy: „to jest mowa nienawiści”. I pewnie i jedni, i drudzy mają rację.
A jeżeli tak, to wszystkie chwyty dozwolone. I brawa dostaje nie ten, kto wyjaśnił jakiś problem, tylko ten, kto boleśniej dokopał temu z drugiej strony barykady.
„Walka o władzę i pieniądze ma wpływ na zawartość mediów – tłumaczy Jacek Żakowski. – Jeżeli spojrzymy na media Agory i na media SKOK-ów, to zauważymy, że i w jednych, i w drugich obowiązują inne zasady wiedzy. Więc ich czytelnikom bardzo trudno uzgodnić nie tylko wspólny pogląd, ale i to, co się w ogóle dzieje. W ten sposób przekraczamy granicę, za którą dziennikarstwo staje się pisactwem”.
A jak przed tą granicą się zatrzymać? Pomóc w tym mogłyby media publiczne, ale tak skonstruowane, by służyły nie jednej ze stron, lecz szeroko pojętemu interesowi publicznemu. Debacie.
Tak się nie stało, rządząca krajem przez osiem lat Platforma nie potrafiła przez ten czas nie tylko zbudować mediów publicznych, ale nawet przedstawić jakichś założeń ich konstrukcji. „To, co Juliusz Braun zrobił z TVP, jest sprawą pewnej odpowiedzialności – mówi Żakowski. – Badziewie tu wygrało…”. Badziewie i niezgrabnie robione anty-PiS.
Gdy zaś następca Brauna ogłosił, że chce, by TVP Info była mniej tabloidowa, mianował jej szefem człowieka z… „Super Expressu”. Czy to mogło się udać?

Wojna narcyzów

„Kiedyś ten zawód był niesłychanie prestiżowy – mówił kilkanaście miesięcy temu PRZEGLĄDOWI prof. Janusz Adamowski, dziekan Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. – Owszem, zachował on jeszcze resztki prestiżu, niemniej jednak wydaje mi się, że dla wielu ludzi dziennikarze są dzisiaj – przepraszam za użycie słowa, które często jest stosowane wobec prawników – najmimordami. Są wykorzystywani utylitarnie, do prezentowania różnych opcji politycznych”.
Trudno temu przeczyć, „pisactwo”, to frontowe, w wielkim stopniu obniżyło prestiż zawodu, zepsuło go. Jeżeli jeszcze na początku lat 90. zawód dziennikarza cieszył się dużym uznaniem, to później jego ranga zaczęła spadać. Dziś jest w dolnej połówce hierarchii zawodów według poważania społecznego, między sprzedawcą w sklepie a niewykwalifikowanym robotnikiem budowlanym. Owszem, sporo przed księdzem i posłem na Sejm, ale czy to wystarczająca pociecha?
Są też inne powody deprecjacji zawodu. Pisze o nich Karolina Korwin-Piotrowska: „Pamiętam, kiedy pisałam »Ćwiartkę« i czytałam rankingi najbardziej szanowanych zawodów w Polsce. Jeszcze w latach 90. dziennikarz był w czołówce, wzbudzał zazdrość, bo każdy wiedział, że dziennikarz nie mógł być jakimś wioskowym głupkiem, coś musiał jednak umieć, coś reprezentować, by mówić do ludzi”.
Szybko jednak właściciele i dysponenci mediów zorientowali się, że dziennikarz nie musi niczego sobą reprezentować, że inne cechy są ważniejsze.
Jakie? Ładny wygląd i ładny uśmiech, coś, co przyciąga zainteresowanie. I tak porządne dziennikarstwo zaczęło być zastępowane porządnym show-biznesem. A prowadzenie teleturnieju albo telewizji śniadaniowej stało się lepszą przepustką do sławy niż udział w poważnej debacie na temat polityki zagranicznej.
Jeżeli jeszcze na początku lat 90. pojawiały się głosy, że może jednak potrzebne są jakieś kryteria, aby dana osoba mogła się nazywać dziennikarzem, bo to jednak zawód zaufania publicznego, to chwilę potem takich dyskusji już w ogóle nie było. A szkoda.
Dlaczego szkoda? Redaktor naczelny miesięcznika „Press” Andrzej Skworz na takie pytanie odpowiada zawsze, posługując się przykładem pilota: „No, chyba nie chcielibyśmy, gdy lecimy samolotem, żeby za sterami był ktoś niedouczony, amator, bez potrzebnych dyplomów”. No, nie chcemy, wiadomo. Nie chcielibyśmy także, by leczył nas znachor (niektórzy chcą, ale to wyjątki), naszymi pieniędzmi zawiadywał bankowiec amator itd. Jak to jest, że od przedstawicieli każdego zawodu wymagamy przygotowania, wiedzy, doświadczenia, a od dziennikarzy – nic! Dlaczego godzimy się na to, by o najważniejszych problemach Polski i świata opowiadali nam ludzie przypadkowi, dyletanci, być może hochsztaplerzy? Dlaczego tego nie sprawdzamy?
Może dlatego, że ten zawód się zmienił, że umarł wcześniejszy model dziennikarza fachowca, a zastąpił go typ dziennikarza wodzireja, gwiazdy, celebryty znanego z artykułów w kolorowych pisemkach?
Karolina Korwin-Piotrowska jest tu bezlitosna: „Dziennikarze zaczęli nie tylko stawać na ściankach, ale i coraz bardziej ochoczo udzielać wywiadów o swoim życiu na łamach prasy kolorowej. Pamiętamy okładki z wyznaniami Tomasza Lisa, Beaty Tadli, Hanny Lis czy Piotra Kraśki? (…) Pamiętam, jak patrzono na mnie krzywo, kiedy mówiłam głośno o tym, że w normalnym kraju, w normalnych mediach jest nie do pomyślenia, żeby szef dużego programu informacyjnego czy prowadząca go dziennikarka latali po mediach kolorowych i opowiadali o tym, jak żyją i z kim, i dlaczego, oraz jaki krem albo motor kupują. To się odkładało latami gdzieś w umysłach ludzi, że taki dziennikarz niewiele różni się od pani z nowymi cyckami na ściance. Jest wart tyle samo. Czyli coraz mniej.
Równocześnie, wraz z mnogością wyznań o życiu, miłości, ciąży, botoksach czy rozwodach, szacunek do tego zawodu wśród odbiorców leciał na tzw. zbity pysk. Można sprawdzić. Ludzie chętnie nazywający siebie dziennikarzami przeszli na stronę taniego, cekiniarskiego celebryctwa, a więc odbiorca zaczął ich traktować jak celebrytów. Ich się nie szanuje, bo i za co? (…)
Jeśli z własnej woli stawiasz się na tej samej półce co pani z nowym botoksem i cyckami, to nie dziw się, że ludzie teraz po cichu zaczynają kibicować twemu zapewne widowiskowemu upadkowi. Bo upadek jest cholernie medialny, wiesz coś o tym, robiłeś przecież media”.
Trudno z tą opinią polemizować. Trudno też gorszyć się, słysząc szyderczą radość widowni. Tak przecież została ułożona.
Zwróćmy uwagę, jak w mediach, nawet tych „poważnych”, przedstawiane są zmiany w mediach publicznych. Że jedni zastępują drugich. Jedne twarze odchodzą, drugie przychodzą. Nie ma nawet prób porównania jakości materiałów przygotowywanych przez starych i nowych, milcząco zakłada się, że ci poprzedni robili platformerskie, a obecni robią pisowskie. I przechodzi się nad tym do porządku dziennego.
Tylko efekt jest taki, że dziennikarza postrzega się jako wodzireja – ma przyciągać uwagę, ma zabawiać, no i ma dokopać aktualnym wrogom.
Dawny mit, wmawiany Polakom u zarania III RP, że dziennikarz jest jak mędrzec z krajów anglosaskich – ponad bitwą polityczną, z dala od świata polityków, dzięki czemu na zimno, nie kierując się sympatiami, może obiektywnie relacjonować spór – odszedł po cichu i wstydliwie w nicość. Rozpłynął się.
Jaki mędrzec, kiedy mamy czas killerów z nożem w zębach?
Jak w takich warunkach możemy mówić o jakiejś wymianie myśli? Jeżeli coś takiego istnieje, to daleko poza mediami głównego nurtu…
Dlaczego tak się stało? Dlaczego przekaz medialny został sprowadzony do najprostszych formatów?

Wojna o kasę

Jeżeli mówimy o plagach niszczących polskie dziennikarstwo – frontowości, celebrytyzmie, wpływie polityków – dodajmy do tego jeszcze jeden element: pauperyzację. Branża przeżywa kryzys, wszyscy tną koszty, zwalnia się najlepszych (czyli tych, którym więcej się płaci) i zastępuje ich stażystami.
„Dziennikarze z grupy obdarzonej szacunkiem stali się grupą słabo opłacanych, niepewnych swego losu ludzi, którzy czują, jak grunt powoli usuwa się im spod nóg i jak ich kariera coraz bardziej nie zależy od nich samych, tylko od tego, kto jest aktualnie przy władzy i czy mają lajki na Fejsie” – to opinia Karoliny Korwin-Piotrowskiej.
Taki stan rzeczy szybko odbił się na jakości materiałów. Jako pierwsze zwinęło się dziennikarstwo śledcze – bo oczywiste stało się, że nikogo nie stać na dziennikarzy, którzy pracują całymi tygodniami nad jednym materiałem. Potem zwinęły się działy tematyczne w dużych mediach. Jeszcze później nastała moda na artykuły sponsorowane i zwykłą kryptoreklamę.
Głównym fetyszem każdego redaktora naczelnego stały się oglądalność, słuchalność, czytelnictwo… A jak o nie walczyć, mając coraz tańszy (czyli mniej sprawny) zespół? Cyckami i botoksem. Awanturami. Podkręcaniem emocji. Służalczością.
Media prawicowe podobno to wyliczyły – podają, że w czasach rządów Platformy ministerstwa wydały na reklamy w mediach 260 mln zł. Tym samym wspierając „zaprzyjaźnione” media i „kupując” sobie ich życzliwość.
Trudno zweryfikować tę liczbę. Ale jedno jest oczywiste – po pierwsze, pieniądze, którymi dysponują rządzący, są coraz ważniejsze w budżecie każdej redakcji, a po drugie, nie sposób oprzeć się myśli, że obecna władza wykorzysta ten instrument, tylko skieruje strumień środków w inne rejony…
Taki strumień uzależnia i demoralizuje. Poza tym zaciera granicę między światem polityki a dziennikarzami. Jeszcze kilkanaście lat temu każdy bliższy kontakt dziennikarza i polityka był dla tego pierwszego plamą, wypominano mu to przy każdej okazji. Dziś nocne rozmowy właściciela gazety z rzecznikiem rządu na temat publikowanego materiału mało kogo gorszą. A przechodzenie z jednego świata do drugiego jest traktowane jako normalne. Posłanka dziennikarka, minister dziennikarz – w ekipie PiS to coś oczywistego.
Ale jeżeli dziennikarstwo stało się sztuką walki politycznej, jeżeli dziennikarze są na froncie, jak twierdzi Rafał Ziemkiewicz, to co się dziwić różnym frontowym przegrupowaniom? Tylko że konsekwencją tego wszystkiego jest prosta konstatacja: mediów nie ma. Dziennikarzy nie ma. Są wykonawcy poleceń albo celebryci.
Co wtedy? „Jeżeli poziom debaty publicznej będzie sensacyjny, my również w ten sposób będziemy patrzeć na życie publiczne, na politykę. A to otwiera drzwi różnym hochsztaplerom. Tymczasem siła demokracji, np. brytyjskiej, opierała się także na sile mediów, które były partnerem dla polityków”, przypomina prof. Janusz Adamowski.
A teraz są? Może w tańcu…
*
Internet każdego dnia przynosi wiadomości o kolejnych dziennikarzach wyrzucanych z mediów publicznych. Suche, jak informacje o żołnierzach poległych na froncie. Obok nich stoją komunikaty o tych, którzy przychodzą na ich miejsce. Wszystko w konwencji transferów piłkarskich.
Trochę z boku zaczynają się pojawiać informacje o balu dziennikarzy, przygotowywanym jak co roku w auli Politechniki Warszawskiej. W ostatnich latach to było targowisko próżności, portale plotkarskie rozpisywały się, w co jaka dziennikarka była ubrana i co miała na głowie. I jaki minister do niej się wdzięczył. „Niepokorni” od jakiegoś czasu bojkotowali tę imprezę i organizowali własną. Wiadomo, nie będą tańczyć z tymi reżimowymi.
Ciekawe, jak będzie tym razem. Na którą imprezę pójdą obecni ministrowie? Jakie kreacje tym razem założą dziennikarki celebrytki? Może przyjdą w czarnych sukniach i biżuterii z okresu powstania styczniowego? Przedstawienie trwa.


Dlaczego dziennikarze są najbardziej skłóconą grupą zawodową?

Prof. Maciej Mrozowski, medioznawca, UH SWPS w Warszawie
Nie wiem, czy dziennikarze są skłóceni. Z pewnością jednak są podzieleni. Dlaczego? Odpowiedź wydaje się dosyć prosta. W polskim dziennikarstwie etos i warsztat stoją na drugim planie. Najważniejsze są poglądy i afiliacja polityczna. To zjawisko odziedziczone jeszcze po czasach socjalizmu, dlatego jestem zaskoczony, że te same schematy powiela młode pokolenie dziennikarzy. Co więcej, mam wrażenie, że solidarność wewnątrz zawodu była większa 40 lat temu. Wydawało się, że wraz z upadkiem komunizmu dziennikarze bardziej skupią się na tym, by wywalczyć dla siebie korzystniejsze rozwiązania ustawowe. Tak się nie stało. Młodzi ludzie dali się uwieść poszczególnym redakcjom i frakcjom. Cały czas jest to środowisko bardziej twórców niż profesjonalistów. Nie udało się wytworzyć zawodowej solidarności, więc teraz jedni cieszą się, kiedy z pracy wyrzuca się drugich, nie zwracając uwagi na to, że wahadło zawsze, prędzej czy później, wraca. Paradoksalnie elementy etosu dziennikarskiego bardziej widoczne są tam, gdzie nie ma polityki, czyli w pismach lifestyle’owych. Tam jednak siłą korumpującą jest reklama. Z przykrością muszę stwierdzić, że etos dziennikarza na całym świecie schodzi na psy. Głównym winowajcą jest powszechność internetu, który każdemu pozwala na zostanie dziennikarzem. To jedyny zawód, który – z powodu swojej otwartości – nękany jest przez amatorów.

Andrzej Skworz, redaktor naczelny „Press”
Bolesna odpowiedź jest taka, że im za to płacą – czytelnicy, widzowie i słuchacze. Dawno temu, gdy dziennikarstwo polegało na zdobywaniu i dostarczaniu informacji, liczyły się warsztat zawodowy, wiarygodność i zdolność szybszego od konkurencji zdobywania newsów. Dziś, gdy newsy leżą na Twitterze i time­line Facebooka, publiczność płaci dziennikarzom raczej za wzbudzanie emocji. Dlatego zamiast mówić, jaki jest świat, mówią oni, co o nim myślą. Lewicowi tak jak lewica, prawicowi tak jak prawica, a centrowi? Tych już nie ma, zniknęli. Nie ma zapotrzebowania na poglądy środka, może realistyczne, ale kto się o nie pobije? Dziennikarz teraz sprzedaje swoje opinie, a jeszcze lepiej – własne zaangażowanie po jednej lub drugiej stronie politycznego sporu. Okopali się więc na pozycjach, krzyczą swoje prawdy głośniej niż politycy i biorą się za łby, też bardziej gwałtownie. Smutne.

Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta „Polityki”
Skłóceni są w zasadzie wszyscy, którzy biorą udział w życiu publicznym. W Polsce mamy do czynienia z patologiczną polaryzacją. Polskie media w zasadzie od czasów II RP są historycznie bezpośrednio powiązane z partiami politycznymi. W efekcie wszystkie patologie ze świata polityki przenoszą się do mediów. Jednym z najważniejszych elementów odpowiedzialnych za dzisiejsze skłócenie dziennikarzy jest również trwałość podziałów wyniesionych z późnego PRL-u.

Konrad Piasecki, dziennikarz RMF FM, Dziennikarz Roku 2015
Nie wiem, czy dziennikarze są najbardziej skłóconą grupą, ale w tej tezie z pewnością coś jest. Polscy dziennikarze nie mają zdefiniowanego wspólnego interesu. Ich praca przybiera różne formy i, przede wszystkim, jest działalnością silnie konkurencyjną. Dlatego nie sposób wypracować porozumienia co do spraw, na których powinno zależeć wszystkim pracującym w tym zawodzie. Pamiętajmy, że dziennikarzami politycznymi zostają ludzie motywowani pasją polityczną, najczęściej o wyrazistych poglądach. Skoro wśród Polaków występują takie podziały polityczne, w przypadku dziennikarzy uwidoczniają się one do potęgi entej. To oczywiście rodzi konflikty. Niestety, jest też tak, że światy polityki i dziennikarstwa silnie się przenikają. Zawiązywane są różnego rodzaju układy i układziki, co nie sprzyja niezależności zawodowej. Z tego powodu świat dziennikarski jest bardzo wrażliwy na wszelkie zmiany polityczne. Teraz wyrzucani są dziennikarze z mediów publicznych. To żaden ewenement, bo odbywało się to już wcześniej. Wśród dziennikarzy nie ma solidarności w tej sprawie. Po 1989 r. dziennikarstwo stało się zawodem ludzi młodych, którzy nie myśleli o przyszłości ani o tym, żeby się zrzeszać. Dlatego dzisiaj stowarzyszenia dziennikarskie są słabe i mają jednoznacznie polityczny wymiar, przez co trudno im się dogadać.

Renata Kim, dziennikarka i publicystka „Newsweeka”
Dziennikarze w Polsce nie są skłóceni, oni są głęboko podzieleni. Dokładnie tak jak cała reszta Polaków, tyle że nas bardziej widać – bo piszemy teksty, robimy materiały, zabieramy głos w dyskusjach publicznych.
I właśnie wtedy wyraźnie widać, że wierzymy w fundamentalnie różne wartości. Dla jednych jest oczywiste, że osoby LGBT powinny mieć prawo zawierania związków małżeńskich, dla drugich to promowanie zboczeń. Jedni gorąco popierali konwencję o zwalczaniu przemocy w rodzinie, drudzy uważali, że to podstępna gra, która ma zniszczyć tradycyjną rodzinę.
Takich podziałów jest znacznie więcej: przyczyny katastrofy smoleńskiej, bilans rządów PO i obecnych władz PiS. Nasze oceny są z reguły diametralnie różne.
I żadna strona nie wierzy w szczerość tej drugiej – zakłada cynizm, zaprzedanie się władzom, a czasem zwykłą głupotę. Ten podział jest najgorszy, być może nie do zasypania.

Rafał Ziemkiewicz, pisarz, publicysta „Uważam Rze”
Dlatego, że w Polsce mamy wojnę kulturową, która jest typowa dla krajów o podobnej historii. Mówiąc w skrócie, dla państw postkolonialnych. Ta wojna nie odbywa się przy użyciu karabinów, tak jak w Bośni i Hercegowinie, ale w sferze symbolicznej. Pracownicy mediów, bo nie wszystkich można nazwać dziennikarzami, są na froncie tej wojny. Dlatego ten konflikt jest w Polsce tak wyrazisty.

Wojciech Maziarski, publicysta „Gazety Wyborczej”
Nie jestem pewien prawdziwości tezy postawionej w pytaniu. Mam wrażenie, że to po prostu Polacy są bardzo podzieleni. Stężenie emocji w społeczeństwie jest bardzo duże. Przypomnijmy sobie wizyty polityków PO na cmentarzu powązkowskim. Ludzie na nich buczeli i gwizdali, ale to nie byli dziennikarze. Dziennikarze funkcjonują w sferze publicznej, posługują się słowem. Dlatego podziały wśród nich są bardziej widoczne. Weźmy choćby publicystów. Charakterystyka ich zawodu sprawia, że eksponują oni kwestie ideowe i polityczne. W innych grupach zawodowych, np. wśród nauczycieli, można po prostu przestać rozmawiać o polityce. W dziennikarstwie to niemożliwe.

Not. Wiktor Raczkowski

Foto: Przemek Swiderski / East News

Wydanie: 3/2016

Kategorie: Media

Komentarze

  1. Kot Jarka
    Kot Jarka 19 stycznia, 2016, 02:39

    Co do zmian personalnych w służbie cywilnej i w kierownictwie mediów państwowych, to coś takiego dzieje się w wielu krajach po wyborach,USA, Niemcy, Francja, UK, itp są tego przykładem. III RP nie jest wyjątkiem. Sawickie, Rychy, Zbychy, bardzo ciężko przeżywają utratę koryt. A i Merkel czuje, ze nie będzie już więcej miała 0.8 Euro z każdego Euro, które “dostaje” III RP
    A zaczęło sie od tego ze Tuskowaci wcisnęli tuz przed przegranymi wyborami pięciu swoich sędziów to TK. Przypomnijmy, ze sędziowie TK pozwolili Watykanowi na zatrzymanie wielomiliardowych dóbr ukradziony Polsce przy pomocy Komisji Majątkowej.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Anonimowy
      Anonimowy 19 stycznia, 2016, 14:41

      I tak i nie. Poprzedni rząd miał wiele wad i nietrafionych decyzji ale jednego nie można mu było zarzucić: braku stabilności, chaosu i wprowadzania nastroju stabilizacji w gospodarce co jak już widać po zmianach PISu ma ogromne znaczenie dla zagranicznych inwestorów. Nie sądzę abym jako zwykły obywatel odczuł pozytywną różnicę za tej kadencji. To co otrzymam w socjalu (jeśli rzeczywiście to wdrożą) wezmą mi banki w podwyższonych opłatach, paliwie, alkoholu czy w formie kolejnej daniny z umowy o prace.

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. AP
    AP 20 stycznia, 2016, 00:47

    Podział mediów jes”Podział mediów jest twardszy od podziału partyjnego – mówi [Ziemkiewicz] – Media czują się sługami sprawy. Nie ma mowy o obiektywizmie dziennikarskim. My, dziennikarze, jesteśmy na pierwszej linii frontu”
    Niestety – ten dla kogo “walka o sprawę” to walka o jedną partię, ten nie jest dla mnie dziennikarzem. Dziennikarz służy czytelnikom.
    Prawica zarzuca Lisowi, że o tym zapomniał. W dużej mierze prawda – stał się bojownikiem jednej sprawy. Ale przecież 95% prawicowych publicystów zachowuje się tak jak Lis lub (częściej) gorzej…t twardszy od podziału partyjnego – mówi. – Media czują się sługami sprawy. Nie ma mowy o obiektywizmie dziennikarskim. My, dziennikarze, jesteśmy na pierwszej linii frontu

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Kot Jarka
    Kot Jarka 21 stycznia, 2016, 02:16

    Media juz dawwwwno popłynęły.
    1) Niemiecki dziennikarz i wydawca Dr. Udo Ulfkatte twierdzi, ze the Main Stream Media to całkowite oszustwo. Mówi jak CIA przejęło kontrole nad większością pismaków.
    https://youtu.be/CzySk8qfvxk
    2) W latach 80 tych w USA było 50 właścicieli mediów, obecnie jest 5 – 6.
    3) Od początku inwazji żołnierzy muzułmańskich na UE,media w UE nie podawały do wiadomości o przestępstwach pieszczochów Merkel, O gwałtach w Koloni podali po pięciu dniach jak już zrobił się szum na Internecie, Wtedy tez wyszło, ze prawie we wszystkich krajach UE pieszczochy Merkel gwałcili, kradli i takie tam inne.
    4) Śmieszność polega na tym, ze to Kaczor goniąc Popapranców z mediów w III RP zrobi więcej demokracji i pluralizmu w mediach UE. Swoja droga powinien wprowadzi przepis prawny, ze obcy kapitał nie może mieć więcej niż 20 – 30% udziału w danym medium. Tym co się na to oburza na ta propozycje, proponuje spróbować kupić najgorsze, lokalne media w Niemczech, powodzenia.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy