Bieg po wielką kasę

Bieg po wielką kasę

Miejskie zawody dla biegaczy zamieniają się w wielomilionowy biznes

Kenijczyk Eliud Kipchoge, 35-latek, legenda biegów długodystansowych, 12 października nie schodził z czołówek serwisów informacyjnych. Już wcześniej był jednym z najbardziej rozpoznawalnych biegaczy na świecie, wielokrotnie zdobywając nie tylko medale igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata, ale też wygrywając najbardziej prestiżowe biegi miejskie, chociażby maraton w Berlinie. Teraz jednak przełamał jedną z największych barier sportowych w ludzkiej wyobraźni. Biegnąc po asfaltowych alejach parku na wiedeńskim Praterze, jako pierwszy człowiek w historii oficjalnie pokonał dystans maratoński – 42,195 km – w czasie poniżej dwóch godzin, co jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu wydawało się niemożliwe.

Tyle że Kipchoge nie zrobił tego w oficjalnych zawodach. Start w Wiedniu odbył się w warunkach wręcz laboratoryjnych, stworzonych pod umożliwienie pobicia rekordu. Kenijczyk z nikim się nie ścigał, przynajmniej dosłownie. Razem z nim po Praterze biegło 41 tzw. zajęcy, czyli biegaczy umożliwiających mu utrzymanie właściwego tempa i osłaniających od niekorzystnych warunków atmosferycznych. I choć w grupie tej byli inni wybitni lekkoatleci, również medaliści olimpiad i mistrzostw świata, Kipchoge był tego dnia najważniejszy. Żeby ułatwić mu złamanie bariery dwóch godzin, a raczej maksymalnie ograniczyć wpływ czynników losowych i naturalnych na jego bieg, organizatorzy nie tylko, co oczywiste, zamknęli park, ale przede wszystkim wytyczali na asfalcie laserem idealną trajektorię biegu, śledzili także grupę elektrycznym samochodem wyświetlającym tempo biegaczy oraz przewidywany wynik na mecie.

Przynajmniej w teorii Eliud Kipchoge jest więc najszybszym maratończykiem w historii. Zaraz po pobiciu przez niego rekordu zaczęto jednak zadawać pytania, czy można ten wyczyn klasyfikować jako osiągnięcie sportowe. Laboratoryjne warunki stworzone przez głównego sponsora wydarzenia, firmę Nike, nie tylko wykluczyły wszelkie współzawodnictwo, ale też zmieniły bieg na dystansie maratońskim w coś sztucznego, praktycznie niemożliwego do powtórzenia w jakimkolwiek biegu miejskim czy zawodach rangi mistrzowskiej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w pobiciu przez Kenijczyka rekordu maratońskiego zdecydowanie największą rolę odegrały nie jego zdolności i kondycja, ale stojące za całym przedsięwzięciem pieniądze.

Wielkie finanse w pozaolimpijskim, miejskim bieganiu są, rzecz jasna, obecne już od dawna. Jednak w ostatnich latach zjawisko to, jeszcze niedawno wyjaśniane w kategoriach socjologicznych jako oznaka gentryfikacji czy rozwoju klasy średniej, przerodziło się w multimilionowy biznes, w który ogromne środki pompują niemal wszyscy uczestnicy – od sponsorów, przez producentów sprzętu i gospodarzy biegów, po samych uczestników.

Koszty związane z miejskimi wyścigami na 5, 10, 21 czy 42 km zarówno organizatorzy, jak i biegacze ponoszą już wiele miesięcy przed startem. Ci pierwsi zacząć muszą od wytyczenia trasy, nierzadko zmieniającej się z roku na rok. Zwłaszcza w dużych miastach bywa to problematyczne, gdyż wielki bieg jest równoznaczny z wielkimi problemami komunikacyjnymi dla mieszkańców. Z ruchu trzeba przecież wyłączyć prawie pół setki kilometrów miejskich arterii, do tego dochodzą strefy dla kibiców, miasteczka namiotowe na starcie i mecie, punkty medyczne, z odżywkami i jedzeniem. Należy wytyczyć alternatywne trasy dla kierowców i objazdy dla komunikacji miejskiej, uruchamiane przecież nie tylko na czas samego biegu, ale również przed i po nim.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 48/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. East News

Wydanie: 48/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy