Autobusy jakieś popodstawiali czy co?

Autobusy jakieś popodstawiali czy co?

Tak zastanawiał się w „Kilerze” Juliusza Machulskiego dyrektor więzienia nad sposobem ucieczki kilkuset więźniów z innego zakładu karnego…

Mamy na granicy z Białorusią kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy Straży Granicznej, policji i wojska. Rzecznicy tych instytucji przedstawiają ich bohaterskie starcia z uchodźcami i służbami białoruskimi. Informują, że codziennie udaremniają kilkaset prób nielegalnego przekraczania granicy. Równocześnie rzecznik federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Niemiec przekazał, że w październiku codziennie do ośrodków dla uchodźców po niemieckiej stronie granicy z Polską zgłaszało się ok. 170 nowych ubiegających się o status azylanta. Prasa niemiecka informuje, że w listopadzie było to ok. 100 osób dziennie. Czyli w październiku przez naszą wschodnią granicę, pilnie strzeżoną przez tysiące funkcjonariuszy, przenikało tysiąc osób tygodniowo, a w listopadzie siedemset. To przemyt ludzi na wielką skalę. Pytanie, kto w nim uczestniczy i kto go organizuje. Bo chyba nie służby Putina i Łukaszenki w Polsce?

Gdyby tych uchodźców było po niemieckiej stronie granicy kilku czy kilkunastu dziennie, moglibyśmy wierzyć, że transport organizuje na własną rękę kilku czy kilkunastu prywatnych posiadaczy busów. Ale busiki akurat są na Podlasiu pod szczególnym nadzorem, jak informują rzecznicy mundurowych, dwa lub trzy razy tygodniowo zatrzymywane są samochody, jeden lub dwa, transportujące Kurdów, Irakijczyków lub Syryjczyków.

Czyli co, kilkadziesiąt innych przejeżdża bez kłopotów? Może to jakiś „układ”? Nie możemy oczywiście wykluczyć, że niektórzy z tych uchodźców mają kilkudniowy przystanek np. w Starych Kiejkutach i w przyszłości będą informatorami AW czy ABW. To jednak w dalszym ciągu nie ta skala.

W ambasadzie w Berlinie jest rezydent Agencji Wywiadu, są przedstawiciele ABW, SG, SKW czy SWW. To oni powinni w Niemczech przepytywać azylantów, jak przekraczali granice. A czy przepytują? Czy to ich interesuje?

Faktem jest, co podawał także Onet, że MSZ nie było zadowolone z funkcjonowania ambasady RP w Berlinie i ambasadora Przyłębskiego. Powody? Ambasador nie wykonywał zadań zlecanych przez centralę i nie informował, nawet ministra spraw zagranicznych, o swoich posunięciach. Jednym z zarzutów był też brak działań ambasadora na rzecz kontaktów na najwyższych szczeblach, konkretnie – wspólnych obrad rządów, które miały się odbyć w tym roku. Ech… Nowogrodzka, Duży i Mały Pałac natychmiast zdementowały te informacje i stwierdziły, że „Wolfgang” jest debeściak.

Więc co teraz? Następcą Przyłębskiego bardzo chciałby zostać wiceminister Szymon Szynkowski vel Sęk. I znajduje się na tzw. krótkiej liście. Kłopot w tym, że to on jest w MSZ odpowiedzialny za stosunki Polski z Niemcami. Jaką zatem ocenę placówki za rok 2021 powinien dać? Dobrą czy krytyczną? Bo jeżeli dobrze się nie wstrzeli, może mu to znacznie utrudnić wyjazd do Berlina. Dodajmy, że faworytką jest pewna pani profesor, ale jeszcze się waha. I jeszcze jedno: przyszły ambasador będzie czekał na agrément strony niemieckiej co do dnia tyle, ile obecny ambasador Niemiec w Polsce. Dr Arndt Freytag von Loringhoven czekał kilka miesięcy. A jak już pisaliśmy latem, „duże państwa mają w sprawach protokołu pamięć słonia”. O czym nie powinni zapominać nasi rządzący ani obecni i przyszli ambasadorzy.

Wydanie: 50/2021

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy