Królik wyciągnięty z… ucha

Królik wyciągnięty z… ucha

Krakowscy naukowcy, którzy sklonowali królika, próbują też wyhodować kota niewywołującego alergii

Doktor Maria Skrzyszowska delikatnie wyjmuje puchatą kulę z kojca. To NT-20 – królisia. N od „nuclear”, a T – „transfer”, natomiast 20 oznacza liczbę porządkową rodzących się królików. Tak jest w dokumentach. Ale pan Adam, który opiekuje się zwierzętami w instytucie, nazywa króliczkę po prostu Adaśką. Adaśka więc jest spokojna i nie spuszcza z nas różowych oczu. Jedyne, co ją wyróżnia spośród króliczej braci, to uszy. – Są trochę uszkodzone, bo pobieraliśmy z nich próbki do badań – wyjaśnia pani doktor.
Klonowanie zarodkowe udawało się już 30 lat temu, więc i w podkrakowskim Instytucie Zootechniki wciąż doskonalono tę metodę. Jednak do czasu urodzin Dolly w 1996 r. nikt nie wierzył, że jest możliwe klonowanie somatyczne, czyli nie przez komórki rozrodcze. Gdy jednak dokonał tego prof. Jan Wilmut, wiele laboratoriów poszło jego śladem…
Technika zastosowana w Instytucie Zootechniki w podkrakowskich Balicach, żeby sprowadzić na świat NT-20, niczym się nie różni od klonowania somatycznego. – Tyle tylko – mówi dr Skrzyszowska – że manipulacje odbywały się w obrębie komórki zarodkowej, która jest zdecydowanie mniejsza niż jajowa, wykorzystywana dotąd jako biorca.
Krakowscy naukowcy pobrali materiał do klonowania z ucha rodzica NT-20 i jądro takiej komórki wprowadzili do jednej z dwóch komórek, z których składał się zarodek samicy królika. Królica urodziła ośmioro dzieci różnej płci. Jedno z nich, samiczka NT-20, jest klonem.
Ponieważ zarodek ma wielkość ok. 100-110 mikronów, zabieg klonowania przeprowadza się przy 200-krotnym, a nawet 400-krotnym powiększeniu. Precyzję poszczególnych czynności zwiększa korzystanie z zestawu manipulatorów. Składa się on z dwóch ramion. Na jednym mocuje się instrument służący do przytrzymywania komórki biorcy, natomiast na drugim ramieniu zamontowana jest pipeta iniekcyjna. Do zabiegów mikrochirurgicznych wykorzystuje się specjalne szklane mikronarzędzia, które pracownicy instytutu sami produkują.

„Przeprogramowane” zwierzęta

Klonowanie w klasycznym wydaniu znalazło się w impasie. – Mankamentem metody prof. Wilmuta jest jej niska wydajność – mówi prof. Zdzisław Smorąg, wicedyrektor Instytutu Zootechniki. Ponadto tylko nieliczne klonowane zwierzęta są zdrowe i niczym nie różnią się od osobników, które przyszły na świat drogą rozrodu naturalnego. – Z początkiem tego roku trzeba było uśpić owieczkę Dolly – przypomina profesor – bo miała kłopoty z oddychaniem i starzała się szybciej, niż jej naturalnie urodzone rówieśnice.
W balickim instytucie zootechniki liczą na to, że z NT-20 będzie inaczej, gdyż sprowadzając ją na świat, zastosowano zmodyfikowaną, a nie zwykłą metodę klonowania somatycznego. – Klonowanie jest procesem bardzo niefizjologicznym – mówi prof. Smorąg – bo dojrzała już komórka somatyczna musi zaczynać wszystko od nowa. Odbywa się tzw. reprograming, czyli cofanie zegara biologicznego. Dr Skrzyszowska dodaje: – Jesteśmy w momencie, w którym techniczne możliwości klonowania somatycznego ssaków wyprzedziły zrozumienie biologicznych uwarunkowań tej metody. Nie potrafimy też nadal jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, jak to się udaje, że rodzą się „przeprogramowane” zwierzęta. Dlaczego jest ich zbyt mało w stosunku do liczby rekonstruowanych zarodków? Niektóre są wadliwe i stąd tak duża ich śmiertelność. To zaś wskazuje, że w bardzo wielu przypadkach owo „przeprogramowanie” nie przebiegało prawidłowo.
– Ale i tak zastosowane przy sprowadzaniu na świat NT-20 klonowanie mieszane jest bardziej wydajne niż klasyczne – uważa prof. Smorąg. Niewątpliwie jest to metoda zdrowsza. Zdaniem profesora, z pewnością ma to swoje znaczenie, ale jak duże, musi potwierdzić życie NT-20 i wielu innych królików.

Użyczanie życia

Prof. Smorąg mieszka tuż obok instytutu, więc praca naukowa wkracza też do jego domu. Przykładem jest chociażby domowy pieszczoch – kocica Funia, rodowodowy pers. Pobrano od niej komórki do doświadczenia mającego doprowadzić do wyhodowania kota, który nie będzie uczulał.
– Praca wypełnia niemal całe moje życie – przyznaje profesor – ale mam też inną pasję, jestem kibicem piłkarskim. Może jedynym w Krakowie, który równie mocno trzyma kciuki i za Cracovię, i za Wisłę. Bywałem na meczach „pasiaków” jeszcze w czasach, gdy na drewnianych wówczas trybunach stadionu przy ul. Kałuży zasiadał prof. Kazimierz Wyka.
Każdy w zespole, który wyhodował NT-20, ma potrzebę interesowania się jeszcze czymś innym. Np. dr med. Marek Pieńkowski, który przez wiele lat był profesorem na uniwersytetach w USA, jest teraz właścicielem kilku klinik specjalizujących się w leczeniu astmy i alergii. Zajmował się też embriologią. Doktor Pieńkowski ma praktyczne spojrzenie na to, co robi zespół instytutu. Chce wiedzieć, czy badania doprowadzą do powstania konkretnego produktu: białka, hormonu wzrostu czy mleka antyalergicznego.
Krakowscy naukowcy uczestniczą też w zakrojonym na szeroką skalę projekcie transplantacji organów zwierzęcych. Trzeba je jednak zmodyfikować genetycznie, by przeszczepiane organy nie zostały odrzucone. To ciągle niewiadoma, a jej wyjaśnieniu służą kolejne doświadczenia.
Tu pojawia się pytanie o etyczny wymiar tego rodzaju doświadczeń. Zdaniem dr Marii Skrzyszowskiej, eksperymenty na zwierzętach to jedyna droga poznania i szukania odpowiedzi na nurtujące pytania. Naukowcy bogatsi o tę wiedzę będą mogli ją wykorzystać w służbie człowiekowi, tam gdzie to możliwe. Eksperymenty na zwierzętach mogą służyć nawet temu, by z niektórych się wycofać.
Czy zatem mamy prawo przeszczepiać ludziom zwierzęce organy? – Myślę, że chyba wszystko, co służy ratowaniu życia, jest dozwolone i etyczne – uważa prof. Smorąg. – Nieetyczne byłoby nieskorzystanie z takich możliwości. Kilka lat temu Jan Paweł II ogłosił list traktujący o użyczaniu życia. Ojciec Święty przekonuje w nim, że jeśli transplantacja nie będzie prowadzić do zmiany tożsamości człowieka, nie ma przeszkód do jej stosowania. A przecież przeszczep zwierzęcej nerki, serca czy wątroby nie może – na zdrowy rozum – zmienić niczyjej tożsamości. Inna sprawa to transplantacja międzygatunkowa mózgu.

Trzeba uzbroić się w cierpliwość

Największym osiągnięciem krakowskich naukowców jest to, że NT-20 nic nie dolega. Teraz trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż samiczka osiągnie dojrzałość płciową, pokryć ją i zbadać, czy przekaże zmodyfikowane cechy potomstwu. Gdyby tak się stało, świadczyłoby to, że możliwa chimeryczność królika NT-20 (organizm ma cechy zarówno zarodka zmodyfikowanego, jak i niezmodyfikowanego) nie dotyczy komórek rozrodczych i jego transgeniczność będzie dziedziczona.
– Czekanie nam się nie dłuży – mówi prof. Smorąg – bo właśnie urodziła się nam pierwsza jałówka dzięki wykorzystaniu nasienia, w którym oddzieliliśmy plemniki męskie od żeńskich. W lutym br. przyszło u nas na świat 18 prosiąt dzięki zarodkom witryfikowanym, czyli poddanym zamrożeniu. Zgłosiliśmy nawet tę metodę do opatentowania. Dzięki niej zamiast importować czy eksportować całe zwierzęta, będzie się wysyłać i otrzymywać gotowe zarodki.
Technologia klonowania somatycznego, która miałaby służyć powielaniu genetycznie identycznych osobników, jest droga i na obecnym etapie mało efektywna, uzasadniona jedynie w przypadku osobników o szczególnych walorach hodowlanych i użytkowych. Natomiast niewątpliwie perspektywą klonowania modyfikowanych genetycznie zwierząt, głównie gospodarskich, będzie wykorzystanie tej techniki do celów biomedycznych czy do uzyskiwania organów przydatnych w transplantologii – mówi dr Skrzyszowska. Wiadomo już dziś, że metoda krakowskich naukowców wpisuje się również w ten scenariusz.
(dziennikarka „Dziennika Polskiego”)

 

 

Wydanie: 46/2003

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy