Bigos polski

Bigos polski

Jest już po wyborach prezydenckich. Pół Polski świętuje, pół jest pogrążone w żałobie. Pisząc te słowa, nie wiem jeszcze, które pół świętuje, a które pół się smuci. Faktem jest, że Polska jest podzielona niemal dokładnie na pół. Nie wiem jeszcze, czy tym razem partyzanci wygonili Niemców z leśniczówki, czy Niemcy partyzantów. Mam wciąż nadzieję, że przyjdzie gajowy i wyrzuci z leśniczówki i Niemców, i partyzantów. Wszystko też wskazuje na to, że mimo skojarzeń nie będzie to gospodarz leśniczówki z Puszczy Białowieskiej, na którego wielu, zdaje się, liczyło. Jestem pewien, że tym zbiorowym gajowym będzie młode pokolenie Polaków.
Ten podział Polski na pół, ujawniający się przy kolejnych wyborach, jest w dodatku podziałem sztucznym i nieco bezsensownym.
Dziś mogę to wyraźnie napisać: w drugiej turze głosowałem na Komorowskiego. Ci, którzy mówili, że albo do wyborów nie pójdą, albo pójdą, ale skreślą obydwu kandydatów, pokazali, że zupełnie nie rozumieją polityki w wolnym i suwerennym państwie. Polityka jest bowiem sztuką osiągania celów. Te cele muszą być wyznaczone realistycznie. Jeśli nie mogę osiągnąć maksimum tego, co chcę, to próbuję osiągnąć tylko tyle, ile jest to w danej chwili możliwe. Polityka to naprawdę nie jest teatr pustych gestów. Owszem, w polityce i gesty są potrzebne, o ile czemuś służą. Są oczywiście takie sytuacje skrajne, że nic już osiągnąć nie można albo osiągnięcie celu wymaga zbyt dużej ceny i można sobie pozwolić jedynie na gest sprzeciwu. Z wysadzeniem się w powietrze włącznie. Ale przecież wróg nie stoi w granicach Rzeczypospolitej, Turczyn nie wdziera się na mury ani reduty nie zalewa jakaś „lawa błota najeżona ostrzami bagnetów”. Żyjemy we względnie spokojnych czasach, jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i NATO, życie wymaga od nas rozwagi i racjonalnych działań, nie kabotyńskich gestów. Jeśli realne jest, że prezydentem może zostać albo Komorowski, albo Kaczyński, to wybór jest prosty. Ktoś, kto skreślił obu kandydatów albo nie poszedł głosować, obojętne, czy tego chciał, czy nie, pomógł Kaczyńskiemu. Równie dobrze mógł zagłosować wprost na lidera Prawa i Sprawiedliwości.
Mówi się, że poza osobowością, kandydatów niewiele różni. Może jednak coś więcej niż osobowość. Ostatecznie Komorowski nie jest groźny dla demokracji i państwa prawa. Kaczyński jest. Tezę tę udowodnił z naddatkiem w latach 2005-2007, gdy rządziło jego ugrupowanie. To jednak dość istotna różnica.
To prawda, że w wielu kwestiach Platforma niewiele różni się od PiS. Obie partie razem budowały zręby IV RP, jeszcze w czasie, gdy razem były w opozycji. IPN, lustracja, dezubekizacja, rozwalenie służb wojskowych to ich wspólne dzieło. Choć tu uczciwie należy przypomnieć, że jedynym posłem Platformy, który nie głosował za rozwiązaniem WSI, był Bronisław Komorowski. Konserwatyzm Platformy bywa też niekiedy większy niż Prawa i Sprawiedliwości. To prawda. Kto jest bardziej konserwatywny: Jarosław Gowin (PO) czy Kluzik-Rostkowska (PiS)? Ale też prawdą jest, że za in vitro PiS chciało wsadzać do więzienia, a Platforma zastanawia się, czy i komu in vitro refundować. PiS całkowicie upolityczniło prokuraturę i służby, Platforma, bardziej czy mniej udolnie, próbuje to naprawiać.
PiS zepsuło stosunki z wszystkimi sąsiadami, a już zwłaszcza z najpotężniejszymi, Platforma lepiej czy gorzej to naprawia. PiS zawłaszczyło publiczne media, Platforma przez swoją arogancję i nieudolność nie potrafi mu mediów odebrać. Można Platformy nie lubić, można jej wytykać tę arogancję i nieudolność, można mówić, że zbyt wolno reformuje państwo, można jej wypominać liberalne doktrynerstwo, obyczajową pruderię, ale przecież nie można jej zarzucić, że ma inną niż liberalno-demokratyczna wizję państwa, że nie stara się chronić (z wyjątkami, jak się okazuje) praw człowieka, rozwijać demokracji, choć zapewne mogłaby to robić skuteczniej. Można zarzucać Platformie, że jest zbyt uległa wobec Kościoła, ale przecież jej liderzy nie latają do Ojca Dyrektora i z jego mediów nie szczują ludzi na siebie, nie snują spiskowych teorii, nie straszą. Liderzy PiS robią to nagminnie. Z Platformą można dyskutować, można się z nią o wiele rzeczy spierać, a nawet wykłócać. Z PiS nie ma dyskusji. PiS jest z innej epoki i innej cywilizacji, ma inną wizję państwa i społeczeństwa.
Wybory prezydenckie są bardzo ważne. Ale najważniejsze są wybory parlamentarne. Te będą za kilkanaście miesięcy. Czy do tego czasu społeczeństwo zmęczy się już zapasami dwóch gigantów i zniechęci do nich? I co nie mniej ważne, czy środowiska lewicowe potrafią się w tym czasie porozumieć na tyle, że uda się im zbudować realną alternatywę? Od dziś elektorat Grzegorza Napieralskiego przestaje być obiektem umizgów, bo jego głosy już są niepotrzebne. O nim samym też w mediach z natury rzeczy będzie mniej. Schodzimy znów na ziemię. Zresztą w ostatnich dniach i tak spośród ludzi lewicy większe zainteresowanie od Grzegorza Napieralskiego budził prezydent Zielonej Góry, wrażliwy estetyk i strażnik moralności socjalistycznej z czasów Gomułki, który ośmieszył się (a przy okazji lewicę) nakazem pozbawienia rzeźby genitaliów. Nie dość, że popisał się głupotą, to jeszcze chciał być dowcipny, ale mu nie wyszło, i popisał się chamstwem, wręczając młodej autorce rzeźby T-shirt z rysunkiem męskich genitaliów, z komentarzem, że daje jej to, czego jej brakuje. Zaiste wyszukany dowcip i wyszukana rycerskość. Gdyby dziewczyna chciała się zrewanżować i dać prezydentowi koszulkę z rysunkiem tego, czego jemu brakuje, dopiero byłby ubaw. A może pan prezydent chciał pokazać, że lewica ma taką uniwersalną zdolność koalicyjną, że w sprawach moralności mogłaby się porozumieć nawet z Prawicą Rzeczypospolitej Marka Jurka?
I tak się nam upichcił bigos narodowy. Z postępowym Gowinem przeciwnikiem in vitro, lewicowym prezydentem Zielonej Góry o poglądach Marka Jurka, konserwatywną Kluzik-Rostkowską popierającą in vitro… Ten bigos, po wielokroć odgrzewany, prędzej czy później będzie dla Polaków niestrawny. Mało tego, zacznie cuchnąć. Trzeba zdążyć z nową, świeżą, strawną potrawą przed wyborami parlamentarnymi. Problem w tym, że kucharek ciągle sześć… a na szefa kuchni zgody wciąż nie ma.

Wydanie: 27/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy