Wpisy od Tomasz Jastrun
Smog
Wracając ze Szwajcarii, dwukrotnie nocujemy po drodze, dzięki czemu zwiedzamy kilka niemieckich miejscowości, w tym Tybingę i Görlitz, chyba najpiękniejsze niemieckie miasto, o którym mało się pisze w przewodnikach, a to tylko półtorej godziny jazdy samochodem z Wrocławia. Miasto puste – nie ma wielu turystów, mieszkańców też coraz mniej i na ogół starsi – wymiera jak całe dawne NRD. Nakręcono tu dziesiątki filmów, bo już stoi gotowa autentyczna scenografia.
W Polsce ulga spożywcza, bo niemal zawsze otwarte są jakieś sklepy, a w Niemczech i w Szwajcarii zamykają się idiotycznie wcześnie. Tam irytujące toalety na postojach i na stacjach benzynowych, bo płatne, gdy u nas darmowe i bywa, że czystsze. Przez tyle lat ku utrapieniu Jerzego Giedroycia, który nie lubił toaletowych tematów, śledziłem w „Kulturze” paryskiej, jak polskie toalety maszerowały do Europy. I doszły. Nasze autostrady nie zostały skazane na remonty, bo są nowe, przez Niemcy – jak poprzednio wspominałem – jeździ się beznadziejnie, ale kultura jazdy jest wyższa. U nas mamy wielu neurotycznych, chamskich kierowców, którzy zachowują się tak, jakby chcieli ciebie lub siebie zabić. Głośne procesy morderców drogowych nic nie pomagają. Wyższe kary za przekraczanie prędkości też niewiele dają. Granice – jakby ich nie było. Nie ma wojowników Bąkiewicza. Wiem, że już tym zanudzam, ale zawsze świeża radość, bo widać, że Polska doskoczyła do zachodniej Europy
Katastrofa w PiS to może być najlepsza polityczna wiadomość polskiego roku 2026. Morawiecki wykazał się mocniejszym charakterem i większymi ambicjami, niż go o to podejrzewałem. Ale nie widać rozłamu programowego, może tylko ta różnica, że Morawiecki, kiedy nie kłamie, co mu się rzadko zdarza, nie chce polexitu. A PiS się waha. Trudno nie doceniać tej różnicy. Coraz bardziej bezradny wszechmocny prezes. Może tylko knuć i knuje, zmienia nagle rozstanie z rozłamowcami w ciągnący się zapewne miesiącami prawicowy
Nie tylko szwajcarskie krajobrazy
Muszę wrócić do luksusowego Wróblewa. Powinienem przewidzieć, że luksus tego miejsca może pobudzić zazdrość niektórych czytelników i oburzenie, że mnie na to było stać. Wyjaśniam, że taki był kaprys właściciela, by mnie było na to stać. Zdarza się. Na Szwajcarię też nie byłoby mnie stać, gdybyśmy nie zamieszkali w domu naszej przyjaciółki. Pragnę tym wyjaśnieniem pocieszyć niektórych czytelników moich felietonów. Jedziemy na tym samym wózku, nawet eleganckim, ale ciągniętym przez zabiedzoną szkapę.
Anna Siewierska, politolożka, którą poznałem w Wejherowie, fajna osoba, pisze o PiS: „Manichejski obraz świata – dobro i zło, cywilizacja chrześcijańska i barbarzyńcy »poza kulturą«, polityka godności i »obrzydliwcy«. Ruszyła kampania wyborcza, w której PiS już nawet nie udaje, że ma politycznych przeciwników – ma wrogów, których trzeba pokonać i zniszczyć. Podstawowa emocja to, jak zwykle, strach. Ale jest też coś nowego – wstręt – Tusk i jego ludzie mają wzbudzać obrzydzenie, mają się kojarzyć ze zwyrodnialcem z Kłodzka, z psychopatycznym szefem prosektorium w Warszawie, ze zbezczeszczonymi zwłokami starca ze Szpitala Południowego i upokorzoną staruszką czekającą wiele godzin na operację wyrostka. Czyjś ojciec i czyjaś matka. Te emocje będą
Wróblowe wzgórza
Nie chcę o polityce, mam dosyć! Napiszę więc o Wróblewie, projekcie Sparrow Hills Estate of Happiness, warto tam zajrzeć choćby w internecie. Wróblewo, wieś w powiecie poznańskim, pałac z połowy XIX w. Jesteśmy już blisko, ale ta wieś niedaleko Poznania wydaje nam się jednak podejrzana. Co gorsza, mieszkaniec mówi, że tu żadnego pałacu nie ma. Tak to jest, jak się ufa ślepo nawigacji.
Właściwe Wróblewo jest po drugiej stronie Poznania. Jedziemy najpierw opłotkami, wybaczając nawigacji, nie mamy zresztą wyjścia. Już nie potrafimy czytać papierowych map i nawet ich nie mamy. Małe, smutne wsie, szpetne miasteczka. Nie ma biedy, jest dostatek, ale i dojmująca brzydota architektury odziedziczonej po PRL. Nieutalentowane dziecko ładniej by kreśliło fasady domów. A przecież kreślili je na deskach kreślarskich architekci i nawet im za to płacono. Znowu na autostradę – i wraca Europa. I duma ze skoku cywilizacyjnego, jaki zrobiliśmy. A ta szpetna Polska głosuje zwykle na skrajną prawicę, im głupiej i brzydziej, tym bardziej prawicowo…
Pałac z 1864 r. – niedawno w ruinie, teraz perła architektury. Zachwycające wnętrza. Na ścianach dobre malarstwo, jest obraz znakomitej Małgorzaty Mirgi-Tas. Apartamenty dla gości ogromne, każdy urządzony w innym stylu, też z obrazami. Dostajemy z żoną osobne obszerne komnaty, to tu obowiązkowe. Wypieszczony park, duży basen. Pałac stoi na wzgórzu, w neorenesansowych oknach krajobrazy jak w Toskanii. Raj na ziemi dla kogoś, kto ceni piękno i luksus. Posiłki przyrządza kucharz geniusz. Opowiada o nich po angielsku
Fale upałów i głupoty
Aby zacząć pogodnie, bo grozi nam wielka polityczna niepogoda i trzeba się pocieszać uśmiechem… Od kilku lat prowadzę w miesięczniku „Zwierciadło”, na ostatniej stronie pisma, kolumnę „Okno z wierszem” – tak ją nazwałem. Wstawiam tam wiersz poety, a wcześniej piszę o nim krótki eseik. To niezwykłe, że pismo o tak dużym zasięgu zaproponowało mi poetycki felieton, poezja jest wszędzie w odwrocie. A ona jest u źródeł naszej wrażliwości. Czasami tylko mam zawracanie głowy, bo istnieje coś takiego jak prawa autorskie, wygasają po 70 latach od śmierci autora. Tuwim szczęśliwie mi się załapał, a Staff jeszcze nie, bo zmarł w 1957 r. W przypadku zmarłych nie tak dawno, jak wiatru w polu szukaj spadkobierców poety, by dali zgodę na druk. Zwykle jakoś sobie radzę, czasami to przygoda. Ba, znalazłem w małej greckiej wsi wnuczkę Władysława Broniewskiego. Teraz wstawiam w swoje okno wiersz Siergieja Jesienina, w znakomitym przekładzie Broniewskiego, Ewa daje mi zgodę.
Jest w Warszawie niezwykła biblioteka w Domu Literatury, w Kamienicy Johna na Starym Mieście. Tam zapach lat 50. i niezmieniony wystrój wnętrz. Na wysokości okien stoi król Zygmunt na kolumnie, w tle wieża Zamku Królewskiego. Zawsze pusto, z biblioteki korzystają tylko pisarze. Dzwonię, by sprawdzić, czy jest biografia Jesienina, skoro wybrałem jego wiersz. Jest! Jak ja lubię tę bibliotekę. Bibliotekarka idzie tylko sprawdzić, czy nie daj Boże ktoś nie pożyczył, chociaż to raczej niemożliwe. Wraca speszona. Ktoś pożyczył tę książkę. Pytam kto. Mówi: „Tomasz Jastrun”. Aż zakołysałem się ze zdziwienia. Patrzę na swoje łóżko, gdzie obok poduszki książki, które czytam. Jest! Byłem w bibliotece nie tak dawno i pożyczałem kilka książek, a że tę też – zapomniałem. Znajoma psycholog pyta mnie: „Jak się z tym czujesz?”. Psycholodzy lubią takie pytania. Odpowiadam, że mam się świetnie, bo alzheimera mam od dziecka. I to prawda.
Mam w swojej roztargnionej biografii większe akty niepamięci. Kiedyś, by się pocieszyć, pytałem znanych ludzi o ich największe akty roztargnienia. I spisywałem je. Każdy ma ich bez liku, tworzą niezwykle zabawne anegdoty. Choćby Władysław Bartoszewski – opowiedział mi, jak wyszedł z domu bez spodni. Może kiedyś podzielę się tymi relacjami.
Daleko jestem od spiskowego myślenia, prowadzi ono nawet do mordów
Rozszarpywanie krzyża
Robert Bąkiewicz i jego szturmowy oddział pojechali do Berlina dźwigać duży, drewniany krzyż. Zamierzali go postawić na pohybel szwabom obok miejsca upamiętniającego męczeństwo Polski. Bąkiewicz nam dojrzewa i rośnie w oczach. Uderza w tym człowieku niezwykła harmonia, jego uroda i duchowość tworzą godną podziwu jedność. To dziecko PiS, ich wychowanek i ulubieniec. Czasami tylko z lekka od niego się dystansują, porządny chłopak, ale bywa, że przesadza. Generalnie to jednak nasz człowiek. Tak, to jest wasza prawdziwa twarz, niekiedy ukrywana pod maską. Prezesowi zresztą coraz częściej ta maska spada, stał się nerwowy, też dlatego, że traci kontrolę nad partią.
Niemiecka policja zarekwirowała niesiony krzyż, była wielka szarpanina, wyrywano go sobie, szarpano jak kawał sukna, w końcu skuto kajdankami naszych wysłanników Chrystusa. Skuwani wołali: „Gestapo, gestapo!”. Niemcy nas biją! Wzruszyłem się. A prezes woła w związku z tym wielkim głosem: „Jedynego, czego możemy się spodziewać ze strony Niemiec, które ani nie przepracowały swojej nazistowskiej i imperialistycznej przeszłości, ani swojego stosunku do Polaków, to noża w plecy”.
Polska jest w strasznej sytuacji, zupełnie jak w 1939 r. Niemcy nam nóż w plecy, a Ukraińcy nóż w brzuch. A tak naprawdę to groźni jesteśmy sami dla siebie, co ma długą tradycję. I aktualne jest, co pisał Jan Pasek w „Pamiętnikach” z roku Pańskiego 1664. Uprzykrzyła się nam wojna z nieprzyjacielem, zachciało się nam spróbować samym ze sobą.
Afera szpitalna i jazgot prawicy,
Zamroczenie i wyjaśnienie
Tomasz Jastrun odpowiada na sprostowanie dyrektora PIW dr. Łukasza Michalskiego
Czytałem ze szczerym zainteresowaniem sprostowanie szefa PIW Łukasza Michalskiego przysłane do naszego tygodnika. Sprostowanie, a tak naprawdę wyjaśnienie. Nareszcie wiem, dlaczego szef wydawnictwa nagle zablokował druk moich wierszy. A byłem udręczony niewiedzą. Zostałem więc tym wyjaśnieniem ubogacony. I mamy oto dowód, że Michalski czasami wychyla głowę ze swojej prawicowej bańki. Pozwolę sobie skorzystać z okazji i też wyjaśnić jego wyjaśnienie.
Cytuję Michalskiego: „Felieton Tomasza Jastruna »Czy zostaje tylko przemoc?« (…) zawiera nieprawdziwą informację, że decyzja o niewydaniu przez Państwowy Instytut Wydawniczy jego tomu poetyckiego była spowodowana poglądami politycznymi autora. Tymczasem powodem decyzji były słowa Jastruna (…) nawołujące do przemocy wobec osób o odmiennym światopoglądzie, a więc sprzeczne z misją państwowej instytucji kultury” (pełny tekst sprostowania w nr. 25/2026).
Najpierw przypomnijmy moje skandaliczne słowa z kawałkiem mięsa, który został z nich wyrwany. Wyjaśniam, miałem spotkania autorskie w Nysie, najpierw demoralizowałem polską młodzież w szkołach, a potem dorosłych w bibliotece obok fontanny na rynku, ta biblioteka stała się przyczyną mojego „nieszczęścia”. Cytuję: „Nazajutrz, mając trochę czasu do odjazdu pociągu, przeglądam w czytelni biblioteki pisma. »Gazeta Polska« robi wrażenie pisma obłąkanego z nienawiści do Tuska, do ludzi liberalnie myślących. Z autorami
Inne racje
Antyimigranckie zamieszki w Belfaście przejęły mnie trwogą, palono samochody, z domów wywlekano ludzi o innym kolorze skóry. Powód: ciemnoskóry próbował zamordować białego na ulicy, co nagrano, a film powielono setki tysięcy razy i potoczyła się lawina. Nie mam wątpliwości, że zachodnia Europa przesadziła w gościnności wobec ludzi z odległych kultur. Gościnność – złe słowo, to był też interes, potrzebne są ręce do pracy. Jak widać, konieczny tu był jednak jakiś balans i myślenie o konsekwencjach, gdy wlewa się do narodowego zbiornika fala ludzi z innych kultur. Nasi nacjonaliści zachwyceni tym Belfastem, wołają: proszę, co będzie, jak Tusk wpuści do Polski obcych! Tusk nie zamierza, ale co szkodzi kłamać, wybory za rok. Inna sprawa, że teraz jako wrogów mamy Ukraińców. Do tej pory było zadowolenie, że to nie kolorowi, tylko sąsiedzi nawiedzili tak licznie Polskę. I ciężko u nas dla nas pracują. Teraz rozniecane są wątpliwości. Budowanie niechęci do Ukraińców przez prawicę, szczucie na nich ma być paliwem wyborczym. Gra na najniższych instynktach. A Ukraińcy giną na wojnie, której nie przegrywają, co jest niezwykłe. Musimy stać murem za Ukrainą, to jest nasza racja stanu. Prezes i Konfederacja mają inne racje.
W poprzednim felietonie pisałem o „zabytkowym” wielkim sumie, którego złowił podły Ukrainiec w gocławskim jeziorku i go zamordował, za co wydalono go z Polski (czy nie za łatwo, na pokaz rządzący wydalają?). Było powszechne oburzenie, a tu okazuje się, że sum przeżył. I już sobie pływa na powrót w jeziorku. Przeżyły też, i mają się coraz lepiej, nastroje antyukraińskie. Czasami sobie myślę, że nieszczęściem naszej cywilizacji jest to, że idioci zaczęli myśleć i te swoje przemyślenia upubliczniać z równą mocą, jak czynią to ludzie, którzy
Nieznośna lekkość uogólniania
Przepisuję swoje dzienniki, pod datą 31 stycznia 1978 r. zanotowałem: „Dzisiaj Daniel ukończył trzy lata. Przyszły znajome dzieci. Daniel dzielnie zdmuchnął trzy świeczki wetknięte w tort. Kilka dni temu oddałem korektę tomiku wierszy »Bez usprawiedliwienia«. Dzisiaj byłem w PiW-ie w sprawie cenzury. Jak na razie usunięto jeden wiersz »Dłużnicy«, zaczynający się od słów: »O tylu rzeczach zabroniono pisać«”. A teraz proszę, PIW kierowany przez Łukasza Michalskiego stosuje bardziej drastyczne formy cenzury.
Cała ta bardzo niefortunna, bardzo nieszczęśliwa decyzja Zełenskiego, by pozwolić nazwać jednostkę ukraińską imieniem UPA, nie była jego inicjatywą, tylko żołnierzy. Ale to on zrobił głupstwo, że na to pozwolił. W ukraińskim parlamencie nie ma jednak chyba partii nacjonalistycznej, prezydent ma żydowskie pochodzenie, więc u nas nie mógłby piastować tej funkcji, a u nich może. Ukraińcy mają inną pamięć historyczną niż my, czego my nie rozumiemy, oni też tego nie rozumieją. Pamięć mają krótszą, nie mniej dramatyczną, teraz niesioną na fali wojennych emocji. 3 mln Ukraińców Stalin zagłodził na śmierć. Miliony zginęły na frontach. Dla nich Bandera to ten,
Czyste zło
Dziki dokazują. Franek jechał na rowerze wąską ścieżką wśród krzewów – przypominam, że to nadal Warszawa. Nagle wyskoczył mu pod koła warchlak. Franek w ostatniej chwili zahamował. Przestraszony maluch zapiszczał, wtedy pojawiła się zaniepokojona matka. Mój synek zawsze drwił sobie z dzików, które stały się częścią naszego życia. Codziennie ćwiczy na siłowni, więc ma teraz okres poczucia wszechmocy – co to dla niego dzik. Na szczęście dał drapaka. To już przestaje być zabawne.
Po raz pierwszy od lat w sądzie. Jestem oskarżony o to, że napisałem na blogu, że moja była agentka Krystyna L. jest hochsztaplerką i mitomanką. Czekaliśmy na rozprawę dwa lata. Propozycja pojednania? Nie. Pojednać mogę się tylko z prawdą. A odsyłam do tekstu „Rola życia. Jak znani aktorzy wpadli w sidła agentki” Mateusza Baczyńskiego, dziennikarza śledczego, pracuje obecnie w Onecie. Sąd nawet mi się spodobał, bez grozy wielkiego urzędu. Wyznaczono kolejną rozprawę, dopiero ona daje możliwość powołania świadków. Moimi będą nabici w butelkę, też aktorzy żądający zwrotu pieniędzy, które nieostrożnie pożyczyli L., a to spore sumy.
Jeśli prawica dojdzie do władzy, a nie dojdzie bez Brauna, to prezes będzie miał podobną sytuację, jaką ma paranoik Netanjahu, trzymając w rządzie jeszcze większego paranoika Ben-Gwira. Podobnie potłuczony jak Braun, po prostu faszysta. Jego partyjka ma zaledwie kilku posłów w Knesecie, ale Netanjahu, który tylko
Zmyślona prawda
Znowu dziki w naszym Międzylesiu, to już codzienny problem, jest nawet aplikacja, która pozwala śledzić, jak się przemieszczają całymi hordami po okolicy. Wdzierają się na posesje, rozwalają śmieci i demolują ogródki. Potrafią bez trudu przewracać ciężkie, betonowe kosze na śmieci. Staramy się zawsze zamykać bramę. Ale skorzystały z chwili naszej nieuwagi, gdy była uchylona. Żona mnie woła do okna dramatycznym głosem. Obok drzwi wejściowych kręcą się dwie duże lochy i kilkanaście warchlaków, jeden leży w świeżo posianej młodej trawie, inne ją ryją. Pierwsza myśl, że zdechł, ale on tylko sobie drzemał. Dewastują mały kawałek ogrodu od bramy. Szybko wskakuję do samochodu, straszę, trąbię, podjeżdżam, jakbym chciał je przejechać, nie robi to na nich wrażenia. W końcu sznureczkiem ewakuują się z naszej posesji.
Chcę zamknąć bramę, gdy widzę, że w ogrodzie od strony tarasu wyłania się jak w złym śnie trzeci osobnik i spora grupka małych. Szykują się do pożarcia kwiatów. Pędzę do domu, wybiegam na taras i próbuję je płoszyć krzykiem i groźną postawą. Cebulki kwiatowe już kiedyś nam wyżarły, poniszczyły kwiaty, trawnik zryły i skopały. Zbliżam się do stadka, kieruje mną instynkt człowieka pierwotnego, którego jaskinia jest zagrożona. A przecież wiem, że lochy z młodymi bywają niebezpieczne. Ta zdaje się zastanawiać, co robić, łypie na mnie owłosionym okiem, nie jest to oko intelektualisty, ale jest w nim przebiegłość. Zastanawia się, w końcu odwraca, by godnie zmierzać ku bramie, za nią sznureczkiem małe. Jeden jednak został przy rozwalonych śmieciach i delektował się opakowaniem po lodach. To już druga taka scena z lodami w ostatnim czasie. Dziki, jak widzę, uwielbiają lody, szczególnie kanapkowe. Ciskam w małego szyszką i trafiam w tłusty zadeczek, co napawa mnie dumą myśliwego, który trafił w cel. Warchlak bierze nogi za pas. I mogę zamknąć bramę.
Członkowie jury reprezentującego Polskę na Eurowizji 2026 przyznali izraelskiej piosence i jej wykonawcy maksymalną liczbę punktów. Izrael o mało co nie wygrał konkursu, nędznego jak zwykle. Nasi jurorzy stali się celem niezliczonych brutalnych ataków. Musieli wiedzieć








