Beryle i hammery

Beryle i hammery

Czy stacjonujący w Iraku polscy żołnierze są źle wyposażeni

Wysłanie polskiego kontyngentu do Iraku od początku budziło gorące emocje. Grono przeciwników interwencji zwiększało się za każdym razem, kiedy agencje donosiły o śmierci kolejnych polskich żołnierzy. Do dziś, przez 14 miesięcy, zginęło ich 13, choć czas między kolejnymi zgonami dramatycznie się skurczył, a i same ataki stały się krwawsze. Ostatnio przeciwnicy irackiej misji – do tej pory mówiący o jej nieopłacalności z politycznego i finansowego punktu widzenia – podnieśli nowy argument. Ich zdaniem, stacjonujące na Bliskim Wschodzie oddziały są za słabo wyposażone. Żołnierzy należy więc dozbroić, co przy bezsensowności irackiej misji mija się z celem, albo – w czym istota argumentacji – niezwłocznie wycofać. Ile w tym prawdy, a ile populistycznych zagrywek i zwykłego narzekania?

Kałach zamiast beryla

Wyposażenie żołnierza służącego w Iraku kosztuje 8 tys. zł. Najbardziej widoczne jego elementy to mundury. I na nie właśnie skarży się część żołnierzy, twierdząc, że są za ciepłe. Dlaczego, skoro wykonano je z „oddychającego” materiału? Istotnym komponentem ubioru powinna być równie „oddychająca” bielizna, bez której nie ma mowy o zachowaniu właściwości munduru. Ta jednak nie została żołnierzom przydzielona – „misjonarze” mieli ją zakupić sami, ze specjalnie przyznanych im środków. Część wolała jednak zaoszczędzić…
Ważny element wyposażenia to kamizelki kuloodporne. Dziś są to egzemplarze zabezpieczające zarówno przód, jak i plecy, z kołnierzem chroniącym szyję. Wykonane ze specjalnych komponentów, chronią przed pociskami kałasznikowa – najpopularniejszej broni terrorystów – oraz nabojami przeciwpancernymi, używanymi przez snajperów.
Całkowitym nieporozumieniem okazały się za to karabiny Beryl. W czerwcu br. w bazie Bagram w Afganistanie rusznikarz naszego kontyngentu pokazał mi skrzynię uszkodzonych przełączników ognia (ciągły-pojedynczy) wymontowanych z berylów. Narzekał, że psują się na potęgę, zaznaczając, że w Afganistanie (misja saperska) nie powoduje to groźnych konsekwencji. – Co innego Irak. Tam prawdopodobieństwo znalezienia się w walce jest ogromne. I nie daj Boże jak się zatnie przełącznik, robiąc z beryla nieprzydatną kupę złomu. Co wtedy robić, szukać rusznikarza? – mówił ów żołnierz.
MON jednak zaprzecza, by z berylami były jakiekolwiek kłopoty. Ich producent, radomski Łucznik, zapewnia zaś, że „broń jest stale modernizowana”. A żołnierze w Iraku marzą, by wydano im „poczciwe kałachy”, znakomicie spisujące się na pustyni.

Cenne hummery

Jednak największy problem służących w Iraku żołnierzy to samochody patrolowe. Obecnie używane honkery są niemal zupełnie pozbawione opancerzenia chroniącego załogę i desant. Co prawda, już po pierwszych atakach załogi łazików zaczęły je chałupniczo modernizować – np.: instalując stalowe płyty, wzmacniające burty i drzwi – na niewiele jednak się to wszystko zdało. Równie bezowocna okazała się oficjalna próba modernizacji łazika. Tuż przed wyjazdem II kontyngentu, w Dowództwie Wojsk Lądowych w Warszawie, z wielką pompą zaprezentowano scorpiona – opancerzoną wersję honkera, wyposażoną w obrotową wieżę z karabinem maszynowym. Później wyszło na jaw, że tak doposażony pojazd jest zbyt ciężki, by osiągać przyzwoite prędkości. Luk wspomnianej wieży jest natomiast za wąski, by zmieścił się w nim żołnierz ubrany w kamizelkę kuloodporną.
Przez wiele miesięcy „misjonarze” żyli nadzieją, że problem honkera rozwiążą amerykańskie hummery – znakomite terenówki, obiecane naszemu wojsku przez rząd USA. Tymczasem okazuje się, że żaden z ponad 400 pojazdów nie trafi do Iraku. Według planów Sztabu Generalnego, hummery zostaną przydzielone jednostkom stacjonującym w kraju. Oficjalnie, ponieważ nie są to wersje opancerzone (choć ich pancerz jest i tak dużo lepszy niż honkera). Nieoficjalne powody tej decyzji wynikają ze specyfiki irackiej misji. Niezwykle intensywna eksploatacja i ekstremalne warunki klimatyczne powodują, że rzadko który z ciężkich sprzętów wróci do kraju wraz z wycofującym się kontyngentem. Po prostu poziom ich zużycia będzie na tyle duży, że kosztowny transport morski czy lotniczy nie będzie się kalkulował. I szkoda, by na liście pozostawionego złomu znalazły się hummery.
– Sprzęt, sprzętem – twierdzi tymczasem płk Leszek Drewniak, szef Fundacji GROM. – Pewnie, że wiele z jego komponentów należałoby wymienić. Ale w Iraku największym problemem są ludzie. Większość z nich to nieostrzelani żołnierze, którzy po iluzorycznej służbie zasadniczej zgodzili się zostać w wojsku. I nagle takie żółtodzioby wpadają w sam środek wojny. W cokolwiek by ich uzbroić, i tak nie zrobią z tego należytego użytku.
Cóż, nie sposób odmówić słuszności tego rodzaju argumentacji. Lecz trzeba również zauważyć, że nawet najlepiej wyposażony i wyszkolony żołnierz nie będzie w stanie skutecznie się chronić, jeśli uniemożliwiają mu to procedury. Obecnie zadaniem zaatakowanego patrolu jest przede wszystkim jak najszybsza ewakuacja. Zdaniem specjalistów, stawianie sprawy w taki sposób to efekt źle pojmowanej troski o zdrowie i życie żołnierzy. Podjęcie walki przy przewadze ogniowej – a taką mimo wszystko nasi żołnierze dysponują – niesie ze sobą mniejsze ryzyko strat niż rejterada z miejsca napadu. Co więcej, nieuchronność silnej i zorganizowanej obrony, na jaką natykaliby się terroryści, z pewnością ograniczyłaby liczbę zamachów. Jednak zmiana procedur postępowania w razie ataków nie leży w gestii wojskowych, ale polityków. Przyzwolenie na aktywną obronę – rozciągającą się także na uderzenia prewencyjne – oznaczałoby bowiem faktyczny koniec stabilizacyjnego charakteru polskiej misji. Czy politycy zdecydują się na ten krok?

Wydanie: 40/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy