Wpisy od Tomasz Skowronek
Czy bezpłatna plaża stanie się wkrótce luksusem?
Kilkaset osób w milczeniu wspina się stromą drogą prowadzącą przez wzgórza Parku Narodowego Arrábida. Nie niosą transparentów z hasłami wymierzonych w rząd czy deweloperów. Nie protestują przeciwko budowie autostrady, kopalni czy elektrowni. Mijają sosny, wapienne skały i zatoki, które od pokoleń są częścią krajobrazu południowej Portugalii. Wiedzą, że jeśli przegrają, miejsce to już nigdy nie będzie takie samo.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak lokalny spór o fragment ziemi. W rzeczywistości jest symbolem konfliktu, który rozlewa się po całej Europie. Coraz częściej mieszkańcy wychodzą na ulice nie po to, by walczyć o wyższe płace czy niższe podatki, lecz o prawo do korzystania z przestrzeni, która przez dziesięciolecia wydawała się wspólna.
Stawką jest plaża. Ta sama, na której uczyli się pływać jako dzieci, na którą przychodzili z rodzicami i spędzali letnie popołudnia. Dziś obawiają się, że to miejsce wkrótce stanie się częścią luksusowej inwestycji, a dostęp do niego przestanie być oczywisty.
To nie jest wyłącznie portugalska historia. Podobne protesty wybuchają od Atlantyku po Morze Egejskie. W Grecji mieszkańcy walczą z ekspansją prywatnych leżaków, w Turcji protestują przeciw komercjalizacji wybrzeża, w Hiszpanii sprzeciwiają się zabudowie linii brzegowej, a we Włoszech od lat trwa spór o to, czy plaże są jeszcze dobrem wspólnym, czy jedynie dochodowym biznesem.
Coraz częściej przedmiotem konfliktu nie jest samo morze. Chodzi o prawo, by w ogóle móc do niego dojść.
Ręce precz od Arrábidy!
Setki mieszkańców aglomeracji Setúbal protestowały 19 lipca przeciwko temu, co określają jako próbę prywatyzacji fragmentu wybrzeża Parku Narodowego Arrábida. Demonstracja odbyła się zaledwie kilka tygodni po tym, jak Portugalska Agencja Ochrony Środowiska (APA) przed sezonem letnim zapewniała, że „w Portugalii nie ma czegoś takiego jak prywatna plaża”. Jednak zdaniem protestujących rzeczywistość wygląda inaczej.
Marsz zorganizowany przez ruch obywatelski Deslarrrguem a Arrábida! (Ręce precz od Arrábidy!) zgromadził mieszkańców, ekologów oraz polityków różnych ugrupowań. Ich sprzeciw to odpowiedź na działania spółki Palácio da Comenda – właścicieli posiadłości Herdade da Comenda, która domaga się uznania, że tereny graniczące z ujściem rzeki Sado – wraz z plażami Rasca, Comenda, Rainha, Maria Esguelha i Albarquel – powinny zostać uznane za własność prywatną, a nie część publicznej domeny morskiej.
Spór nie dotyczy wyłącznie plaż. Mieszkańcy protestują przeciw stawianiu ogrodzeń, zamykaniu tradycyjnych dróg prowadzących nad morze oraz próbom przejęcia drogi miejskiej nr 1056. „Protestujemy przeciw zamknięciu dostępu publicznego, budowie ogrodzeń i zamiarowi właścicieli Herdade da Comenda,
Miliard euro w kokainie
Nowy szlak narkotykowy do Europy prowadzi przez Afrykę Zachodnią
1 maja 2026 r. fale na Atlantyku były wyjątkowo wysokie, wiatr utrudniał manewry. Ośmiu funkcjonariuszy hiszpańskiej Gwardii Cywilnej, w czarnych mundurach i kamizelkach kuloodpornych, przesiadło się z oceanicznego patrolowca Duque de Ahumada do niewielkiej motorówki. Przez godzinę przebijali się przez wzburzony ocean, by w końcu zrównać się z ogromnym statkiem towarowym Arconian, dryfującym w pobliżu Ad-Dachli, u wybrzeży Sahary Zachodniej, kilkaset kilometrów na południe od Wysp Kanaryjskich.
Według informacji wywiadowczych jednostka przewoziła gigantyczny ładunek kokainy. Gdy funkcjonariusze weszli na pokład, zatrzymali 23 członków załogi. Kapitan statku, 69-letni Rodolfo S.G., miał od początku współpracować ze śledczymi. „Wiedział, co przewozi”, jak relacjonowały hiszpańskie media. Na pokładzie znajdowali się także uzbrojeni Holendrzy powiązani prawdopodobnie z Mocro Mafią, brutalną siatką gangów działających w Holandii i Belgii. Mieli zabezpieczać transport. Przy zatrzymanych znaleziono karabiny szturmowe i pistolety. Hiszpańskie służby pisały później o jednej z największych konfiskat narkotyków w historii kraju: przechwycono ok. 30 ton kokainy i 42 tys. litrów paliwa przeznaczonego dla szybkich łodzi odbierających towar na Morzu Śródziemnym.
Ta operacja była jednak czymś więcej niż kolejnym sukcesem policji. Pokazała, jak bardzo zmieniła się geografia światowego handlu narkotykami.
Hiszpania – pierwsza linia narkobiznesu
Europa nigdy wcześniej nie konsumowała tyle kokainy. A Hiszpania od lat pozostaje jedną z głównych bram, którymi narkotyki trafiają na kontynent. Sprzyjają temu tysiące kilometrów trudnego do kontrolowania wybrzeża, rozbudowane porty oraz historyczne związki z Ameryką Łacińską. Jeszcze kilkanaście lat temu przemyt szedł głównie przez Galicię, region rozsławiony później przez książkę „Fariña”, którą napisał dziennikarz Nacho Carretero, i serial pod tym samym tytułem. Dziś jednak szlaki coraz wyraźniej przesuwają się na południe: ku Andaluzji, Cieśninie Gibraltarskiej i Wyspom Kanaryjskim.
W ostatnich miesiącach Hiszpania stała się areną kolejnych spektakularnych operacji. W Ceucie policja rozbiła siatkę przemytników i przejęła ok. 17 ton haszyszu. Narkotyki przemycano przez tunel. W akcji uczestniczyło ponad 250 funkcjonariuszy. Z kolei u wybrzeży Andaluzji dwóch hiszpańskich policjantów zginęło podczas pościgu za przemytnikami narkotyków używającymi szybkich łodzi motorowych.
Hiszpański Departament Bezpieczeństwa Narodowego alarmuje, że skala przemytu w rejonie Cieśniny Gibraltarskiej stale rośnie. Według rządowych raportów z 2026 r. na wodach między Andaluzją a Afryką Północną może pływać nawet 600 szybkich łodzi wykorzystywanych przez siatki przemytnicze do transportu narkotyków i paliwa. Dla Hiszpanów staje się jasne, że kraj znajduje się dziś na pierwszej linii europejskiej wojny z narkobiznesem.
Afrykański przystanek
Coraz więcej transportów kokainy płynie jednak nie bezpośrednio z Ameryki Południowej, lecz przez Afrykę Zachodnią, idealny punkt tranzytowy między producentami z Kolumbii, Peru czy Boliwii a odbiorcami europejskimi. Według organizacji GI-TOC (Global Initiative Against Transnational Organised Crime) już co najmniej 30% kokainy przechodzi przez Afrykę Zachodnią.
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Z Ameryki Południowej kokaina trafia do portów i archipelagów Afryki Zachodniej, gdzie bywa magazynowana, przepakowywana i dzielona na mniejsze partie, co pozwala kartelom ograniczać ryzyko utraty całego transportu podczas jednej konfiskaty. Następnie narkotyki wracają na Atlantyk, ukrywane w kontenerach, przewożone statkami rybackimi albo przeładowywane na szybkie łodzie kierujące się do Hiszpanii, Portugalii czy Belgii. GI-TOC podkreśla też, że region przestaje być jedynie korytarzem tranzytowym – coraz więcej narkotyków zostaje na lokalnych rynkach, m.in. w postaci cracku.
Dane zebrane przez GI-TOC pokazują, że od 2019 r. liczba konfiskat systematycznie rośnie. Autorzy raportu zwracają uwagę, że sukces działania przemytników opiera się nie tylko na geografii, ale również na korupcji i słabości instytucji państwowych. „W niektórych krajach są to
Skrajna prawica wojuje z reprezentacją
Futbol stał się jednym z pól walki o to, czym jest francuska tożsamość
Kiedy Kylian Mbappé krytykuje Marine Le Pen, we Francji wybucha polityczna burza. Nie dlatego, że kapitan reprezentacji po raz pierwszy zabiera głos. Od ponad czterech dekad francuska skrajna prawica pozostaje w konflikcie z drużyną narodową, którą postrzega jako symbol wielokulturowej Francji. Począwszy od ataków Jeana-Marie Le Pena na pokolenie Zinédine’a Zidane’a, a na starciach wywołanych przez Mbappégo skończywszy – futbol stał się jednym z głównych pól walki o to, czym właściwie jest francuska tożsamość.
Mbappé w politycznej grze
W maju br. w wywiadzie udzielonym „Vanity Fair” Kylian Mbappé przyznał, że z niepokojem patrzy na możliwość zwycięstwa Zjednoczenia Narodowego (RN) w wyborach prezydenckich w 2027 r. „Wiem, co oznaczałoby przejęcie władzy przez takich ludzi i jakie mogłoby mieć konsekwencje dla mojego kraju”, mówił. Kapitan francuskiej reprezentacji podkreślił jednocześnie, że piłkarze mają takie samo prawo do zabierania głosu w sprawach publicznych jak wszyscy inni obywatele. Reakcja liderów RN była natychmiastowa. Jordan Bardella zakpił z decyzji Mbappégo o odejściu z Paris Saint-Germain do Realu Madryt tuż przed wygraniem przez paryski klub po raz pierwszy Ligi Mistrzów. W podobnym tonie wypowiedziała się Marine Le Pen.
Sam spór nie był jednak niczym nowym. Mbappé już podczas kampanii przed przyśpieszonymi wyborami parlamentarnymi w 2024 r. ostrzegał przed sukcesem skrajnej prawicy. Mówił wówczas, że nie chce żyć w kraju rządzonym przez polityków, których poglądy stoją w sprzeczności z jego wartościami. Jeszcze ostrzej wypowiedział się jego kolega z reprezentacji Marcus Thuram. Syn mistrza świata Liliana Thurama stwierdził, że przeciwstawienie się zwycięstwu RN jest obywatelskim obowiązkiem. Obaj piłkarze natychmiast znaleźli się w centrum medialnej i politycznej burzy.
Ale nie chodziło wyłącznie o ich poglądy. Dla części francuskiej prawicy Mbappé stał się symbolem współczesnej Francji: wieloetnicznej, wielokulturowej i dumnej ze swojej różnorodności. A właśnie taki obraz kraju od dziesięcioleci budzi sprzeciw skrajnej prawicy.
Napięte relacje między nią a narodową jedenastką nie zaczęły się wraz z Mbappém. Ich źródeł szukać należy w latach 80. i 90. XX w., kiedy Jean-Marie Le Pen uczynił kwestie imigracji i francuskiej tożsamości centralnym elementem swojej polityki. Założyciel Frontu Narodowego wielokrotnie krytykował skład reprezentacji, twierdząc, że nie odzwierciedla ona „prawdziwej Francji”. W 1996 r. narzekał na obecność w niej zawodników pochodzenia afrykańskiego i arabskiego, sugerując, że drużyna została skonstruowana sztucznie.
Ale francuski futbol od dawna był odbiciem historii migracyjnej kraju. Raymond Kopa (wł. Rajmund Kopaszewski),
Miasto wina i futbolu
To piłka nożna sprawiła, że Porto kojarzy się dzisiaj nie tylko z wyśmienitym trunkiem
Korespondencja z Portugalii
Miłośnikom wina Porto oferuje jeden z najbardziej charakterystycznych widoków w Europie. Kiedy staniemy na nabrzeżu szerokiej rzeki Duero, z żelazną konstrukcją mostu Dom Luís I po lewej stronie, na drugim brzegu zobaczymy rzędy magazynów z nazwami, które od dekad definiują lokalną tożsamość: Cruz, Cálem, Sandeman, Kopke, Taylor’s, Graham’s.
Po drugiej stronie rzeki leży też Vila Nova de Gaia – formalnie oddzielna miejscowość, w praktyce część tego samego organizmu wchodzącego w skład zespołu miast Grande Porto. Właśnie tam powstały słynne lodges – magazyny wina porto. Ich lokalizacja początkowo miała bardzo praktyczny wymiar – chłodniejszy i stabilniejszy niż w dolinie Duero klimat miasta chronił wino przed przegrzaniem. Dziś nie jest to już konieczne, ale infrastruktura przetrwała. I zmieniła funkcję. Wraz z turystycznym bumem dawne magazyny stały się jednymi z najbardziej atrakcyjnych przestrzeni miasta.
Porto, jak wiele europejskich miejscowości, w ostatnich dekadach przeszło turystyczną transformację. Dawne piwnice z winem przekształcono w hotele, muzea i centra degustacyjne, a symbolem tej zmiany stał się kompleks World of Wine (WOW).
Zagrożona tożsamość
Porto od wieków budowało swoją potęgę na winie. Już w 1756 r. region Douro (portugalska nazwa rzeki Duero – przyp. red.) został oficjalnie wyznaczony jako obszar jego produkcji. Stał się tym samym najstarszym prawnie wydzielonym regionem winiarskim na świecie. Wino transportowano rzeką do Porto, następnie dojrzewało ono w piwnicach w Vila Nova de Gaia i było wysyłane dalej –
głównie do Wielkiej Brytanii. To właśnie potrzeba transportu wina do Wielkiej Brytanii wpłynęła na jego wzmocnienie – ponieważ podczas transportu wina bardzo często się psuły, zaczęto dolewać do beczek wysokoprocentowy spirytus winny.
Dziś ta sytuacja się zmieniła. Od 2000 r. sprzedaż porto spadła o ponad 30% – a prognozy wskazują, że do 2030 r. jego sprzedaż nadal będzie spadać. Branża próbuje się dostosować: stawia na droższe produkty, rozwija turystykę i coraz częściej inwestuje w wina stołowe z regionu Douro. Nawet najbardziej prestiżowy i najszlachetniejszy rodzaj wina, Porto Vintage (PV), stanowi dziś zaledwie niewielki procent całkowitej produkcji. Producenci próbują zatem zmieniać sposób, w jaki porto jest konsumowane. Lżejsze style, np. białe porto
Gdy piasek zniknie z plaż
Nielegalnym wydobyciem surowca zajmują się gangi i mafie
As-Suwajra, miasto w Maroku, ma kilkaset lat. Wiatr znad Atlantyku niesie sól, a po szerokiej plaży spacerują turyści. Ktoś wsiada na wielbłąda, ktoś robi zdjęcia falom. Z daleka wszystko wygląda jak pocztówka. Po zmroku plaża pustoszeje. Znikają przewodnicy i sprzedawcy herbaty. Nocą, jak mówią mieszkańcy, przyjeżdżają ciężarówki. Wjeżdżają na wydmy. Piasek ładowany jest łopatami i koparkami. Nie pojedyncze worki – całe wywrotki. Nad ranem samochody odjeżdżają.
Podobne sceny mieszkańcy nagrywali w okolicach Tangeru. W podmiejskim Lesie Dyplomatycznym ciężarówki ładowały piasek w biały dzień. Publikowane w mediach społecznościowych filmy wywołały oburzenie. Przez kilka dni mówiła o nich prasa. Potem zniknęły z nagłówków.
Piasek trafia na budowy. W kraju, który szybko się urbanizuje, to surowiec cenniejszy, niż mogłoby się wydawać. Potrzeba go do betonu, z którego rosną nowe osiedla i hotele. Pustynny piasek się nie nadaje – jest zbyt gładki, beton wiąże ten z plaży, ciężki i szorstki.
W Maroku mówi się o mafii piaskowej – o siatkach, które wiedzą, gdzie wydobywać piasek i komu go sprzedać. Oficjalnie problem jest pod kontrolą. Plaże jednak stają się coraz węższe. Na północnym wybrzeżu niektóre już przestały istnieć. Linia brzegowa z roku na rok się cofa. Proceder poważnie zagraża równowadze ekologicznej, degraduje też roślinność, naturalną barierę chroniącą wybrzeża przed erozją.
Piasek się kończy
Świadkiem takiego nielegalnego wydobycia był Abdelkader Abderrahmane, międzynarodowy śledczy ds. bezpieczeństwa z Instytutu Studiów nad Bezpieczeństwem (ISS), afrykańskiej organizacji badawczo-doradczej. Nigdy nie myślał o piasku. Przez lata podróżował po Mali, badając handel narkotykami, kiedy jedno jego źródło zwróciło mu uwagę na fakt, że większość marihuany w Mali pochodzi z Maroka, gdzie „kwitnie też handel piaskiem”.
Początkowo nie uwierzył. „Myślę, że kiedy mówi się o handlu piaskiem, większość ludzi by nie uwierzyła – ja również. Teraz wierzę”, mówi mediom. Jego zaskoczenie wynikało przede wszystkim z widoku zniszczonej przyrody, a także z bezczelności kierowców ciężarówek. „Nie można nielegalnie wydobywać piasku w biały dzień,
Kubańscy medycy w Kalabrii
W kalabryjskich szpitalach mieszają się języki i akcenty. Na pomoc tamtejszej służbie zdrowia przybyli karaibscy lekarze
W Polistenie mieszkańcy żartują, że nim na sali operacyjnej ich szpitala Santa Maria degli Ungheresi zapadnie decyzja, jak ciąć, zdarza się jeszcze jedna dyskusja – o pizzy. Czy lepsza jest neapolitańska, czy kalabryjska. Ta anegdotka dobrze oddaje atmosferę placówki, w której od kilku lat pracują lekarze z różnych stron świata.
Polistena leży u podnóża gór Aspromonte, na południu Włoch. Miasteczko jest niespełna 10-tysięczne, ale tutejszy szpital obsługuje nawet 200 tys. osób z okolicznych miejscowości. Jego pacjenci zaś przyzwyczajają się do mieszanki języków i akcentów – włoski bowiem przeplata się z hiszpańskim.
Na ławkach przed gabinetami czekają głównie starsi mieszkańcy okolicy. Wielu przyjeżdża z górskich wiosek, czasem pokonując kilkadziesiąt kilometrów. W tej części Kalabrii publiczna służba zdrowia od lat zmagała się z brakami kadrowymi: konkursy na stanowiska lekarskie kończyły się bez rozstrzygnięcia, starsi medycy przechodzili na emeryturę, a młodsi wyjeżdżali na północ Włoch lub za granicę.
Ratunek przyszedł z daleka. W 2022 r. do Kalabrii przyjechało prawie 400 lekarzy z Kuby: kardiologów, ortopedów, anestezjologów i specjalistów intensywnej terapii. Dla wielu szpitali na południu kraju była to ostatnia szansa, by utrzymać funkcjonowanie oddziałów i zapewnić mieszkańcom dostęp do publicznej opieki zdrowotnej.
Polityka a deficyty kadrowe
Dziś obecność kubańskich lekarzy stała się jednak przedmiotem międzynarodowego sporu. Według doniesień dyplomatycznych USA naciskają na władze regionu, aby nie przedłużały współpracy z Kubą. Dla władz Kalabrii sprawa tymczasem jest jednoznaczna: bez zagranicznych lekarzy część szpitali może przestać istnieć.
Spór zwrócił uwagę na dramatyczny stan publicznej służby zdrowia na południu Włoch. W regionie, gdzie bezrobocie sięga ok. 20%, szpitale mają ogromne problemy z pozyskaniem personelu medycznego. Ci, którzy zostali, pracują ponad siły.
Kalabria należy do najbiedniejszych regionów Włoch, a jej gospodarka w dużej mierze opiera się na rolnictwie. Wydatki na ochronę zdrowia należą tu do najniższych w kraju i wynoszą ok. 1748 euro na mieszkańca, podczas gdy średnia krajowa przekracza 2,1 tys. euro. Z powodu chronicznego deficytu finansowego w 2009 r. nadzór nad regionalną służbą zdrowia przejął rząd centralny w Rzymie.
Problemy jednak nie zniknęły, a pandemia COVID-19 tylko je pogłębiła. Od 2021 r. z publicznego systemu odeszło we Włoszech ponad 11 tys. pracowników medycznych. Wielu lekarzy, którzy podczas pandemii byli bohaterami pierwszej linii frontu, po jej zakończeniu zdecydowało się odejść z zawodu, przejść do sektora prywatnego lub wyjechać za granicę. Poza tym młodzi medycy z południa wolą pracę w bogatszych regionach północnych – w Lombardii czy Emilii-Romanii – albo wyjeżdżają do Niemiec, Szwajcarii czy Francji,
Cypr nie chce być trampoliną do wojny
Atak drona podważył wizerunek wyspy jako bezpiecznej przystani
7 marca kilkadziesiąt osób zebrało się przed ogrodzeniem brytyjskiej bazy Akrotiri na południu Cypru. Protest odbył się kilka dni po incydencie z 2 marca, gdy irański dron – prawdopodobnie typu Shahed – uderzył w pas startowy bazy RAF. Protestujący wzywali do zamknięcia baz wojskowych i skandowali hasła przeciwko wciąganiu wyspy w konflikty na Bliskim Wschodzie. Podobna manifestacja rozpoczęła się tego samego dnia o godz. 15.30 pod budynkiem głównej siedziby związku zawodowego pracowników sektora publicznego w Nikozji i zakończyła się półtorej godziny później przed Pałacem Prezydenckim. Według organizatorów wzięło w niej udział ok. 500 osób.
Dla części Cypryjczyków obecność brytyjskich instalacji wojskowych, które od dekad funkcjonują na wyspie, staje się powodem do niepokoju. „Narracja, że sojusz z Brytyjczykami zapewnia naszym ludziom ochronę, jest podobna do sposobu, w jaki zorganizowana przestępczość sprzedaje ochronę przed zagrożeniami, które sama stwarza”, napisali w oświadczeniu organizatorzy protestu. „Nie pozwolimy, by Cypr był wykorzystywany jako baza wypadowa do wojny”. „Brytyjczycy, nie możecie się ukryć, popieracie ludobójstwo”, skandował tłum, a ludzie wyrażali obawy, że instalacje wojskowe zamieniły wyspę w „trampolinę do wojny”. Demonstranci argumentowali, że obecność brytyjskiego wojska, a także doniesienia o przyznaniu Stanom Zjednoczonym przez rząd premiera Keira Starmera dostępu do baz w celu prowadzenia operacji przeciwko Iranowi, sprawiły, że Republika Cypru może się stać celem ataków odwetowych.
Dron nad Akrotiri
Dyskusja o przyszłości brytyjskich baz nasiliła się po incydencie z irańskim dronem. Był to pierwszy atak na bazę od 1986 r. Władze zarządziły ewakuację pobliskiej wioski Akrotiri, a na wyspę skierowano dodatkowe europejskie i brytyjskie siły morskie oraz powietrzne. Dla wielu cypryjskich aktywistów i części lokalnych mediów wydarzenie to nie było zaskoczeniem. Od lat ostrzegano, że brytyjskie bazy mogą ściągnąć na wyspę zagrożenie w przypadku eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie.
Przypominano również ostrzeżenie nieżyjącego już przywódcy Hezbollahu Hassana Nasrallaha, który mówił, że jeśli Cypr udostępni Izraelowi infrastrukturę do operacji przeciwko Iranowi, może się stać celem ataku. Incydent wywołał napięcia dyplomatyczne. Cypryjski wysoki komisarz w Wielkiej Brytanii Kyriakos Kouros stwierdził, że Nikozja była „rozczarowana”, iż Londyn nie ostrzegł mieszkańców wyspy przed zagrożeniem.
Po ataku drona pojawiły się pytania o przyszłość brytyjskiej obecności wojskowej. Minister spraw zagranicznych Cypru Constantinos Kombos przyznał, że temat wymaga debaty. „W tej chwili na wyspie znajdują się brytyjskie bazy. Są pytania. Są problemy. Są obawy”,
Od Super Bowl po Azję
Język hiszpański podbija nie tylko Amerykę
Ponad 70 tys. ludzi na stadionie, znacznie powyżej 100 mln przed telewizorami. Super Bowl 2026 – największe sportowe widowisko Ameryki. A ze sceny – słychać hiszpański. Bez przechodzenia na angielski, bez tłumaczenia, bez przeprosin. Bad Bunny mówi do publiczności w języku, który według prezydenta Stanów Zjednoczonych nie powinien mieć statusu języka urzędowego. Ze stadionu nie wychodzi nikt.
8 lutego 2026 r. na Levi’s Stadium w Santa Clara obalono kolejny mit: największe widowisko telewizyjne w USA wcale nie musi być prowadzone w języku angielskim. Bad Bunny, Portorykańczyk, jeden z najważniejszych artystów współczesnej muzyki latynoskiej, jako pierwszy w historii cały halftime show, czyli występ w przerwie finału ligi NFL, wykonał po hiszpańsku. Po angielsku wypowiedział jedynie słowa: „God Bless America”, po czym wymienił kraje obydwu Ameryk. Symboliczny gest – hiszpański wybrzmiał z największej amerykańskiej sceny, został usłyszany w najważniejszym dla kultury masowej momencie.
Spanglish – język, który łączy
Język hiszpański, którym posługuje się ok. 13% mieszkańców USA, jest drugim najczęściej używanym językiem w kraju. Decyzja Donalda Trumpa z marca 2025 r. o ogłoszeniu angielskiego jedynym językiem urzędowym została przez wielu odebrana jako atak na amerykańską różnorodność kulturową. Jednak w praktyce ekipa Trumpa intensywnie korzystała z hiszpańskiego np. podczas kampanii wyborczych. Reklamy w języku hiszpańskim były emitowane w stanach zamieszkanych przez dużą liczbę Latynosów – w Arizonie czy Nevadzie. W 2024 r. Trump wystąpił nawet w programie amerykańskiej hiszpańskojęzycznej telewizji Univision, odpowiadając na pytania widzów po hiszpańsku. Dane sondażowe pokazują, że zdobył dzięki temu 42% głosów Latynosów – najwyższy od 40 lat odsetek, jaki otrzymał kandydat republikański. Pokazuje to, że hiszpański w USA nie jest tylko językiem imigrantów ani „drugim” językiem – jest realnym narzędziem polityki, ekonomii i komunikacji masowej.
Lingwiści od dawna śledzą nowe zjawiska językowe zrodzone z bogactwa języka hiszpańskiego używanego na Kubie, w Portoryko i w innych społecznościach, jak również jego wpływ na obszary Stanów Zjednoczonych o największej koncentracji mieszkańców hiszpańskojęzycznych. Mieszanka hiszpańskiego i angielskiego – spanglish – jest dziś najszybciej rozwijającą się hybrydą językową na świecie.
Entuzjazmu lingwistów nie podziela jednak administracja Trumpa. Dla republikanina to kwintesencja „inwazji Latynosów”, która rzekomo zagraża anglosaskiej istocie Stanów Zjednoczonych. Jego polityka „tylko angielski” miała na celu ograniczenie roli języka hiszpańskiego w kraju. „To państwo, w którym mówimy po angielsku, a nie po hiszpańsku”, powiedział amerykański prezydent w debacie w 2015 r., podczas swojej pierwszej kampanii prezydenckiej.
Mimo politycznych prób tłumienia języka hiszpańskojęzyczna ludność napędza życie kulturalne i gospodarcze USA – dzięki niej Miami stało się „naturalnym mostem biznesowym”, pełniąc funkcję kluczowego łącznika między Ameryką Łacińską a USA i resztą globu. „Hiszpańskim posługuje się obecnie ponad 50 mln osób w Stanach Zjednoczonych. Innymi słowy,
Paryż bez kawiarni nie istnieje
Bistra, integralna część art de vivre, znikają z przestrzeni publicznej
We Francji ten widok jest niemal tak symboliczny jak wieża Eiffla. Taras kawiarni, rząd rattanowych krzeseł zwróconych ku ulicy, stoliki ustawione blisko siebie. Wielu ludzi siada na chwilę, na kawę, która niepostrzeżenie zamienia się w godzinę obserwowania miasta. W środku – przy ladzie – rozmowy toczą się między espresso a kieliszkiem wina. Nikt się nie spieszy. Nikt nie pyta, czy może się dosiąść.
Przedpokój miasta
Do bistro nie przychodzi się wyłącznie na kawę czy po to, by coś przekąsić. Bistro to styl życia. Miejsce przecinania się losów. Ktoś wpada przed pracą, ktoś po drodze na zakupy. Przy jednym stoliku omawia się półgłosem sprawy zawodowe, jakby od tej rozmowy zależało coś więcej niż tylko kolejny e-mail. Przy barze stały bywalec rozmawia z kelnerem – nie o menu, raczej o pogodzie, polityce, o tym, co wczoraj mówili w radiu. Kelner słucha, potakuje, dolewa wina. Zna swoich gości. Wie, kto pije kawę na stojąco, kto musi usiąść, kto przychodzi codziennie, a kto tylko wtedy, gdy coś w życiu przestaje się układać.
Rozmowy w bistrze nie wymagają ceremonii. Zaczynają się i kończą nagle. Ktoś dosiada się bez pytania. Ktoś inny wychodzi w połowie zdania. Bistro działa jak przedpokój miasta – jest czymś pomiędzy pracą a domem. To tu przekazuje się informacje, umawia spotkania, podejmuje drobne decyzje. Krzesła stoją blisko, więc chcąc nie chcąc, słucha się cudzych historii. Nikt jednak nie myśli o naruszeniu prywatności – to raczej część kultury miejsca.
Takie sceny to codzienność w wielu miastach: Paryżu, Nicei, Antibes, Lyonie, Bordeaux czy na wyspiarskiej Korsyce. I właśnie te sceny powoli znikają. Na początku XX w. we Francji istniało ponad 508 tys. bistr i kawiarni. Dziś zostało ich mniej niż 40 tys. Znikają z przestrzeni miejskich cicho, bez manifestów i pożegnań.
Café de Lyon w Nicei istnieje od 130 lat. Mieści się w dawnym sklepie mięsnym, na trasie, którą przemierzali pierwsi pasażerowie linii kolejowej Paryż-Lyon-Marsylia. Lokal prowadzi Patrick François – przejął go po ojcu. W latach 80. stworzył tu atmosferę i klimat w stylu art déco, wplatając w wystrój relikty przeszłości. – Mamy ekspres przelewowy z początku XX w. To jedno z pierwszych takich urządzeń – niezbyt praktyczne, ale bardzo estetyczne – mówi z dumą Patrick. Dorastał w zapachu kawy i zgiełku rozmów. – Ludzie, hałas, atmosfera. Najlepiej się czuję, gdy lokal jest pełny. Nawet zimą taras nie świeci pustkami. Zawsze jest na co popatrzeć. Ludzie przechodzą, życie miejskie się toczy.
W obliczu powolnej erozji takich miejsc Francuskie Stowarzyszenie Bistr i Kawiarni oraz PMU (operator zakładów na wyścigi konne w Europie) ogłosiły wspólną inicjatywę: starania o wpisanie francuskich bistr na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO, argumentując, że bistro jest integralną częścią art de vivre. Pomysł poparł prezydent Emmanuel Macron. „To batalia, którą chcemy stoczyć w UNESCO, ponieważ nasze kawiarnie i bistra sprzedają nie tylko kawę, ale też croissanty, bagietki i tradycyjne produkty. Są strażnikami czasu”, powiedział na początku stycznia podczas ceremonii dzielenia się galette des rois (ciastem pieczonym we Francji z okazji święta Trzech Króli) w Pałacu Elizejskim.
Już Honoré de Balzac pisał, że „lada w kawiarni jest parlamentem ludu”. Trudno się z nim nie zgodzić. Przez dekady francuskie kawiarnie były centrami życia intelektualnego. To w nich przy stolikach dyskutowali Jean-Paul Sartre,
Najbardziej antytrumpowski głos w Europie
Aż 81% Hiszpanów postrzega Donalda Trumpa negatywnie
Gdy większość europejskich przywódców waży każde słowo pod adresem Donalda Trumpa, premier Hiszpanii mówi wprost. Kryzys w Wenezueli, wojna w Gazie i spory o NATO stały się dla Pedra Sáncheza okazją do zbudowania wyrazistej, antytrumpowskiej polityki zagranicznej – ryzykownej, ale popularnej w kraju i dobrze słyszalnej na globalnym Południu.
Wenezuela – europejski test
Hiszpania zajmuje wyjątkowe miejsce w kryzysie wenezuelskim. Wynika to nie tylko z liczebności i aktywności diaspory, lecz także z ambicji lewicowego rządu, by współtworzyć europejski front sprzeciwu wobec polityki Donalda Trumpa. Jak ujął to sam Pedro Sánchez, decyzje Waszyngtonu „nie są neutralne” i „mają realne konsekwencje dla stabilności całych regionów”.
Krótko po amerykańskich bombardowaniach Caracas premier Hiszpanii znacząco zwiększył aktywność dyplomatyczną. „To naruszenie prawa międzynarodowego i bardzo niebezpieczny precedens”, mówił, ostrzegając, że działania USA „popychają Amerykę Łacińską w stronę niepewności i eskalacji”. Podczas paryskiego spotkania z przywódcami państw wspierających Ukrainę dodał, że świat „zbyt dobrze pamięta konsekwencje interwencji usprawiedliwianych interesami strategicznymi”.
Sánchez wielokrotnie podkreślał, że wobec Wenezueli, Ukrainy i Strefy Gazy stosuje tę samą argumentację, wprost porównując te konflikty: „Bronimy porządku międzynarodowego opartego na zasadach, a nie na prawie dżungli”. Hiszpania razem z Brazylią, Meksykiem, Urugwajem, Chile i Kolumbią wyraziła „głębokie zaniepokojenie i sprzeciw” wobec naruszeń prawa międzynarodowego.
Konserwatywny dziennik „La Razón” wytyka, że amerykański zamach w Wenezueli został wykorzystany przez rząd Sáncheza do „politycznej operacji w Pałacu Moncloa” i że hiszpańska polityka zagraniczna staje się narzędziem odwracania uwagi od problemów wewnętrznych. Jednak Sánchez nie jest jedyną osobą, która wykorzystuje politykę zagraniczną do budowania swojego wizerunku. Prawica posłużyła się kwestią Wenezueli, aby wskazać rzekome powiązania „sanchizmu” z „chavizmem”.
Opozycja w Hiszpanii, przede wszystkim Partia Ludowa (PP) i Vox, podkreślała swoje bliskie kontakty z opozycją wenezuelską. Lider PP Alberto Núñez Feijóo zarzucał rządowi Sáncheza „wyrzeczenie się dyplomatycznych atutów i moralnego przywództwa wobec reżimu Madura” oraz brak skuteczności w doprowadzeniu do realnej zmiany władz w Caracas.
Inni, na czele z byłym premierem José Maríą Aznarem,








