Big Brother – Wszystko za kasę

Big Brother – Wszystko za kasę

Co jeszcze wymyśli Wielki Brat dla nabicia kasy? – Może teraz seks grupowy – szydzą internauci

Kierownictwo TVN odetchnęło. Inżynier Ireneusz Próchenko, 41-letni radomianin oskarżony o malwersacje (wkrótce rozprawa w sądzie), zszedł już z oczu kamerzystów programu „Big Brother”. Sterowane oklaski fanów towarzyszące wyjściu pierwszego nominowanego w III edycji, były wyjątkowo krótkie. Organizatorzy chcieli jak najszybciej pozbyć się dowodu skandalicznego niedopatrzenia w czasie rekrutacji. Może jakoś ludzie zapomną o tej wpadce. Do trzech razy sztuka. Pierwsza wpadka też była z Irkiem, ale Gregorczykiem, niezbyt obliczalnym psychicznie sołtysem z Lubuskiego.
Trzecia, mógłby ktoś powiedzieć – zdarzyła się za sprawą Łukasza Wiewórskiego zwanego „Kenem” i Agnieszki Frykowskiej „Frytki”. Ten ktoś musiałby jednak nie mieć nic wspólnego z inicjatorami przedsięwzięcia pod tytułem „BB”. Bo dla ekipy żyjącej z tego, co się dzieje w domu Wielkiego Brata, całodobowa bezpruderyjność pary uczestników to powód do radości porównywalnej z wygraną w totolotka. Przecież napędzili kasę.
A poza tym, jak mówi dyrektor programowy TVN, Edward Miszczak, nic się nie stało, wszak żyjemy w epoce normalsów.

Lubisz hard core?

Jacy oni są – ci normalsi, zamknięci dziś w klatce nr 3 Wielkiego Brata? Posłuchajmy, o czym rozmawiają.
Nazajutrz po tym, gdy „Ken” i „Frytka” skonsumowali już erotyczny pociąg ku sobie, mężczyzna udzielił rad kolegom w czasie śniadania: „Dmuchaj młody, dmuchaj, jak nie masz w co dmuchać, to dmuchaj w ogień… Bij, bij konika. Ja nie muszę, od konika mam tu pewną panią” (tu zerknięcie w kamerę).
W tym samym czasie „Frytka” odpowiadała dziewczynom (które ją podziwiały, ale jeszcze nie wiedziały, czy starczyłoby im odwagi na taki popis przed kamerami), że robi, co lubi, bo przecież żyje w wolnym kraju. Zwierzyła się też, że pozostawała w związku z chłopakiem, którego utrzymywała, a on „jeszcze chlał i bił ją po ryju”.
Niemalże wszystkie rozmowy mieszkańców domu Wielkiego Brata krążą wokół jednego tematu – seksu. Panowie potrafią godzinami rozmawiać o piersiach swoich koleżanek, posługując się przy tym sformułowaniami, w rodzaju: „zwisy”, „krosty”, „psie uszy”. Prowokatorem rozmów seksualnych jest głównie „Ken”. Pozostali mężczyźni usiłują mu dorównać i popisują się opowieściami o łóżkowych podbojach na wolności. Kobiety włączają się w te rozmowy bez większych oporów. „Barbie” przyznaje, że jest nimfomanką, a Magda – że chętnie się onanizuje. Karykaturalnie gruba „Zołza” chwali się, jak na urodzinach urwał się jej film. Fragment takiej pogawędki:
Wojtek: – „Frytka”, ty lubisz hard core? Pejcze, kajdany? „Frytka”: – Noo. „Góral”: – A bronę?
„Ken” do „Frytki”: – Jeżeli nie ma seksu, to ja w ogóle nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Leżysz ze mną tylko dlatego, że ja tego chcę. Sama wiesz, że ci do „Barbie” wiele brakuje. „Frytka”: – Odp… się.
Na porządku dziennym jest również nazywanie innych „suką” lub „zdzirą”. Mieszkańcy obgadują się przy każdej okazji, a potem donoszą osobie obgadywanej, kto i co o niej mówił. Często okazują sobie jawną niechęć, obrażają się na siebie i podjudzają.
Kasia: – Wkur… mnie, że wszyscy liżą sobie nawzajem d…, żeby nie być nominowanymi.
Jeśli nie intrygują, nie oglądają się narcystycznie nago w łazience, nie szczują na siebie, nie obłapiają się, wówczas demonstrują, że mimo kamer chcą być sobą.
Wojtek Bernacki, z zawodu budowlaniec, głośno odkrzykuje w stronę wielomilionowej widowni, że jak zechce, to „od dziś będzie chodził w brudnych gaciach. Pierdzielę jakieś rygory – ze szlacheckiej rodziny pochodzę!”.
„Ken” co rusz rozkłada na łóżku torbę pełną kosmetyków i z lubością, uważnie ogląda swoje ciało, czy aby nie wyskoczyła mu jakaś krostka. Potem jedną ze specjalnie przywiezionych szmatek (którą wybrać? – zastanawia się co wieczór) poleruje paznokcie. Wzdycha: pierwsze, co zrobi, gdy wyjdzie z domu Wielkiego Brata, to umówi się na zabieg w gabinecie kosmetycznym.
Wanda Korolczuk, językoznawca, współautor jednego z poradników językowych, tak komentuje komunikowanie się bigbrotherowców: – Wulgaryzmy, niewybredne epitety, wyzywający styl rozmów jest zarówno językiem kluczem, poprzez który mieszkańcy chcą zwrócić na siebie uwagę, jak i konsekwencją środowiska, w którym wyrośli. Agresja słowna ma na celu przekazanie odbiorcy pewnego komunikatu – „ja tu rządzę”. Najczęściej jest maską, za którą kryją się ludzie słabi. Mieszkańcy domu „BB” nie potrafią budować zdań złożonych. Nieumiejętność rozróżniania związków frazeologicznych jest efektem cywilizacyjnym. Ludzie ci zostali wychowani w kulturze obrazkowej, gdzie od małego rodzice „podłączali” ich do telewizorów. Zapewne żaden z uczestników nie potrafi wymienić pięciu tytułów ulubionych książek z dzieciństwa, gdyż im tych książek po prostu nie czytano. Rozmowy o seksie należy też interpretować jako zaczepkę, która ma na celu udowodnienie rozmówcy, że jest się na luzie. Ciągłe rozmawianie na ten temat zdradza chęci zaimponowania innym. Trywializowanie w wypowiedziach spraw intymnych może również wynikać z próby usprawiedliwiania się z tego, co się samemu robi.

Foremki czekają

Ci, którzy właśnie są na wizji, już nie mówią, jak ich poprzednicy w I edycji, że w razie wygranej podzielą się pieniędzmi z chorymi i innymi potrzebującymi.
Łukasz Wiewiórski kupi dobre auto i zwiedzi Australię. Pójdzie na studia – psychologię, aby już po dwóch miesiącach otworzyć gabinet terapeutyczny. Do tego nie trzeba dyplomu, a on lubi romanse, mogą być ze sfrustrowanymi biznesmenkami.
Katarzyna, 20-letnia uczennica ogólniaka, chce mieć dziecko. Jeśli nie znajdzie szybko męża w Polsce, pojedzie do Grecji i tam poszuka reproduktora. Nie poinformuje go o ojcostwie. Sama pobawi się żywą lalką. Namawia na to też 34-letnią Katarzynę, bo „razem będzie fajowo, ty mnie odwiedzisz, a ja ciebie”.
Tyle zdradzają sami, mimochodem. Ale jeszcze daleko do pełnego obrazu.
– TVN ugniata w „Big Brotherze” ludzi niczym plastelinę i wkłada w gotowe foremki – twierdzi kulturoznawca, prof. Roch Sulima.
Prawie wszyscy uczestnicy poprzednich edycji po wyjściu z programu i obejrzeniu odcinków ze swoim udziałem byli zbulwersowani wykreowaniem ich na osoby, którymi w swoim mniemaniu nie są. Dopiero wtedy zrozumieli, że ich telewizyjny obraz nie zależał od wszędobylskich, bezdusznych, ale obiektywnych kamer, lecz od sztabu ludzi, którzy dzień i noc, podnieceni górą zarabianych pieniędzy, analizowali każdą scenę. Tylko po to, by w przekazie dla wielomilionowej widowni ułożyć je w kolaż odpowiadający komercyjnym interesom producenta.
Piotr Gulczyński powiedział, że zrobiono z niego macho o szowinistycznych poglądach tylko dlatego, że reżyser postanowił stworzyć buntownika w skórzanej kurtce. – Pokazali mnie wyłącznie ze złej strony – powtarzał w wywiadach dla prasy.
Tego samego zdania był Grzegorz Mielec, którego przedstawiano jako nieustannie przytulającego się do Karoliny. Twierdził, że to ewidentna manipulacja. Rzekomy romans z Karoliną Pachniewicz stworzyli producenci. Jeżeli Grzegorz objął raz rano dziewczynę, w następnym odcinku pokazywano ich tylko w tej sytuacji, a pomijano wydarzenia z całego dnia. Widz miał wrażenie, że Grzegorz z Karoliną całymi dniami nie robią nic innego, tylko obściskują się na łóżku. W przekazie telewizyjnym celowo pominięto pewne zalety Mielca. Zwiedził pół świata i zna biegle sześć języków, w tym włoski. Podczas tygodnia włoskiego stacja ani razu nie pokazała Grzegorza mówiącego po włosku więcej niż dwa słowa.
Działo się to w czasie, gdy faworytką autorów programu była odmawiająca wieczorny paciorek Alicja i jej pozostawiony w Gdańsku narzeczony. Aby wyeksponować tę parę ludzi sukcesu, TVN zainscenizowała nad brzegiem Bałtyku romantyczną scenerię oczekiwania zakochanego biznesmena na nominowaną do wyjścia piękną dziewczynę. Było jak w scenie z filmów włoskich neorealistów.
Jednakże gdy kilka dni później wyszło na jaw, że biznesmen jest ścigany przez prokuratora, a narzeczona raczej nie spędzała we Włoszech czasu w kościołach, manipulatorzy z „BB” podczernili obraz Alicji. Teraz była pokazywana jako osoba konfliktowa, niedouczona i fałszywa.
Jawna manipulacja sięgała zenitu podczas niedzielnych „Ringów”, kiedy dom miał opuścić mieszkaniec wybrany przez telewidzów. Najwięcej telefonów i SMS-ów przychodziło podczas programu i w związku z tym TVN grał na niekorzyść mieszkańca, który – zdaniem producentów – powinien być wyeliminowany.
Odbywało się to w następujący sposób: podczas „Ringu” zawsze przypominano, co dana osoba robiła w ciągu tygodniu. Ta, której TVN chciał się pozbyć, była przedstawiona wybiórczo i wyjątkowo negatywnie.
Na początku II edycji TVN manipulował też głosami telewidzów w ten sposób, że przed podaniem numerów telefonów, na które trzeba było dzwonić lub wysyłać SMS-y, Martyna Wojciechowska czytała zdania ukierunkowujące telewidzów, np.: „Jeżeli denerwuje cię konfliktowość Wojtka Glanca i chcesz, by to właśnie on opuścił dom Wielkiego Brata, zadzwoń…”.
Wielokrotnie oszukiwano także widza, że ogląda dom „BB” na żywo (w prawym górnym rogu ekranu telewizora widniał stosowny napis). Kilka razy TVN miał z tego powodu wpadki: gdy podczas wieczornego programu kamera niechcący najechała na okno, za którym… świeciło słońce.
W II edycji postawiono na konflikt. Przy takiej koncepcji obstawali Holendrzy z firmy Endemol, która ma prawa autorskie do programu. Uczestnicy mieli się kłócić i awanturować. Gdy po kilku odcinkach znudzeni mieszkańcy domu tylko snuli się po swej klatce, organizatorzy usiłowali podgrzać atmosferę. Wstrzymano dostawę papierosów, przez co wszyscy stawali się rozdrażnieni i wybuchowi. Celowo łączono w pary osoby niedarzące się sympatią. Tak zostali związani metrowym sznurkiem za nadgarstki Karolina Jakubik i Wojtek Glanc. Para musiała przez 24 godziny wykonywać razem wszystkie czynności. Dziewczyna załamała się po kilku godzinach. Gdy Karolina odeszła z gry, realizatorzy wprowadzili skandalistkę Ilonę. Zanim wystąpiła w „BB”, wzięła udział w programie Ewy Drzyzgi „Rozmowy w toku”, gdzie opowiadała o czteroletnim związku z żonatym mężczyzną (o w wszystkim wiedziała jego żona) i chwaliła się pozowaniem do „Playboya”.
Na finał II edycji rozmowa z Irkiem Gregorczykiem, który przeszedł atak załamania nerwowego, została nagrana kilka godzin wcześniej, ale tak, aby sprawiała wrażenie prowadzonej na żywo. Irek na żywo wypowiedział tylko dwa zdania.
Tyle przecieków z Sękocina. Oficjalnie nikt z pracujących przy programie nie chce się wypowiadać. Przyciśnięci do muru przyznają się, że boją się chlebodawcy. Wszyscy podpisali lojalki na bardzo wysoką kwotę. Takie same lojalki obowiązywały podczas I i II edycji. Wtedy kaucja wynosiła 1 milion złotych.

Więźniowie TVN

Dla Wojciecha Glanca, uczestnika II edycji, obecna edycja to „dno dna”. – Producenci pojechali po najniższych ludzkich instynktach. Pokazując sceny zbliżenia już w drugim dniu, złamali podstawową zasadę teatralną – nie może być trupa w pierwszym akcie. Po tak mocnym początku będą musieli się teraz nieźle nagłowić, czym jeszcze zaskoczyć widza. Do czego zdolny jest TVN, żeby podnieść oglądalność? Co teraz zaaranżują? Sado-maso? Morderstwo?
Glanc, który regularnie obserwuje zachowania mieszkańców domu, podejrzewa, że biorą oni narkotyki. – Raz – przypomina sobie – rozmawiali nawet o paleniu marihuany. „Nieźle się ostatnio nabuchaliśmy”, powiedzieli.
– To oczywiste – sumuje swoje spostrzeżenia niedoszły idol – że TVN tworzy wizerunek osób biorących udział w programach reality show. Bohaterów I edycji wykreowano na wesołków, nas, z edycji II – na ludzi nijakich. Tym razem postanowiono na prymitywność. To się zawsze sprzedaje. Tylko jak długo?
Wojtek, zapytany przez nas, czy TVN go teraz promuje, śmieje się w głos. – Dobre pytanie! – mówi. – Nic się nie dzieje. Odkąd wyszedłem z domu Wielkiego Brata minęło pół roku, a TVN nadal uprawia partyzantkę. Ja nagabuję, oni uciekają. Wielokrotnie przynosiłem projekty programów, przedsięwzięć, akcji teatralnych i zawsze słyszałem: „Zostaw, zobaczymy”. Oni nas przeżuli i wypluli.
Glanc uważa, że gdyby był wolny od TVN (wszyscy uczestnicy są związani ze stacją dwuletnim kontraktem, nie mogą działać na własną rękę), miałby duże szanse, żeby zaistnieć. Konkurencja zainteresowała się jego scenariuszami, ale na tym musiało się skończyć.
– Nie potrafiliśmy sobie poradzić z powrotem do normalnego życia. Większość z nas wpadła w stany depresyjne. Opieka psychologiczna ograniczyła się do 15-minutowej rozmowy tuż po wyjściu z domu.
Mama Wojtka Glanca, pani Halina: – Sytuację syna w programie i po jego zakończeniu przypłaciłam nerwicą. Teraz patrzę na ludzi z III edycji i zastanawiam się, czy ich też TVN potraktuje jak jednorazowe szmatki, którymi się wyciera, a potem wyrzuca.
Marzena Wieczorek, zwyciężczyni II edycji „BB”, również twierdzi, że nie dostała od TVN żadnej propozycji współpracy.
– Gdy po programie ludzie z TVN odprowadzali mnie na pociąg, powiedzieli: „Jakby co, to się spotkamy”. I nie spotkaliśmy się. Dali nam do zrozumienia, że zawiedli się na nas.

Ci się nadają

Już w II edycji nieoficjalnie mówiono, że przegląd kandydatów był powierzchowny. W trzeciej edycji producenci postanowili bardziej się przyłożyć. Uczestników szukano nie tylko wśród zgłoszeń, ale także przez tak zwany research bezpośredni. W ten sposób odkryto Jędrka Galicę, górala z Zakopanego, oraz Magdę Szewczyk, którą pracownicy firmy Endemol wyłowili w warszawskiej dyskotece Ground Zero.
Casting do obecnego programu trwał dwa miesiące. Zgłoszenia SMS-owe wysłało 40 tys. chętnych. Poza tym przyszło 20 tys. listów. Przeprowadzono rozmowy telefoniczne z 5 tys. kandydatów. Na kwalifikacyjne zaproszono 210 zgłoszonych. Do drugiego etapu castingu zakwalifikowało się 50 osób. Rozmowy z kandydatami zajęły 35 tys. taśm.
I jakie rezultaty? Sito egzaminacyjne przepuściło osoby, które nie powinny znaleźć się na wizji. A już na pewno nie jako typowi Polacy.
Irek Próchenko jest oskarżony o paserstwo i fałszerstwo. Dziennikarzy poinformowała o tym pracownica sądu – o mało nie spadła z krzesła, gdy zobaczyła w telewizji mężczyznę, który jako oskarżony pod jej czujnym okiem czytał akta własnej sprawy karnej.
Beneficjentów castingu oceniają nie tylko telewidzowie, ale również amatorzy rozmów w Internecie. Coś się zmieniło na tym forum w porównaniu z reakcją na pierwsze wejście do domu Wielkiego Brata.
Jeszcze kilka miesięcy temu wypowiadał się głównie internetowy margines dający upust swym emocjom ordynarnym słownictwem. Dyskutanci znajdowali wyraźną przyjemność w wyścigu do językowego rynsztoku. Oto próbki tej rozmowy:
„Big sradel, takiej kaszany jeszcze w telewizji nie widziałem”. „Czy jest kamera w muszli klozetowej?”. „Nie wyobrażam sobie dnia bez obejrzenia „BB”, a jak na końcu zostaną sami swoi chłopi, to mogą jeb… pedzia, po to tam jest”.
Edycja III sprowokowała do wypowiedzi przeciwników programu.
Pisze Iza: „Właśnie takich ludzi jak wy Irek Próchenko oszukał. Też twierdzili, że jest fajnym facetem i powierzyli mu swoje pieniądze. Jak na tym wyszli?”.
„Dlaczego nie cierpię „Big Brothera”? (…) Mam wrażenie, że ludzie, którzy tam występują, przynajmniej ich zdecydowana większość, są po prostu głupi. Typowy motłoch z jakichś podmiejskich wiosek”. (Hubert); „Zgadzam się Hubertem całkowicie. (…) Twórcy „BB” na pewno zdają sobie sprawę z tego, że upowszechniają zły i szkodliwy na dłuższa metę typ obyczajowości” (U); „Chora perwersja, George Orwell przewraca się teraz w grobie. Idea „Big Brother” w książce „1984” jest przestrogą przeciwko totalitarnej przemocy, braku odosobnienia i tajemnic” (Oczytany aktywista).

Nie jesteście tu potrzebni

Ci, którzy nakręcają bigbrotherowy interes, ani myślą słuchać ostrzegawczych głosów autorytetów różnej profesji. Tymczasem psychoterapeuta Wojciech Eichelberger już w czasie II edycji zauważył, że wobec wielomilionowej publiczności upowszechnia się niewłaściwe wzorce osobowe. Związki, w jakie wchodzą bohaterowie „BB”, z góry są skazane na hipokryzję. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że ludzie są ustawicznie podglądani, ale przede wszystkim uczestnicy tej strasznej gry z założenia muszą siebie zdradzać i nawzajem eliminować.
Ks. Wiesław Niewęgłowski, krajowy duszpasterz środowisk twórczych, zagrzmiał jak z ambony:
– Ten program to objaw patologii zarówno w telewizji, jak i w społeczeństwie i ci, którzy go oglądają, którym, jak rozumiem, rozregulowały się normy i obyczaje, powinni rozważyć, czy nie należy prędko stanąć w kolejce do psychiatry.
Psycholog Andrzej Samson też nie ma złudzeń, że nie da się dorobić do tego programu wizji szlachetnej rywalizacji. – Nie wmawiajmy sobie, że gówno pachnie fiołkami. Chodzi o szmal, więc nie opowiadajmy o działaniu psychoterapeutycznym takich emisji, o zdrowej rywalizacji uczestników, ich chęci uporządkowania sobie własnego życia doświadczeniem, zdobytym w domu Wielkiego Brata.
Jest wręcz przeciwnie. Jak zauważa prof. Andrzej Rychard ,socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, powodzenie „Big Brothera” świadczy o braku życiowego sukcesu tych, którzy chcą w edycjach uczestniczyć i tych, którzy chcą je oglądać, gotowi poświęcić na to tyle czasu.
A jeśli chodzi o siedzących przed telewizorami, to etyk dr Krzysztof Wojcieszek ocenia ich postawę identycznie jak tłum, który w XV w. szedł na rynek oglądać powieszonego.
Wszystkie te opinie mają już charakter epigoński. Naukowcy wycofali się z pola zawłaszczonego przez twórców rodzimego „BB”. Magdalena Środa, etyk z Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, z III edycji widziała – przypadkiem – zaledwie kilkanaście minut i również jak jej koledzy po fachu nie zamierza tego oglądać.
– Nie z powodu – tłumaczy – zgorszenia nagością czy jakimś szczególnym wyuzdaniem bohaterów, lecz – głupoty. „Zgorszenie” to zła kategoria. Ludzie powinni bardziej się gorszyć wojną, przemocą i obojętnością niż seksem czy nagością. Więc nie o zgorszenie tu idzie. Pierwsza edycja była dość interesująca. W programie pojawiły się jakieś osobowości, no i ciekawiło mnie, dlaczego tak bardzo bawi nas podglądanie innych; co się dzieje z kulturą masową, która tak szybko i bezpowrotnie łamie granice dyskrecji i prywatności. Teraz się okazuje, że praktycznie nie ma takich granic. Cała kultura masowa staje się coraz bardziej płaska, bezwartościowa, odrzucająca, ogłupiająca. I jednolita.


Kto na tym zarabia
Interneuci mogą sobie gaworzyć, żadnym słowem nie zatrzymają nakręconej już maszynki do robienia pieniędzy, jaką jest „Big Brother”. A szelest wysypujących się z niej banknotów podnieca zarówno uczestników jak, i twórców programu.
Wygrana wynosi 500 tys. zł. Według ekspertów i dziennikarzy, tylko na pierwszej edycji TVN zarobił (po odliczeniu kosztów przygotowania) 70 razy więcej, bo co najmniej 35 mln zł. Z danych AGB Polska wynika, że na reklamach podczas trzech miesięcy stacja zyskała (według cennika) 107,8 mln zł. Po udzieleniu rabatów – ok. 45 mln zł. W pierwszej edycji program miał dwóch sponsorów: Ideę POP oraz Sprite’a. TVN zażądał od każdej z firm 3,5 mln zł.
„Big Brotherowi” towarzyszy wiele usług uzupełniających. Uczestników programu można nie tylko podglądać w telewizji, ale również podsłuchiwać przez audiotele, czytać o nich w specjalnym magazynie i SMS-ach. Linia podsłuchowa 0-700 kosztowała 2,44 zł za minutę. Podsłuchiwać można było również przez komórkę. Dzięki SMS-om oferowanym przez operatorów telefonii komórkowej fani dostają dwie wiadomości z informacjami o tym, co się dzieje w domu Wielkiego Brata. Jednorazowa opłata za aktywację serwisu wynosi 9 zł.
Od czasu drugiej edycji trzeba płacić za przejrzenie internetowego serwisu „Big Brother”. Po wysłaniu SMS-a dostaje się specjalny kod, który jest ważny dobę, kilka dni lub miesiąc.
W trakcie I edycji jeden egzemplarz tygodnika „Big Brother” kosztował 3,6 zł i sprzedawał się w nakładzie 150 tys. Przy pierwszym podejściu ukazało się 15 numerów, więc zysk z tego przedsięwzięcia wyniósł ok. 8,1 mln zł.
„Wielki Brat” to także liczne gadżety. Oferowane są kurtki, wiatrówki, plecaki, czapeczki i kubki z logo programu. Fani mogli nabyć kasety wideo z najlepszymi fragmentami programu (19,99 zł) i płytę kompaktową ze składanką przebojów, które przygrywały mieszkańcom domu podczas porannych ćwiczeń (59,99 zł). Klaudiuszowi wydano książkę o pobycie w domu Wielkiego Brata pt. „Sękocin od kuchni”. W kiosku Ruchu kosztowała 8,80 zł. Wspomnienia w druku sygnował także Piotr Gulczyński.
TVN inwestuje przede wszystkim w uczestników pierwszej edycji. Stacja ma 10-procentowe udziały w podejmowanych przez nich przedsięwzięciach. Intensywnie działa Piotr Gulczyński. Teraz promuje piwo o nazwie Gulczas wprowadzane na rynek przez ITI wspólnie z Browarem Jabłonowo. Na wszystkich przedsięwzięciach po wyjściu z domu Wielkiego Brata Gulczyński zarobił więcej, niż wyniosła główna wygrana. Ma głowę do interesu np. za spotkanie z fanami w Empiku zażądał 3 tys. zł.
Klaudiusz zarabia, występując w programach telesprzedaży i telewizyjnym programie o gotowaniu. Małgosia prowadzi w TVN audycję o wyposażeniu wnętrz. Manuela, etatowa już pracownica TVN, jako pierwsza Polka pojawiła się na okładce miesięcznika „Cosmopolitan”.
Wszystko jest przeliczone na złotówki. Producenci bali się, że taśmy z erotycznymi ekscesami „Frytki” i „Kena” przedostaną się na zewnątrz i ktoś na tym zarobi. Dlatego kaseta z nagraniem upojnej nocy od razu została zapieczętowana w szafie pancernej w pokoju głównego wydawcy.
Chcą też nabić portfele reżyserzy filmowi. W maju pojawi się film Jerzego Gruzy „Yrek”, który w pewnym stopniu będzie kontynuacją komedii „Gulczas, a jak myślisz?”. – W filmie ponownie pojawi się wątek miłości Karoliny i Grzegorza, uczestników I edycji.


Nie jesteśmy wyjątkiem
Również w innych krajach ci, którzy brali udział w reality show, przeżywali potem dramaty.
W USA zaproszony do studia Jonathan Schmitz doznał szoku, kiedy jego kolega publicznie wyznał mu miłość. Schmitz kilka dni później zamordował adoratora. Inna ofiara telewizyjnych show, Nancy Panitz, wystąpiła u Jerry’ego Springera, bo chciała pogodzić się w mężem. Ten zjawił się z kochanką, a trzy tygodnie później zamordował Nancy w jej mieszkaniu. Sinis Sawij, uczestnik szwedzkiego programu „Expedition Robinson”, popełnił samobójstwo. Po wykluczeniu z grupy rzucił się pod pociąg. Jedna z postaci brytyjskiego „BB”, Melanie Hill, unika ludzi, bo jej wizerunek w programie został świadomie wykrzywiony i dopasowany do stereotypu „modliszki”. Kiedy wychodziła z domu „BB”, czekał na nią wrogo nastawiony tłum. Inny z bohaterów, Nick Bateman, otrzymał od realizatorów przydomek „Nasty” – podły. Teraz ma wrażenie, że etykietka przylgnęła do niego na całe życie.

 

Wydanie: 12/2002

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy