Bełkot Belzebuba

Bełkot Belzebuba

Zadałem sobie trud obejrzenia w całości niesławnego przemówienia Tadeusza R., pseudonim „Ojciec Dyrektor”, przestępcy i przedsiębiorcy, szefa gangu toruńskiego, powszechnie mylnie określanego mianem duszpasterza. Albowiem zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jestem człowiekiem małej wiary, przeto nie mogłem uwierzyć, że  j u ż  m o ż n a  w Polsce publicznie nawoływać do obrony pedofilów oraz nakłaniać do uciszania świadków i ofiar przemocy. Ba, że czynić to wolno bezkarnie w obecności dwugłowego smoka Temidy kaczystowskiej, ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednej osobie. Nałożyłem słuchawki i odpaliłem retransmisję, po czym rychło zostałem przymuszony przez Żonę do opuszczenia pokoju za nadużywanie wyrazów uznawanych za obraźliwe.

Emanacja zła nie jest w oracji Rydzyka natychmiastowa, zaczyna się dość niewinnie, jako spontaniczny, niezborny wywód pełen urywanych zdań, poszatkowanych wątków równoległych, bez mała Wałęsowska schizofazja (kiedy mój znajomy Beno Lazar zrobił przed 20 laty wywiad z Wałęsą i puścił go w „Przekroju” jako surówkę, bez redakcji, zrozumiałem wreszcie frazeologizm „pieprzyć jak potłuczony”). Rydzyk prezentuje ten rodzaj intelektualnego niechlujstwa bezwstydnie, bo wie, że jak by nie bredził, i tak dostanie brawa, to jest samozadowolenie przywódcy sekty, którego słów się nie słucha – spija się je jako substancję sakralną. Znienacka jednak logorea zaczęła zyskiwać na zborności, im bliżej tematu „ataków na Kościół”, tym bardziej – na nieszczęście – Rydzyk zaczął mówić zrozumiale, ględźba wydmuszka nagle zmieniła się w twardy i jasny przekaz. On już tak ma, że przed finiszem zbiera myśli, bo każdą swoją homilię musi zakończyć czytelnym wezwaniem do wpłat i dotacji, tak żeby każda jego ofiara uznała, że dotąd wysupłała na Radio Maryja dopiero przedostatni wdowi grosz, ostatni jeszcze się gdzieś znajdzie.

A zatem w pewnym momencie kazanie „Ojca Dyrektora” przyjęło postać czegoś, co nawet wierny prawicowy komentariat na radykalnie prorządowym portalu skwitował celniej, niż sam bym potrafił, jako bełkot Belzebuba. „To nie są żadne dokumenty, to są filmidła, pomówienia”, „Ksiądz jest niewinny, póki mu nie udowodnią”, „Księża, nie dajmy się”, „Nie bądźmy słabi, bądźmy dębami”, „Jak ktoś wygaduje na Kościół, trzeba go uciszyć”, „Ksiądz zgrzeszył, to zgrzeszył, któż nie ulega pokusie…” – tak, on to wszystko powiedział naprawdę. A nawet wplótł taką igraszkę, patrząc w oczy Ziobry i czyniąc złowrogiego ministra zalęknionym ministrantem: „Przecież gdybym był czemuś winny, to pan minister Ziobro powinien mnie zamknąć, powinienem siedzieć”. Tu kamera pokazuje zamaskowaną buzię ministra, możemy spojrzeć w jego roześmiane oczy, zobaczyć, jak jego rzęsy trzepoczą w zachwycie, jak się wdzięczy, ha, ha, z ojcem dyrektorem to i pożartować można. A zaraz potem podziękowania i owacje, i modlitwa, a raczej mdlitwa, bo aż mnie mdli, zwłaszcza kiedy widzę zieloną uśmiechniętą buźkę w górnym rogu ekranu, która informuje, że ta twarda pornografia duchowa to program bez ograniczeń wiekowych. I zastanawiam się, do jakiej ściany musi dojść człowiek wierzący w PiS, żeby zobaczyć skalę niemoralności i hipokryzji tej partii składającej hołdy toruńskiemu nikczemnikowi. Bo że wierzący w Boga tego spektaklu znieść nie mogą, jestem przekonany – wiara w Boga nie idzie w parze z wiarą w sektę toruńskiego redemptorysty, to od lat z dala cuchnie schizmą i ku niej zmierza.

Przypomniał mi się dzień, w którym odszedłem z Kościoła (a tak, przez mniej więcej rok swojego dorosłego życia grzeszyłem naiwnością jako praktykujący katolik – człowiek zgrzeszył, to zgrzeszył, kto nie ma pokus bycia naiwnym…). Lat temu 20, pomieszkując w Krakowie z ciężarną małżonką, uprawiałem churching, publikowałem recenzje filmowe w „Tygodniku Powszechnym” i wierzyłem w myśl ekumeniczną spod znaku dominikanina Kłoczowskiego. Ale pojechało mi się do Torunia na festiwal filmowy; poszedłem na mszę i byłem świadkiem, jak ksiądz (to mógł być Rydzyk, a może tylko ktoś zaczadzony bliskością jego szatańskich miazmatów) tak się wyprztykał w zajadle ksenofobicznej, radiomaryjnej z ducha homilii, że podczas przeistoczenia w rozkojarzeniu dwukrotnie wzniósł kielich wina zamiast hostii. Sacrum stało się profanum, a wierni w owczym milczeniu podreptali po opłatek, niczego nie pojmując, syci jadem kazania. Tego obrazka mój mózg już unieść nie zdołał; nagle poczułem się jak „suchy” alkoholik, który po raz pierwszy na trzeźwo spotkał się ze swoim towarzystwem po kielichu i zobaczył skalę jego zbydlęcenia.

Rydzyk wespół z Kaczyńskim chcieliby wyprowadzić Polskę z Unii, ale są na autostradzie do wyprowadzenia Kościoła z Polski.

Wydanie: 51/2020

Kategorie: Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy