Apetyt na mimów

Apetyt na mimów

Lata całe stolicą polskiej pantomimy był za sprawą Henryka Tomaszewskiego Wrocław. Teraz jednak, po 11 wydaniach Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu w Teatrze na Woli, można śmiało mówić, że to właśnie na tej scenie toczy się najważniejsza w Polsce walka nie tylko o przetrwanie, ale i odrodzenie polskiej szkoły mimu. Duża w tym zasługa Bartłomieja Ostapczuka, który z wielką starannością komponuje festiwale, warsztaty i wszystko, co służy podtrzymywaniu zainteresowania sztuką mimu.

Zakończony właśnie festiwal potwierdził, że ciągle czekają nas w tej dziedzinie zaskoczenia. Nie zawiedli oczywiście festiwalowi weterani i poniekąd klasycy gatunku, tacy jak Gregg Goldston (USA), aktorzy rosyjskiego teatru „Licedei” czy trudny do pokonania duet arcymistrzów Bodecker/Neander, żegnany długą owacją na stojąco. Ich klasyczne sceny „W kawiarni” czy „Policjanci i złodzieje” oglądane po raz kolejny wzbudzają wciąż taki sam entuzjazm i ciągle wydają się, choć to już chyba niemożliwe, lepsze. Artyści pokazali tym razem fragmenty wielu swoich programów, popisów solowych i w duecie, dowodząc niepospolitego poczucia humoru i fenomenalnej maestrii w panowaniu nad ciałem.
Wyjątkowy charakter miało spotkanie z artystami teatru „Licedei”, będące rodzajem wędrówki po ich klaunadach, podglądanych niejako od kulis – na scenie pojawiła się garderoba artystów, w której lider formacji snuł opowieść o przygotowaniach do poszczególnych programów, na oczach widowni przechodząc przez próg transformacji: opuszczając garderobę, wkraczał w magiczny krąg sceny. Etiuda „Lećcie i piłujcie” – zmontowana ze sprzecznych rozkazów, dyspozycji wydawanych człowiekowi przez rozmaitych nadzorców, kierowała pantomimę w rejony głębokiej refleksji nad ludzką kondycją.

Odkryciami tego festiwalu były duet wychowanek Marcela Marceau Biro/Weiss, niezwykle zdyscyplinowany i mądry, oraz pokaz szwajcarskiej grupy SPETTATORI, łączącej teatr ruchu z żywą muzyką, rodzaj teatru instrumentalnego wymieszanego z pantomimą, pełen polotu, dowcipu i zadziwiającej precyzji. Tu nie można sobie pozwolić na markowanie, na tej scenie każdy ruch musi być odmierzony, inaczej grozi nie tylko katastrofa artystyczna, ale także poważna kontuzja – artyści muszą sobie bezgranicznie ufać i bezbłędnie wykonywać zaplanowane ewolucje.
Ten festiwal wzmaga apetyt na pantomimę i kto wie, może sprawi, że będzie można w Warszawie regularnie oglądać mimów, nie tylko podczas festiwalu. Przyczółek w Teatrze na Woli już istnieje.

XI Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu, Teatr na Woli, 19-28 sierpnia

Wydanie: 36/2011

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. Kocki
    Kocki 16 września, 2011, 12:55

    Oj, a przede wszystkim brakuje krytyków, którzy znają się na pantomimie. Bo to co jest na Festiwalu to przede wszystkim powrót do szkoły francuskiej w dużej mierze, pokazywanie “the best off”. Polska szkołą mimu tam się raczej nie odrodzi – brakuje wyobraźni i odważnych poszukiwań.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Kot
    Kot 16 września, 2011, 12:57

    Ten Festiwal to powrót do szkoły francuskiej i tyle polskiego mimu tam nie widziałem. Ot urocza rozrywka, the best off powtarzane co 2 lata.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy