Alma – od luksusu do upadku

Alma – od luksusu do upadku

Prezes ma miliony, zwolnieni pracownicy głodują

4 stycznia na krakowskim Rynku zbiera się grupa byłych pracowników Almy i członkowie partii Razem. Protestujący domagają się wypłacenia zaległych pensji i należnych odpraw. W ramach zwolnień pracę straciło 1,8 tys. osób w całej Polsce. – Dzisiaj jest nas mało. Rozmawiałam ze znajomymi i mówili wprost, że nie mają na bilet tramwajowy. Za 5 zł można przecież kupić dwa bochenki chleba – wyjaśnia Wanda i zasuwa polarową kurtkę po sam nos. Na Rynku dziś bardzo zimno. – Zrobili nam to przed samym Bożym Narodzeniem. Proszę wytłumaczyć dzieciom, że nie będzie Mikołaja ani świąt – dodaje jej koleżanka Justyna. Większość pracowała do końca października, pracownicy jednego z krakowskich sklepów zostali do 10 listopada z nadzieją, że sytuacja się poprawi. Gdy nie otrzymali wypłaty, zaczęło się poruszenie. Ludzie wydzwaniali do siebie nawzajem i do firmy. – Rozmawiałam z kadrami. Usłyszałam, że pieniędzy nie ma i nie wiadomo, kiedy będą. Jak powiedziałam, że nie mamy na życie, usłyszałam, żebyśmy gdzieś pożyczyli – wspomina Wanda. 14 listopada zorganizowali pikietę przed siedzibą firmy w Krakowie. Były media, protestujący wykrzyczeli swój gniew, ale nikt do nich nie wyszedł. – Dyrektor regionalny uciekł tyłami biurowca, wywiozła go furgonetka Alma 24. Chcieliśmy się dowiedzieć, dlaczego nie mamy pensji, a oni nas otoczyli ochroniarzami – opowiada Justyna.

Nowa planeta

Kiedy sieć delikatesów Alma wchodziła na rynek, media zachwycały się marką stworzoną z myślą o zamożnych klientach. Miało być luksusowo i światowo. Sklepy wyróżniała najwyższa jakość: sery i wędliny z całej Europy, najlepsze cygara sprowadzane z Kuby, 2 tys. gatunków wina, drewniane regały na butelki i wyrafinowany wystrój wnętrz. – Kiedy się zatrudniałam, przechodziliśmy szkolenia dla nowych pracowników w tzw. formule Alma. Wiedzieliśmy, jak wyjątkową markę tworzymy i do czego powinniśmy dążyć. Kolejne sklepy mieliśmy otwierać w prestiżowych miejscach, np. w Starym Browarze w Poznaniu – rozpamiętuje jeszcze jedna protestująca – Beata.
Wanda zaczęła pracę w jednym z krakowskich sklepów w 2009 r. Wcześniej pracowała dwa lata w innej sieci. Najlepiej wspomina pierwsze lata, kiedy dostawało się 200-złotowe bony na święta. Potem zarabiała już tylko gołą pensję minimalną. Dorota, zaczynając pracę w Almie, myślała, że to miejsce inne niż wszystkie. Tak przynajmniej wtedy mówiono.

Nie byłoby Almy, gdyby nie jej prezes Jerzy Mazgaj. Człowiek sukcesu, otoczony nimbem wyjątkowości, miłośnik cygar i wina, autor felietonów w tygodnikach opinii, w których polecał nowe trunki. Jako prezes spółki zarobił w 2015 r. 2 mln zł. Jego majątek magazyn „Forbes” wycenił na 370 mln zł. „Widzę, że pracownicy chyba troszkę się pana boją”, zapytała prezesa Mazgaja dziennikarka „Gazety Krakowskiej”. Prezes odpowiedział: „Nie wiem. Nawet jeżeli, to może i dobrze. Strach sprawia, że w człowieku nie zanika samokontrola”. Składał niezapowiedziane wizyty w sklepach.

– Kiedy jeszcze przejmował się firmą, często je kontrolował, w każdym zjawiał się przynajmniej dwa razy w roku. Ale tak było tylko przez pierwsze lata – opowiada Wanda. W Krakowie bywał częściej, zdarzało się, że odwiedzał pracowników kilka razy w roku. Gdy się pojawiał, atmosfera robiła się napięta. – Czekolada źle leży na półce – już afera. Trzeba było szybko wszystko poprawić, zamiast pionowo, położyć poziomo, takie szczegóły były dla prezesa ważne. Dokładnie sprawdzał, czy jest czysto – wylicza Agnieszka. – Przy mnie nie mówił nikomu dzień dobry. Raz się zdarzyło, że uścisnął mi dłoń na sklepie – uśmiecha się Justyna. Ewa spotkała prezesa w listopadzie: – Rozmawiałam z panem Mazgajem, powiedział, że jemu też jest ciężko. Nie rozumiał, że zostałyśmy bez pieniędzy, że wiele z nas musiało się zapożyczyć.

Zagranie tajemniczego klienta

Pracę w Almie jednak sobie chwalą. – Choć pensja była niewysoka, to nie narzekałam. Była dobra atmosfera – zapewnia Beata. – Pracowałam na kasie. Jeśli nie popełniliśmy jako załoga błędu, nikt nie przepuścił na kasie towaru, dostawaliśmy premie – opowiada Wanda. Sklepy odwiedzali regularnie tajemniczy klienci, sprawdzający jakość usług. Jeśli któryś pracownik zrobił coś nie tak, cierpieli na tym wszyscy. – Ja pracowałam w dziale księgowym i też miałam potrącane z tego tytułu. Tak samo magazynierzy – mówi Ela.
– Miałyśmy regułki, co powiedzieć w danym momencie, jak się zachować. Nie tylko trzeba było mówić dzień dobry, ale też mieliśmy polecać produkty na kasach i stoiskach. Zawsze z uśmiechem – opowiada Justyna.
– Taki klient wszystko notował, do tego stopnia, że opisywał nasz wygląd, wiedział, jak się nazywamy, potem na podstawie tego powstawał raport. Dostawałyśmy punkty i premie – wspomina Beata.
We wrześniu w krakowskim sklepie jedna z kasjerek obsługiwała tajemniczego klienta. Otrzymała bardzo negatywną ocenę. Podobno obsłużyła go jak z łaski, nie powiedziała dzień dobry ani do widzenia, nie poleciła serów, tylko przejechała szybko towarem przez kasę. – Było nas wtedy siedem kasjerek. Znałyśmy się bardzo dobrze. Regułek uczyłyśmy się na pamięć, ja klepałam je nawet w środku nocy. Trudno było uwierzyć, że któraś z nas nagle wszystkiego zapomniała – mówi Agnieszka. Kilka dni po ukazaniu się raportu wyszło na jaw, że winnej kasjerki nie było wtedy w pracy. Pomyłka. – Takimi metodami można skutecznie blokować premie – wskazuje wzburzona Beata.
We Wrocławiu tajemniczy klient pojawił się po raz ostatni w sierpniu. – Od dwóch lat mieliśmy premię uznaniową – wszystko zależało od decyzji kierownika lub dyrektora. Wcześniej było to 10% pensji. Można było ją stracić właściwie tylko za nieobecność w pracy – opowiada Agnieszka z Wrocławia.

– U nas, w Krakowie, premię można było stracić także wtedy, gdy sklep miał straty – tłumaczy Ela. Zamówienia towarów były jednak tak duże, że sklep nie był w stanie wszystkiego sprzedać. Wanda: – Klientów ubywało, mieliśmy coraz większe straty. Nie byłyśmy w stanie wcisnąć na siłę tego wszystkiego. Prosiłyśmy, żeby zamawiać mniej produktów, które nie schodziły. Nikt nie chciał tego słuchać, a my odpowiadałyśmy za straty.

– Zawsze uważałam, że Alma jest sklepem dla klienta zamożnego, ekskluzywnego – mówi Justyna. Kiedy poznała ją od środka, zobaczyła, jak oficjalna opowieść rozmija się z rzeczywistością. Z jednej strony luksus, piękne zdjęcia, a z drugiej to, do czego zmuszano pracowników. – Uczciwie muszę powiedzieć, że warunki pracy był dobre, ale jeśli chodzi o towar i jego jakość, z roku na rok było coraz gorzej. Polecałam klientom inny towar, bo nie byłam w stanie sprzedać czegoś, co nie nadawało się do zjedzenia. Proszę sobie wyobrazić: przychodzi matka z dzieckiem i kupuje taką wędlinę… Wszystkim nam zależało na sprzedaży, ale starałyśmy się nieświeżego towaru nie wciskać.

Dyrektor na kasie

Czerwiec to data graniczna. Większość pracowników już zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że jest źle. Na chwilę jednak odzyskali nadzieję. Do Almy przyszły duże dostawy. – Myśleliśmy, że to towar z myślą o pielgrzymach na Światowe Dni Młodzieży. Przecież to miliony ludzi, a zatem i dopływ klientów. Ale to były tylko olbrzymie ilości wody, żeby zapchać pustawe już półki – opowiada Justyna. – W czerwcu kontrahenci przestali wydawać towar na kredyt. Przekładaliśmy wodę co kilka dni, żeby zrobić wrażenie pełnych półek, segmenty przy wejściu były zapełnione. Klienci mogli myśleć, że sklep działa normalnie.

W lipcu ludzie we Wrocławiu zaczęli zwalniać się z pracy. – Zostali ci w wieku przedemerytalnym – tłumaczy Agnieszka. Pracownicy nie mieli żadnych informacji, niewiele więcej wiedzieli dyrektorzy sklepów. Wymagano od nich tego samego – sklepy miały działać. W sierpniu do pracowników napisał dyrektor handlowy zarządu: „Sytuacja jest ciężka, ale walczymy i będzie lepiej. Dajcie z siebie więcej”.
Brak towaru stawał się coraz bardziej widoczny. Zwłaszcza świeżych produktów: pieczywa, mięsa, nabiału, owoców. – Jak nie było mąki, cukru, robiłyśmy listę i jechałyśmy po zakupy do Makro, żeby tylko coś postawić na półkach. Jechał z nami kierownik albo dyrektor, często jeździłyśmy swoimi samochodami, na własnym paliwie – wyznaje Justyna.

Puste półki nie były jedynym problemem. Brakowało też pracowników. Zdarzało się, że dyrektor siadał na kasie głównej. – Musiał przez noc wszystkiego się nauczyć, żeby rano móc pracować na kasie – opowiada Wanda. – Jak już nie było serwisu sprzątającego, to przychodziłam na godz. 7 rano, brałam wiadro, dyrektorka mopa i jechałyśmy po całym markecie. O godz. 8 siadałam na kasie.

– Zaczynałyśmy z 70 osobami, kończyłyśmy z 40 – wspomina Agnieszka z Wrocławia. Coraz więcej obowiązków przypadało na coraz mniej pracowników. – Jedna kobieta obsługiwała różne stoiska, klient stoi tutaj, a tam sery, wędliny, dalej alkohol. Trzeba go jakoś obsłużyć – mówi Agnieszka. Najbardziej obrywała kasa. Klienci mieli o wszystko pretensje, nieraz z hukiem zostawiali produkty na ladzie i przeklinając, opuszczali sklep. Ubywało także pracowników ochrony. Doszło do tego, że w całym sklepie były tylko dwie osoby – jedna czuwała nad monitoringiem, druga pilnowała przy kasach. – Dawniej dwie osoby były na monitoringu, dwie na kasach i przy wejściu – wylicza Agnieszka. Jedna ze spółek z grupy City Security obsługująca od kilku lat Almę złożyła do prokuratury doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez władze Almy. Grupa ochroniarska miała stracić 1 mln zł wynagrodzenia.

W październiku sklep regularnie odwiedzał komornik. Przychodził z dyrektorem. – To był ostatni dzień naszej pracy. Komornik pojawił się dwa razy – o godz. 14 i 19. Zabrał wszystkie pieniądze. Rozliczałyśmy się na gębę, kończyłyśmy zmianę i często musiałam przypominać, że 100 zł musi zostać w kasie – wzdycha Justyna. W innym krakowskim sklepie komornik wziął drogi alkohol.

Pracownik na końcu

– Firma jest mi winna dzisiaj sześciokrotność pensji, dla mnie to bardzo dużo – mówi Beata. – Nie liczyłyśmy, że dostaniemy pieniądze za listopad, zdawałyśmy sobie sprawę, że o to może być walka. Ale pensji za październik byłyśmy pewne – dodaje Justyna.

– A ja wcale pewna nie byłam. Ja miałam pieniądze bezpośrednio od Almy z kasy głównej. Ile się uzbierało w danym dniu, tyle było na wypłaty. Codziennie się modliłam, żeby te pieniądze nie poszły na zakupy albo żeby nie zabrał ich komornik – podkreśla Wanda. Firma jest jej winna 10-krotność pensji. – Ja pracuję rok, więc są mi winni trzy pensje – to Ela. – A ja pracowałam osiem lat i dziewięć miesięcy, 15 grudnia Alma wystawiła mi zaświadczenie, że do tego dnia nie zapłacili mi 10 tys. zł. Prawnik we Wrocławiu powiedział nam, że dopóki nie zostanie ogłoszona upadłość firmy, tak naprawdę jesteśmy na końcu łańcucha wierzytelności – martwi się Agnieszka. W pierwszej kolejności są ZUS, spłaty do banków, kontrahentów, a firma zawsze może powiedzieć, że nie ma pieniędzy.

– Jest ciężko, gdy człowiek ma dwójkę dzieci, wynajmuje mieszkanie i nie dostaje pensji za dwa miesiące pracy. Gdyby nie 500+, nie byłoby mnie stać na opłacenie mieszkania – mówi łamiącym się głosem Beata. Uratowali ją przyjaciele i rodzina. – Narobiłam sobie długów u bliskich, trzeba było opłacić rachunki, mieszkanie, dać dzieciom jeść, jakieś skromne święta urządzić…

Szeregowy pracownik zarabiał w Almie pensję minimalną. Z takiej trudno coś zaoszczędzić. – Ja przez ostatnie 10 lat nie byłam w stanie odłożyć złotówki na czarną godzinę, bo tak dużo płaciłam za mieszkanie. Jak udało mi się uzbierać 50 zł, to przychodził rachunek za wodę i musiałam dopłacać – skarży się Wanda. Ma 57 lat, zarejestrowała się w urzędzie pracy. Od 1 lutego otrzyma zasiłek, czeka na świadczenia przedemerytalne.

– Pracuję dorywczo. Mam męża i jakoś sobie radzimy. Przed świętami pojawiły się oferty sprzątania domów i mieszkań. Odprowadzałam też dzieci zamożnych rodziców do przedszkola i szkoły. Zawsze parę groszy zarobiłam w ten sposób – mówi Ela.
Ludzie poszli do Państwowej Inspekcji Pracy. Usłyszeli, że nawet jeśli dostaną sądowy nakaz wypłaty, to nie oznacza, że otrzymają pieniądze. – Oni dostaną kary, mandaty, ale będziemy to mieć tylko na papierze. A jaka będzie rzeczywistość, tego nikt nie wie – z goryczą stwierdza Agnieszka.

– Najgorsze jest to, że panowie prezesi palą sobie cygara, jeżdżą na wakacje kilka razy w roku, a my nie możemy wyjechać na urlop choć raz w roku – dorzuca Beata.

„Już Boy-Żeleński pisał, że tu każdy każdemu zazdrości. Ta nienawiść byłaby uzasadniona, jakbym swoje bogactwo tylko konsumował. A ja tylko w zeszłym roku otworzyłem dziewięć nowych sklepów, dałem pracę prawie tysiącowi osób. Jakby każdy w tym kraju, kto pali drogie cygara, zatrudniał tyle osób, ile ja, to zapewniam: żylibyśmy w kraju dobrobytu”, mówił prezes Almy w 2014 r. w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej”.

Wydanie: 3/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy