Oklaski cichną i trzeba szukać czegoś nowego

Oklaski cichną i trzeba szukać czegoś nowego

To ostatnie spotkanie przyniosło niezwykłe wydarzenie – wystawienie całych „Dziadów”, po raz pierwszy w dziejach polskiego teatru. Bliski tego przed laty był Kazimierz Braun, też we Wrocławiu, ale…

– …to były prawie całe „Dziady”, ale nie całe. Jednak o tym, że te nasze są całe, zupełnie zapominam. Jest pan kolejną osobą, która mi o tym przypomina. Kiedy przeczytałem te „całe” „Dziady”, spociłem się i powiedziałem: nigdy w życiu nie nauczę się tego na pamięć. A co dopiero to zagrać! I naprawdę w jakiejś intensywności zadania, które zostało mi wyznaczone, w koncentracji, którą muszę w sobie wypracować, przez te dwie godziny, potem pięć, zapominam zupełnie, że to jest coś historycznego, wyjątkowego i że przydarzyło mi się być pierwszym. Wcale o tej roli nie marzyłem. Gdyby ktoś cztery lata temu zapytał, czy wziąłbym Gustawa, Konrada, poważnie bym się nad tym zastanowił. Bo nie znałem Michała Zadary, nie wiedziałem, że przydarzy się nam coś tak pięknego.

Na czym polega to wasze porozumienie?

– Michał musi cały czas nad czymś pracować, cały czas musi go coś absorbować, więc pod tym względem jesteśmy sobie bliscy. Imponuje mi jego wiedza, nie ma tematu, na który nie można by z nim podyskutować. Poza tym jest niekonfliktowy w pracy. To nie znaczy, że w ogóle się nie kłócimy – kłócimy się nawet często, jak coś zagrać. Ale on tworzy bardzo pozytywną energię w pracy. Jest zawsze świetnie przygotowany, nigdy nie marnuje czasu. Szczególnie to sobie cenię, kiedy tego czasu za mało i nie zawsze jest pora, żeby godzinami improwizować, a potem coś z tych improwizacji wybrać. Taki teatr również uprawiam, też lubię, ale w przypadku „Dziadów” czy klasyki nie ma na to miejsca. Trzeba wiedzieć, co jest napisane w tekście, i za nim podążać. Michał bardzo dobrze rozczytuje literaturę, zwłaszcza klasyczną.

To wynika też ze świeżego oka. Wychowany za granicą, dopiero tę literaturę poznaje.

– Tak, parę lat temu dzwoni do mnie i pyta: „A wiesz, »Dziady« czytałeś?”. My tu wszyscy od małego z „Dziadami” za pan brat, logują nam we krwi te duchy, ciemności, cierpienia z miłości, a on pyta: „Czy znasz »Dziady«?”. Mówię: „Wiesz, tu każdy noworodek zna »Dziady«”. A on: „Patrz, a ja nie znałem, fajne to jest”. I pyta: „Powiedz mi, a gdzie jest ten naród w tych »Dziadach«? W III części wszyscy o tym narodzie, ale gdzie on tam jest?”.

Aktorzy, którym zdarzało się przymierzać do Gustawa, w chwili szczerości mawiają, że ten wielki monolog miłosny jest nie do zagrania, że przestarzały, że za dużo słów. A pan pokazał, że to jest język, którym możemy się porozumiewać.

– To by mi się nie przydarzyło, gdyby nie tych 200 „Smyczy” i tych kilkadziesiąt „Farinellich”, bo one rzeczywiście wytrenowały mnie w byciu samemu ze sobą i w byciu twarzą w twarz z widzem, jak potem w „Dziadach”.

IV część „Dziadów” to tak naprawdę ogromny monodram.

– W teatrze, jak coś na próbie się nie klei, mówią, że nie ma co się martwić, bo i tak Porczyk z tego zrobi monodram. Trochę się ze mnie śmieją. Michał to pięknie pociął, tak że ja nie musiałem się zajmować żadnym monologiem wewnętrznym, bo chyba bym umarł. Gdy byliśmy z „Dziadami” w Chinach, brakowało im znaków chińskich przy tłumaczeniu rodzajów miłości, które wyraża Mickiewiczowski Gustaw. Można się w tym pogubić. Ale to jest jak układanka, patchwork, w dodatku na parę teatrów w jednej scenie, a ja przeskakuję z klocka na klocek.

Ubywa panu kilogramów po „Dziadach”?

– Po „Dziadach”, „Smyczy” i „Farinellim” zdarza się, że jestem o kilogram lżejszy. Woda.

Czyli silnik spala, pan się spala wewnętrznie.

– Nie jest tak, że to dosłownie zabawa klockami. Tak to sobie nazywam, żeby mieć kontrolę, żeby się nie pogubić w zadaniach. Ale to nie znaczy, że to mnie nic nie kosztuje.

Ma pan za sobą takie góry aktorskie…

– Teraz mi pozostaje tylko spaść, jak niektórzy mówią. Więc czekamy, jak przed premierą „Dziadów” powiedział mi jeden z recenzentów. Ale jeszcze przede mną projekty, które chciałbym zrobić, noszę je w głowie. Zanim powstał „Farinelli”, nosiłem go w sobie 10 lat. Mam jakieś swoje marzenia, których nie odpuszczę, nad którymi będę pracować. Dzisiaj jestem starszy o te 10 lat, momentami zmęczony, o niektórych planach teatralnych trzeba myśleć z półrocznym wyprzedzeniem, kolejny raz nie będzie wakacji. Staram się oddychać, żeby nie utonąć.

O pańskiej pracowitości i dokładności krążą legendy – że obchodzi pan nocami teatr jak duch. Zawsze skupiony na swojej robocie.

– To jest dobre, bo człowiek zawsze będzie przygotowany na różne okoliczności, których nie da się przewidzieć. Ale też złe. Mówię o sobie, że jestem niemieckim aktorem, bardziej takim niż spontanicznym, co nie znaczy, że nie zdarza mi się czasem oszaleć i zapomnieć na scenie. Ale to też zależy od reżysera, od spotkania z drugim człowiekiem.

Aktor przychodzi do pracy, wpada na scenę z różnych swoich życiowych okoliczności. Bywamy szczęśliwi albo smutni i źli, a to też wpływa na to, co się dzieje tego dnia z naszą rolą. Kiedyś mi się wydawało, że wszystko musi być idealnie domknięte, przyszyte, zaszyte. Potem przy „Farinellim” nastał czas spotkania z dużą partią improwizacji i pracy nad sobą, zadawania pytań o rolę artysty dzisiaj, że może czasem ten rozpięty guzik czy dziura na kolanie są dopełnieniem ideału, którego próbowałem sięgnąć. Dla mnie uosobieniem tego ideału był właśnie Farinelli, któremu do pełni brakuje czegoś, co mu zabrano, co obcięto.

Zawsze jestem przygotowany, znam tekst, zawsze pojawiam się na czas, nie lubię go marnować, ani swojego, ani czyjegoś, więc jest we mnie jakiś niemiecki temperament, ale ciągnie mnie również do dekonstrukcji. Cały czas szukam. Pytam ludzi, jak żyć. Myślę, że momentami dziadzieję, żona mi o tym przypomina.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 1/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy