Balon hipokryzji musi pęknąć

Balon hipokryzji musi pęknąć

Naprotechnologia nigdy nie zastąpi in vitro

Niepłodność nie jest pojęciem ani zjawiskiem nowym. Już według Biblii Sara urodziła Izaaka w wieku 96 lat, a stało się to przy pomocy aniołów. Kłopoty z rozrodem miał też Izaak i jemu pomocy udzielali aniołowie. Szacuje się, że na świecie 40 mln par ma problemy z posiadaniem potomstwa, podobne szacunki wskazują, że w Polsce bezskutecznie stara się o dziecko ponad milion par.

Niestety, decyzje w sprawie leczenia niepłodności podejmują ci, którym dopisało szczęście i bez żadnego problemu doczekali się potomstwa. Gorzej, decyzja leży w rękach ludzi, którzy zamiast zdobyczami współczesnej nauki wolą się posługiwać doktryną. Przyczyn niepłodności jest wiele. Najczęstsze to zaburzenia w produkcji i ruchomości plemników u mężczyzn, problemy z przygotowaniem komórki jajowej zdolnej do rozrodu u kobiet, niedrożność jajowodów w następstwie procesów zapalnych lub zabiegów chirurgicznych w obrębie miednicy małej, endometrioza o różnym stopniu zaawansowania. Może też być niepłodność o niewyjaśnionej etiologii. Realną szansę na posiadanie potomstwa w wypadku najczęstszych przyczyn niepłodności dają wyłącznie współczesne metody wspomaganej prokreacji (Assisted Reproductive Technology – ART). Dzięki udoskonalanej metodzie in vitro szansę na ciążę i własne potomstwo ma ok. 60% niepłodnych par.

Rekomendowana przez obecne czynniki rządowe naprotechnologia, bazująca na katolickiej doktrynie, jest w stanie pomóc nielicznym parom z niepłodnością niewyjaśnionego pochodzenia, a także w niektórych przypadkach problemów z przygotowaniem komórki jajowej zdolnej do rozrodu. Przemilcza się przy tym, ile pieniędzy takie pary wydadzą wcześniej na tzw. diagnostykę przyczyn niepłodności.

Żadna, nawet najpiękniej wypowiadana bzdura nie zatrze faktu, że według scenariusza Eurostatu Polsce grozi demograficzna zapaść. Za 10 lat liczba ludności w Polsce zmniejszy się o 900 tys., za 30 lat, przy utrzymywaniu się obecnej tendencji, będzie nas 34,1 mln, natomiast na koniec obecnego wieku populacja naszego kraju ma wynosić zaledwie 27,7 mln. Olbrzymie znaczenie ma tu współczynnik dzietności, który w 1980 r. wynosił 2,27 (w uproszczeniu liczba dzieci przypadająca na jedną kobietę w wieku rozrodczym). Obecnie ten wskaźnik wynosi ok. 1,30. Oznacza to starzejące się społeczeństwo, ze wszystkimi tego następstwami.

Diagnostyka i leczenie niepłodnych par nie rozwiązują problemów demograficznych, ale w wielu krajach są postrzegane jako istotny element ich złagodzenia. Szumnie reklamowany rządowy program 500+ jest rzetelnie opisywany jako koniec fantazji o prodemograficznym efekcie. Nie rodzi się więcej dzieci!

Istotne znaczenie ma uznanie faktu, że niepłodne pary pragną mieć dzieci i trzeba im w tym pomóc. Bariera finansowa często nie pozwala im korzystać ze zdobyczy współczesnej medycyny rozrodu. W latach 2013-2016 funkcjonował rządowy program leczenia niepłodności, w którym za kwotę ok. 250 mln zł urodziło się ponad 22 tys. dzieci. Podobny program został przygotowany na następne trzy lata – podpisał go ówczesny minister zdrowia prof. Marian Zembala. Zmieniła się jednak władza i nowy minister zdrowia dr Konstanty Radziwiłł stwierdził, że leczenie niepłodnych par metodami ART nie ma poparcia społecznego, mimo że według badań CBOS z 2015 r. leczenie za pomocą in vitro popierało prawie 80% badanej populacji, a wynik w dużym stopniu zależał od częstotliwości udziału w praktykach religijnych. W zamian został wdrożony Program Kompleksowej Ochrony Zdrowia Prokreacyjnego na lata 2016-2020, z przeznaczeniem na ten cel prawie 100 mln zł. Program dobiega końca, ale Ministerstwo Zdrowia nie chce ujawniać jego mizernych rezultatów. Sformułowany został tak pokrętnie, że w zasadzie daje możliwości postępowania diagnostycznego, natomiast w momencie postawienia diagnozy niepłodności wyklucza skuteczne leczenie współczesnymi metodami ART.

Wprawdzie w programie tym nie pojawia się słowo naprotechnologia, ale de facto jest to pompowanie społecznych środków w dziedzinę, która nie jest żadną nauką, lecz ideologią akceptowaną i popieraną przez Kościół rzymskokatolicki.

Czym jest bowiem naprotechnologia? W XX w. Kościół rzymskokatolicki zaakceptował możliwości ograniczenia zachodzenia w ciążę poprzez abstynencję seksualną w okresie koncepcyjnym. Powstał zatem problem precyzyjnego określenia tego okresu. W tym celu w prowadzonym przez jezuitów Creighton University został opracowany model Creighton (CrMS), który jest niczym innym jak wystandaryzowaną metodą oceny okresu owulacji Billingsów, pozwalającej kobiecie zrozumieć jej cykle płciowe i potem odpowiednio wykorzystywać do celów antykoncepcji lub planowania rozrodu. Ten właśnie model CrMS stał się podstawą nowej gałęzi pseudomedycyny – naprotechnologii (skrót od Natural Procreative Technology, inaczej Wsparcie Naturalnej Płodności). Uzasadnienie naukowe dla tej pseudonauki stanowi spis ok. 60 opracowań, w tym część w formie rękopisów, oraz podstawowy podręcznik Thomasa Hilgersa, głównego promotora metody – „Hilgers Dictionary of Creighton Model Fertility Care System”. Podaje się tam bzdurne, nigdzie niepotwierdzone informacje, że naprotechnologia jest skuteczniejsza od in vitro prawie trzy razy – 2,67 przy endometriozie, a 2,36 w leczeniu PCOS, 1,41 raza przy niedrożności jajowodów. Naprotechnologia dopuszcza te same metody diagnostyczne co nowoczesna medycyna rozrodu, pojawiają się problemy przy badaniu nasienia. Preferuje się instruktaż modelu CrMS, co wymaga ośmiu spotkań z instruktorem, przy czym każde to koszt 100-150 zł, a za spotkanie wprowadzające trzeba zapłacić ok. 300 zł. Z chwilą postawienia diagnozy przyczyn niepłodności (zawsze z różnymi zastrzeżeniami) naprotechnologia, która nie uznaje ART, pozbawia szansy na ciążę pary z większością najczęściej spotykanych przyczyn niepłodności. Szacuje się, że jest to 50-60% par.

Ministerstwo Zdrowia nie ujawnia wyników Programu Kompleksowej Ochrony Zdrowia Prokreacyjnego, bo to nic innego jak wpompowanie niemałych środków w tzw. naukę, czyli naprotechnologię, której efekty są gorsze niż żenujące. W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć, że in vitro zostało uznane przez Komitet Noblowski „za największe osiągnięcie medycyny klinicznej XX w.”, a jej twórca, prof. Robert Edwards, otrzymał po wielu latach nagrodę.

Jestem niepoprawnym optymistą i zakładam, że balon hipokryzji, zakłamania, promowania ideologii zamiast nauki musi wreszcie pęknąć. Decydenci (i nie tylko) w ochronie zdrowia prokreacyjnego niech odpowiedzą na następujące pytania:
1. Co to jest rodzina? Czy należy pomagać finansowo parom, które pragną mieć dzieci, a jedyną szansę daje in vitro?
2. Dlaczego sąsiedzi (Czechy, Węgry, Słowacja), z którymi razem wchodziliśmy do Unii, mogą i finansują leczenie za pomocą in vitro, a my nie możemy?
3. Dlaczego pompuje się środki w pseudonaukę, jaką jest naprotechnologia?
4. Kiedy wreszcie czynniki oficjalne, na dzień dzisiejszy rządowe, stwierdzą, że naprotechnologia nigdy nie zastąpi in vitro, i zaczną ponownie promować nowoczesne leczenie, przywracając programy pomocy finansowej parom, które pragną mieć dzieci?
5. Kiedy powszechny stanie się przykład samorządów, które finansowo wspierają leczenie niepłodności?

Powtórzę, jestem optymistą. Balon ideologii, propagandy i zakłamania musi wreszcie z wielkim hukiem pęknąć! Oby stało się to jak najszybciej.

Prof. dr hab. Marian Szamatowicz jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, prekursorem metody in vitro w Polsce, laureatem Busoli, nagrody PRZEGLĄDU

Wydanie: 44/2020

Kategorie: Opinie