Wpisy od Tomasz Jastrun
Czy zostaje tylko przemoc?
Jakiś czas temu złożyłem na ręce Ani Piwkowskiej, koleżanki i poetki, swój tomik wierszy. Ania kieruje w Państwowym Instytucie Wydawniczym działem poezji. Debiutowałem w PIW wierszami „Bez usprawiedliwienia”, był rok 1978. Teraz więc druk tomiku w tym samym wydawnictwie byłby zamknięciem koła. Minęło niemal 50 lat! Ania napisała, że książka jest świetna! Szefem PIW jest Łukasz Michalski, o orientacji prawicowej. Specjalizuje się w wydawaniu dzieł Wildsteina. Ale przyznaję, że wydają też dużo innych, już dobrych książek. Mijają miesiące, cisza, w końcu wiadomość, że Michalski chyba zablokował druk tomu. Po jakimś czasie – rewelacja! – jest akt łaski, jednak będą drukować, ale pod koniec 2027 r. Godzę się. Wydam szybko część wierszy w Austerii, a potem w PIW, jeśli dożyję. Rzecz się pewnie przesunie na rok 2028 i oto strzeli 50 lat od debiutu. Mija kilka tygodni – Michalski blokuje druk. Przecież nie chodzi tu o jakość literacką wierszy, tak myślę, więc o co? O politykę, przecież nie o pieniądze.
Wydawca traktuje mnie jak małego chłopca, którego można karać za to, że coś powie lub napisze. W roku 1978, kiedy debiutowałem w PIW, byłem zaangażowany politycznie, bezpieka o tym wiedziała, a jednak wydrukowano mi tomik, entuzjastyczną recenzję napisał Staszek Barańczak. W latach 80. w stanie wojennym ukrywałem się przez rok, publikowałem potem wiele w drugim obiegu, rewizje, przesłuchania, kierowałem podziemnym pismem „Wezwanie” (też o tym wiedzieli), a jednak wydrukowałem w tamtym czasie dwie książki oficjalnie. Michalski, funkcjonariusz prawicy w wolnej Polsce, blokuje książkę, bo mu się nie podobam politycznie. Traktuje znane wydawnictwo jak prywatny folwark. Wymienialiśmy pisowców na kierowniczych stanowiskach, ale zrobiliśmy to zbyt subtelnie. Oni nie będą tak się cackać.
Zmarł Andrzej Olechowski, wielka szkoda. Znakomity
W mrocznym świecie
X jest chirurgiem, dosyć młodym, 13 lat pracował w Niemczech. Mieszka teraz w Poznaniu. Jemy kolację. Jego poglądy na świat to mieszanka obu Konfederacji, też tej braunowskiej, trochę PiS. Antysemityzm jak najbardziej. Żydzi mają w piśmie zapisane, że mają dominować nad światem. Bardzo chciałby mieć gaśnicę z autografem Brauna. W zmiany klimatyczne nie wierzy, rozwój Polski jest pozorny, bo na kredyt i to źle się skończy. Imigranci to gorsze niż dżuma. Izrael to ludobójcy. Kiedy go pytam, co by zrobił na miejscu premiera Izraela po ataku terrorystycznym, nie wie, waha się – typowa reakcja na to pytanie. W końcu mówi, że Izraela nie powinno być tam, gdzie jest. To gdzie ma być? Nie wie. Gdyby cały ten bałagan myślowy był tylko w jego głowie, to pół biedy. Miliony ludzi w Polsce tak myślą.
Uważam, że polityka Izraela wobec Palestyńczyków od dziesięcioleci była błędem, a czasami była haniebna. Netanjahu jest paranoikiem, jak Trump, jak Orbán, jak prezes, ale liberalny premier też by zaatakował Gazę, nie miałby wyjścia, musiałby podjąć próbę zniszczenia Hamasu, powinien tylko szybko się wycofać, widząc, że nie da się zniszczyć Hamasu, nie burząc miasta.
Skala niechęci do Izraela w świecie musi mieć swoją podskórną falę, która tak wysoko niesie. To różne formy utajonego antysemityzmu; był uśpiony, czasami głębinowy, zawstydzony przez „nie wypada”, bo Holokaust, bo Hitler (chłop miał może wiele racji, ale przesadził). Problem w tym, że w internecie pleni się teraz nie „poczciwy i kulturalny” antysemityzm, ale nazistowski. Jakby te komentarze pisali pracownicy obozów zagłady. Oczywiście nie uważam za antysemityzm potępiania Izraela za cywilne ofiary w Gazie, chociaż niektórzy moi znajomi żydowskiego pochodzenia tak myślą. To też chore myślenie. Jak nie wszyscy Polacy ponoszą odpowiedzialność za PiS, nie wszyscy Węgrzy za Fidesz, tak nie wszyscy Żydzi odpowiadają za Netanjahu i tę faszystowską bandę, którą się otoczył. A takie myślenie jest powszechne.
Połowa Izraelczyków to liberałowie myślący identycznie jak nasi liberałowie. Są w rozpaczy i depresji z powodu sytuacji politycznej. Jeśli używa się tu pojęcia „odpowiedzialność zbiorowa”, można by powiedzieć, że wszyscy mieszkańcy Gazy są odpowiedzialni za Hamas
Pęknięcie
Dwa dni w Nysie i dwa spotkania, w szkole i w bibliotece – oba bardzo udane. Nysa dostatnia, słoneczna i ładna, ma stare, przytulne fragmenty. Miasto niestety było częściowo zburzone, a w puste miejsca jak wszędzie weszła nędzna architektura z lat 60. i 70., ale jakimś cudem połączyło się to nieźle z tym, co ocalało lub zostało odbudowane. Byłem w Nysie na festiwalu poetyckim ponad pół roku temu i już opisywałem to miasto. Do Nysy dojeżdża się szynobusem z Opola. Linię tę uruchomiono ponownie nie tak dawno, po drodze małe miejscowości i wsie, niewielkie dworce pozamykane i w ruinie. To wszystko czeka na generalny remont. Ale widzę ludzi, którzy z pojazdu szynowego korzystają – dużo ładnej młodzieży, wszyscy dobrze ubrani, żadnego śladu prowincji. To jest też ta wielka zmiana, choćby wyglądu ludzi – zniknęły rozdeptane przez pańszczyznę oblicza i widać dostatek.
Spotkanie z kilkoma klasami w liceum Carolinum, założonym w 1624 r. przez jezuitów, z bogatą tradycją naukową i humanistyczną. Szkoła, pierwotnie działająca jako gimnazjum jezuickie, stała się kluczowym ośrodkiem edukacyjnym w regionie, świętując w 2024 r. 400-lecie. Jej grube mury trzymają chłód. Niebywała sala szkolnej biblioteki, ogromna, ze schodami w dół, z półkami biegnącymi pod niezwykle wysoki sufit. Przepiękny obiekt. Ładniejszą salę biblioteczną widziałem już chyba tylko w Sztokholmie, w zamku królewskim. Oprowadzał mnie po niej osobisty bibliotekarz króla, polski emigrant Adam Heymowski, z którym byłem blisko, mieszkając w stolicy Szwecji.
Z kolei drugie spotkanie w bibliotece, w pięknym miejscu przy starym rynku, gdzie niedawno uruchomiono tańczące fontanny, a budynek jest też z XVII w. Sporo ludzi na sali.
Nazajutrz, mając trochę czasu do odjazdu pociągu, przeglądam w
Warszawa w Budapeszcie
Dwa dobre dni w Krakowie, jeden zimny, drugi bardziej łaskawy. Mieszkamy w Szarej Kamienicy przy Rynku, tuż obok Kościoła Mariackiego. Właścicielką kamienicy, gdzie znajduje się elegancka restauracja i ma siedzibę wiele firm, jest Krystyna A. Mieszka w Sztokholmie, ale część czasu spędza w Krakowie, doglądając swojej nieruchomości. Mówi, że to ogromnie stresujące zajęcie, ale myślę, że jeśli to dramat, to jednak luksusowy. Krystyna ma pokoje gościnne, więc nas ugościła. Nigdy nie myślałem, że będę mieszkał na krakowskim Rynku. Wernisaż w pięknym Pałacu Sztuki na Placu Szczepańskim. Trójka artystów, w tym Danusia Jaworska, też ze Sztokholmu, ma domek w pobliskiej Lanckoronie. Tytuł wystawy zaczerpnięty z mojego wiersza „Co po mnie zostanie”. Krótki wiersz, jak krótkie jest życie.
Wojtek Ornat stworzył niezwykłe wydawnictwo, specjalizuje się w tematyce żydowskiej, ale wydaje wiele innych książek, też czysto literackich. Opublikowałem u niego tomik poetycki „Epoka wymierania”. Austeria ma w dorobku ponad 300 tytułów oraz księgarnię na Sycylii, w Syrakuzach, a od niedawna w muzeum Polin. Wydawnictwo ma siedzibę w dawnej synagodze przy Szerokiej, ładny placyk na starym Kazimierzu. W liczącym klika wieków zabytkowym budynku, który jest własnością Ornata, mieszczą się oprócz wydawnictwa księgarnia i piękna restauracja. Naszedłem wydawcę bez uprzedzenia, czego teraz broń boże się nie robi. Nie miałem wyjścia. Ma przecież wydać eseje mojego ojca. Wojtek to cudowny człowiek, ale nie odbiera telefonów. Za to, jak widać, przyjmuje niezapowiedziane wizyty. Bardzo serdeczne spotkanie i obiad. Niewesołe jednak rozmowy o świecie, który zwariował. Księgarnia Wojtka w Syrakuzach ma kłopoty. Włosi są tradycyjnie lewicowi, a lewica na całym świecie potępia Izrael, co już przybiera formy antysemickie,
Płonący krzyż
Wertuję swoje dzienniki, cofnąłem się do lat 70. Kiepsko wtedy pisałem, myślałem też nienajlepiej. Czasami trafia się jakiś bursztyn, to go podnoszę. Minione życie zdaje się płaskie, bez zapachów i wszystko już wyjaśnione, czas unieważnia nawet to, co zdawało się bardzo ważne. Skupiam się teraz na latach 80. Jeśli zrobię książkę z tych dzienników, to będzie głównie ta dekada. Niezwykła. To nie tylko powstanie Solidarności, polityczny cud, unikatowy ruch w skali świata, potem stan wojenny, pacyfikacja kraju i postępujący rozkład ustroju, który doprowadzi do jego zawalenia się. Po czym rozsypie się całe imperium. Nieczęsto rozsypują się imperia. Co mnie dziwi po latach, nie docenialiśmy, że ta pacyfikacja jak na skalę operacji była mimo wszystko umiarkowana.
Równolegle siedzę w 20-leciu międzywojennym, tu z kolei nie w pełni wiedziałem, jak chora była ówczesna polska demokracja. Nie tylko Bereza i Brześć. Były zabójstwa polityczne, maltretowanie przeciwników politycznych, też artystów i dziennikarzy, zamach majowy. Getta ławkowe. I ten nacjonalistyczny smrodek, wzmocniony wonią koszar wojskowych, durny kult marszałka. I jak żałośnie pękła ta bańka we wrześniu 1939 r.
Idealizowałem na pewno Piłsudskiego, w czym później krzepił mnie Jerzy Giedroyc, zagorzały piłsudczyk. Zwykle nie ingerował w moje felietony, nawet kiedy pisałem o marszu toalet do Europy, a nie znosił toaletowego tematu, za to dwa razy prosił, bym złagodził słowa o marszałku. Trzeba jednak pamiętać też o tym, co działo się wtedy w Europie i jak tam wyglądała sytuacja polityczna, ile było przemocy. Teraz z kolei nie doceniamy, jak niezwykłym sukcesem była transformacja ustrojowa rozpoczęta w 1989 r. Tu konkurencją jest cud południowokoreański. Polska ma zaś obciążenia historyczne. Gdy w XVIII w. Europa błyskawicznie się modernizowała,
Aberracje i chaos
By nie pisać tylko o polityce… Dzik znowu wdarł się do naszego ogrodu i narozrabiał. To zapewne ten sam osobnik, który pamiętał, gdzie się tak smacznie pożywiał jeszcze niedawno. Przecisnął się wtedy jakimś cudem przez otwór w ogrodzeniu zostawiony dla techników, stoi tam gazomierz. Porozwalał śmieci z bio, roztrzaskał plastikową skrzynię, nażarł się i nie mógł na powrót wyjść. Była trzecia w nocy. Mało było widać. Myślałem najpierw, że to napad. Okrutnie hałasował, potem rozpaczliwie kwiczał, otworzyłem mu bramę, wtedy wybiegł. Wstawiłem nazajutrz osłonę do dziury, ale po dwóch dniach ją sforsował i znów rozwalił śmieci. Zabarykadowałem dziurę ciężką płytą. Ją też jakimś cudem wyszarpał, zostawił na niej ślady ryja i racic. Powstrzymała go dopiero metalowa krata. Chyba zaczynamy go lubić. Mamy bezdomną kotkę Matyldę, która u nas się pożywia, a czasami nawet nocuje, to teraz mamy też bezdomnego dzika, co się u nas stołuje. Nie tylko my, tej nocy stado dzików dostało się o północy do sąsiadów i zdemolowało im ogród,
Czym pachnie świat
Nawrocki pojechał do Budapesztu, do Orbána, który, daj panie boże, zaraz przegra wybory. Ratował twarz, wołając, że Putin to zbrodniarz. To dlaczego przytula się do przyjaciela Putina? Perwersja. Zaczepiony pytaniem przez polskiego dziennikarza ruszył na niego pochylony, jakby się brał do bicia: z byka go! Taka o nim prawda.
Musiało minąć kilkadziesiąt lat, zanim spoczciwiał nam gen. Jaruzelski. A przecież wywrócił milionom Polaków, mnie też, życie do góry nogami. Duda na tle Nawrockiego spoczciwiał już po kilku miesiącach. Owszem, pajac i kabotyn, ale czasami stawiał się Prawu i Sprawiedliwości i prezes go znielubił, co też trzeba Dudzie zaliczyć na plus.
Znamienne, że cała ta prawicowa formacja, więc złowroga trójca, radykalizuje się rok po roku, a nawet miesiąc po miesiącu. Wyjście z Unii już majaczy na horyzoncie. Ludzie o liberalnych poglądach też się radykalizują, ja na pewno, co zawsze zaciemnia widzenie. Nie ma już właściwie myślącego środka, a bezmyślny jest duży. To ludzie bez poglądów i bez właściwości. I to o nich toczy się teraz bój. Szarpanie zwłok. I nawet zdarzają się czasami zmartwychwstania.
Zawarte w Niemczech przez gejów Polaków małżeństwo uznane przez polski sąd. Nadal jednak takich małżeństw w Polsce nie można zawierać. I zaczyna się propagandowy galop. Prawica woła, że Unia nas gwałci na sodomicki sposób. Patrzcie, jaka zwierzęca ta Bruksela. Polska to ostoja moralności w Europie. Kaczyński i Czarnek plują jadem – „Tusk realizuje agendę niemiecką”,
Na ostrym zakręcie
Weto prezydenta jak czerwone sukno rzucone na rogi byka. Tysiące pełnych emocji komentarzy. Nie ma umiarkowanych, wszystkie pełne gniewu, nawet furii. Obie strony zarzucają sobie zdradę. I są tej zdrady przeciwników pewne. Nienawidzimy siebie już naprawdę serdecznie. Powody weta? Strach Nawrockiego przed prezesem. Wola Trumpa. Fobie wobec Unii. I nienawiść do Tuska i rządu, bo SAFE to wielki sukces premiera. Weto Nawrockiego nie zablokuje funduszy na polską armię, prezydent musiał to wiedzieć, a jak nie wiedział, to ktoś mu powiedział. Zatem to tylko gra polityczna, taniec na pobojowisku, jakim jest nasza scena polityczna. Jedno pewne – będziemy teraz jeszcze bardziej się nie znosić.
Zimna wojna domowa marzy o ogniu. Telewizja Republika rzyga chamskimi hasłami. Biorę oddech, zatykam nos i na kilkanaście sekund zanurzam się w szambie tej stacji. Paski krzyczą: „Szajka zdrajców i folksdojczów próbuje zadłużyć Polaków u Niemców na miliony euro”, „Prezydent zatrzyma przemarsz Niemców przez Polskę”. W jednym okienku mówi Sikorski (musieli to dać, bo transmitują obrady Sejmu), więc „na odtrutkę” w okienku obok maszerują oddziały Bundeswehry z pochodniami (Goebbels serdecznie się uśmiecha). Inne paski wołają: „Folksdojcz atakuje prezydenta Polski”, „Chrońmy prezydenta przed przemysłem pogardy”. Tak, to jest właśnie ta pokraczna gęba, która się kryje za maską PiS. Jeśli chcecie wiedzieć, czym naprawdę jest PiS, oglądajcie Republikę, ale ostrożnie, bo to jak wchodzić do zatrutego fekaliami strumienia.
Inna refleksja: bardzo jednak boli, że wydajemy i będziemy wydawać takie pieniądze na mnożenie narzędzi zabijania, zamiast przeznaczać je na zdrowie, na edukację, na piękne budowle. Cały ten kosmiczny sprzęt pewnie nigdy nie będzie użyty. Czy jest jednak inne wyjście? Nie ma – i to boli. I trudno nie mieć obaw, że cały nasz świat zmierza do samozagłady.
Przywódcy Iranu obiecują, że zamordują Netanjahu. Nawet nie wiedzą, jaką przysługę oddaliby Izraelowi i narodowi żydowskiemu. Ten człowiek bardziej zaszkodził Izraelowi niż wszyscy jego śmiertelni wrogowie. Stanowią z Trumpem niezwykły duet. Ale tu też jest paradoks,
Życie i śmierć to zawsze splot okoliczności
Depresja bez wsparcia jest chorobą śmiertelną. Ze wsparciem też nią często bywa
2 marca 2016 roku
Nie wiem, jak zacząć
żyję
Uratowano mnie w ostatniej chwili, ale czy jestem pewien, że to był dobry pomysł?
Pamiętam dłoń z pierwszą ratą pigułek, wahającą się od kilku godzin. Czułem się jak żołnierz, który boi się wyskoczyć z okopu w stronę ściany ognia.
I jaka ulga, gdy ruszyłem… Jeszcze w pośpiechu kilka słów pożegnania… potem łykam następną ratę. Straszne ilości pigułek… jak mogli mnie po takiej dawce odratować? To nie było wołanie o pomoc, to było wołanie o nieistnienie. Śpieszyłem się, chciałem zdążyć przed powrotem dzieci do domu.
Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem smutno uśmiechnięte twarze Daniela i Ewy. Wcześniej to wypłukiwanie ze mnie leków, coś z tego pamiętam… tyle walki, by uratować moje życie, którego już nie chciałem, za wszelką cenę nie chciałem. Jak można było pogardzić taką determinacją.
Jak w przedszkolu pamiętam moje wielkie rzyganie mlekiem na świat cały z powodu kożucha, tak teraz, już po głównym płukaniu, ten rzyg, który pamiętam w przebłysku świadomości, w stronę pielęgniarki – ucieka z piskiem, taki wiejski śmigus dyngus, a ktoś mówi, to już tylko woda, a ja mówię, a pewnie raczej tylko myślę: przepraszam.
Oddział psychiatryczny, gdzie teraz jestem, to wcale nie jest takie ciekawe miejsce, jak się niektórym wydaje, natomiast bardziej okropne, niż się przypuszcza.
Wstrząs dla organizmu był tak wielki, że na dzień minęła mi depresja, dzień wczorajszy. Dzisiaj czuję, jak wraca zachmurzenie i niepokój, powoli, ale nieubłaganie. Jak cudownie było wczoraj czuć się normalnie. Nawet w tym nienormalnym miejscu.
Odwiedziny Pawła, a przede wszystkim Magdy z modemem, tu nie ma internetu… dzięki niej piszę.
Ewa z rzeczami dla mnie, aż strach mi pytać o dzieci, nie myślę o nich, by mniej cierpieć.
Szalona przed chwilą weszła do mojego pokoju i ubrała się w moje rzeczy. Wcześniej łaziła naga po korytarzu, wylewająca się ze swoich brzegów i zawodząca. Tak, dostałem osobny pokój, ruderę, jak nędzną więzienną celę, ale tu to i tak luksus. Jakim luksusem był pawilon więzienny w Białołęce, gdzie mnie osadzili, wobec tego oddziału. Teraz nieszczęsna zawodzi na cały oddział, a facet z wielką siwą brodą, w piżamie, snuje się, co chwila popierdując radośnie, kładzie się na podłodze i wygłasza kazania.
W pokoju nie mogę pisać,
Fragment książki Tomasza Jastruna Rok szczura, Czytelnik, Warszawa 2026
Ciemniak
Czytam, a właściwie słucham książki Wojciecha Lady o Berezie. Wstrząsająca. Przypominam, bo młodzi mogą nie wiedzieć: Bereza Kartuska to polski obóz odosobnienia, a prawdę mówiąc obóz koncentracyjny. Powstał w 1934 r., gdy pogłębiały się chaos polityczny i walki partyjne. Pomysłodawcą był premier Leon Kozłowski (kolaborował potem z hitlerowcami, AK wydała na niego wyrok śmierci), a kształt obozowi nadał słynny sadysta, zwany „Wieszatielem”, Wacław Kostek-Biernacki. Obóz przeznaczono dla przeciwników sanacji, a też dla tych, którzy uchodzili za niebezpiecznych dla państwa. Załapywali się więc jednako oenerowcy, jak i komuniści. Sąd nie był potrzebny, wsadzano wedle uznania.
Wiedziałem o Berezie, że była haniebna, ale wiedziałem niewiele. Nie przyszło mi do głowy, że ten istniejący do września 1939 r. obóz był aż tak podobny do hitlerowskich. Więziono tam setki, potem tysiące ludzi. Zamordowano niewielu więźniów, bo katowano umiejętnie, ale były samobójstwa i popadanie w obłęd. Ciągłe bicie pałkami, upokarzanie najrozmaitszymi torturami, najstraszniejszą był braku snu. Jak wiadomo,








