Wpisy od Attaché
Nowe idzie, stare jedzie
Taki był podpis pod rysunkowym żartem Szymona Kobylińskiego w czasie karnawału Solidarności. Obok protestującego tłumu jechał rozparty wygodnie w polonezie przedstawiciel byłych. Skojarzenie z tym rysunkiem miał niejeden pracownik MSZ we wtorek w ubiegłym tygodniu. Wprawdzie dyrektor generalny Andrzej Papierz został odwołany, ale wielu widzi go na stanowisku szefa służby zagranicznej, gdy nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej wejdzie w życie. A jeśli nie zostanie szefem SZ, to pojedzie jako ambasador do Ankary i będzie urzędował w pięknej ambasadzie,
Valdštejnská 8
Od roku Polska nie ma w Pradze ambasadora. Pisaliśmy już, kto nim może zostać, jaka miernota, może więc parę słów o tym, jak to wcześniej z obsadą placówki w Czechach bywało. Po aksamitnej rewolucji, przed wyborami do Parlamentu Federalnego Czechosłowacji, wiosną 1990 r. przy al. Szucha minister spraw zagranicznych, prof. Krzysztof Skubiszewski, też zastanawiał się nad kandydatami na nowego ambasadora. Pierwszym był absolwent UW Andrzej Jagodziński, dziennikarz, tłumacz literatury czeskiej i słowackiej, aktywny w Solidarności Polsko-Czechosłowackiej, organizator i tłumacz spotkań opozycji
Parę słów o zarabianiu
No to porozmawiajmy o pieniądzach, czyli o handlowaniu. Rozmowa nie będzie długa, gdyż system promocji gospodarczej został przez PiS skutecznie rozmontowany. Wcześniej zajmowały się tym wydziały ds. promocji handlu i inwestycji przy ambasadach. Ale praktycznie już ich nie ma. Owszem, nie były one idealnym rozwiązaniem, szczególnie w Europie, ale w krajach z „kapitalizmem państwowym”, takich jak Chiny, Indie, Wietnam czy nawet Korea Południowa (czebole) lub państwa Zatoki, sprawdzały się znacznie lepiej niż pomysł PiS, czyli zagraniczne biura
Czeski łącznik
Od roku przynajmniej, a pewnie i dłużej, mówi się w MSZ, że Andrzej Papierz, obecny dyrektor generalny, wymyślił sobie stanowisko ambasadora RP w Pradze jako odpoczynek po latach burzliwej kariery. Albo Budapeszt. W MSZ obie placówki są cenione. Z kilku powodów. Po pierwsze, to przyjazne do zamieszkania miasta. Oferujące, co w przypadku Papierza ma sporą wartość, miłe knajpeczki i inne atrakcje. Po drugie, leżą blisko, więc łatwo przyjechać do Polski, choćby na weekend, załatwiać swoje sprawy. Po trzecie, nie czarujmy się, nie wymagają wielkiego zaangażowania, toteż
Filary władzy
Jeżeli resortowe wiewiórki się nie mylą, to pierwszą osobą, która skorzysta z dobrodziejstwa nowej ustawy o służbie zagranicznej, będzie Małgorzata Gosiewska, ważna postać w PiS, obecna wicemarszałkini Sejmu. A pojedzie ona na stanowisko ambasadora do Gruzji, czego sobie zażyczyła. Hm… Nie brakuje osób, które w ten wyjazd wątpią. Z dwóch powodów. Po pierwsze, oznaczałby on, że pani Gosiewska udaje się na polityczną emeryturę, że wybiera góry Kaukazu i przyjemne życie, rezygnując z polskiej polityki – ze stanowiska wicemarszałkini Sejmu
Znam człowieka!
Przepraszam za suchara z drugiej połowy lat 80. na początek. W zjeździe KPZR za czasów Gorbaczowa brał udział Czukcza. Po powrocie ze zjazdu relacjonował nowości: otóż w kraju zwyciężyła rewolucja październikowa, w wielkiej wojnie ojczyźnianej zwyciężyliśmy Niemców, Stalin zmarł, a my budujemy komunizm. Ale najważniejsze, że to wszystko robimy dla dobra człowieka. I ja tego człowieka WIDZIAŁEM! Uchwalono, a prezydent podpisał, nową ustawę o służbie zagranicznej. Po co? Przecież PiS i tak rządzi polityką zagraniczną i jej kadrami. Jest jednak w dalszym ciągu
Paweł i Gaweł w jednym stali Gmachu
Gmachem od zawsze pracownicy MSZ nazywali budynek przy Szucha, siedzibę ministerstwa. Do przełomu tysiącleci wszyscy pracownicy i goście wchodzili jednym wejściem, od alei Szucha 23. Po prawej stronie siedział Pan w Garniturze i miał listę gości na dany dzień. Dziś tym wejściem wchodzą minister, jego zastępcy i oficjalni goście. Pracownicy i pozostali goście wchodzą innymi wejściami, których pilnują przedstawiciele „służby ochrony i kontaktu – SOiK”, zatrudniani przez Inspektorat Służby Zagranicznej, o którym więcej pisaliśmy jakiś
Co dla partii, a co dla kraju
W nowej ustawie o służbie zagranicznej jest pewna bzdura, która lepiej pokazuje rozumowanie jej autorów niż wiele, wiele słów. Otóż ustawa oddziela ambasadora od personelu placówki. On ma realizować politykę, być częścią korpusu ambasadorów, natomiast reszta urzędników ma być apolityczna. Cóż… Tak się składa, że kierownictwo MSZ, minister i wiceministrowie nie przepracowali nawet pół dnia na zagranicznej placówce ani w ogóle wcześniej w dyplomacji. Są więc w sprawach resortowej praktyki dyletantami i to widać w proponowanych zapisach. Bo jak rozdzielić politycznego
Państwo w państwie
Jak można zepsuć MSZ niewinnym w zasadzie ruchem organizacyjnym, pokazuje historia Inspektoratu Służby Zagranicznej. Otóż w czasach Polski Ludowej strażnikami ambasad byli żołnierze wojsk nadwiślańskich. Potem ich miejsce zajęli funkcjonariusze BOR i to rozwiązanie było chwalone. Za bezpieczeństwo ambasady odpowiadał rezydent i wprawdzie różnie to wyglądało, zwłaszcza gdy zaczynał budować sobie siatkę współpracowników w ambasadzie, ale przynajmniej był jakiś porządek. A potem przyszedł Radosław Sikorski ze swoimi pomysłami. Tak powstał Inspektorat Służby Zagranicznej,
Uwagi emerytowanego ambasadora
Pewien doświadczony dyplomata, który przeczytał w PRZEGLĄDZIE rozmowę z byłym ambasadorem w Finlandii, zwrócił uwagę na taki oto element – że tak naprawdę, jeśli chodzi o placówkę, o MSZ i o polską dyplomację, ambasador jest osobą zbędną. Bo co należało do jego najważniejszych zadań? Przygotowywanie remontu ambasady. A na czym się pośliznął? Ano na tym, że jego urzędniczka źle przeprowadziła przetarg. Te sprawy, które ambasador Suchoples opisywał, to codzienność życia ambasadorów RP na całym świecie. W polskim systemie ambasador jest jak kapitan na okręcie,







