Był rok 2018

Był rok 2018

Wigilia już mieszka w minionym roku, który odpływa jak oceaniczny statek, by zniknąć za horyzontem. Świętowaliśmy u kuzynki żony, w ich pięknym domu w lesie. Ona mądra, bliski mi jest jej syn, był z żoną i malutkim dzieckiem. Klimatolog, jeździ po świecie na konferencje. Apokaliptyczne wizje związane z globalnym ociepleniem. Fachowcy uważają, że już jest za późno – nawet gdyby teraz zupełnie zablokowano emisję dwutlenku węgla, reakcja łańcuchowa została uruchomiona. Mówi, że w tej sytuacji zastanawiał się, czy jest sens mieć dzieci. Nie, ale uznał, że jeśli się tak myśli, neguje się w ogóle sens życia. Nadal wielu ludzi nie wierzy, jak dramatyczna stała się sytuacja, pisowscy politycy cytują Biblię: „Pan oddał ziemię we władanie ludziom”, więc można tu robić, co się żywnie podoba. A z perspektywą wielkich tragedii w skali globalnej jest jak z małymi katastrofami, choćby z tą pod Smoleńskiem. Skoro leci kwiat polskiej polityki z prezydentem, różne zaniedbania nie wydają się ważne, skoro takie ważne są lecące osoby, jakoś to będzie. Tym bardziej nie mieści się głowie, by tragedia miała spotkać całą ludzkość w jej międzygwiezdnym locie, to niewyobrażalne, więc wyrzuca się złowrogą perspektywę z głowy. Jakoś to będzie. A w wigilijny wieczór o polityce ani słowa. Nie tylko dlatego, że ojciec żony, jedyny w rodzinie pisowiec, jest chory i nie wolno go denerwować. Nie mamy już sił.

Mój synek Antoś dostał od Mikołaja wymarzonego iPada, rozmawia z nim, na razie tylko po angielsku, polska wersja w drodze. iPad odpowiada na pytanie ludzkim głosem, czasami poetycko i inteligentnie, tak odpowiedział na pytanie: kim jesteś? Tak, to początek nowej epoki, gdy sztuczna inteligencja wkracza do naszych domów. Piszę powieść, w puencie przenoszę się w przyszłość, rok 2040, mój bohater ma 90 lat i rozmawia z robotem domowym. Teraz widzę, że nie doceniłem robota, musi być mądrzejszy.

Wpada mi w ucho radiowa wiadomość, że zmarł izraelski pisarz, nie usłyszałem nazwiska, dreszcz niepokoju. Sprawdzam w internecie. Amos Oz nie żyje. Tak był mi bliski jako pisarz i człowiek. Spotkałem go kilka razy. Miał polskie korzenie. Typ mędrca i świętego. Trochę rabin, ale zupełnie niereligijny. Bardzo ostro krytykował Izrael, też za politykę wobec Palestyńczyków, prawica izraelska go nie znosiła. Był ciepły i współodczuwający. Pamiętam, jak mówiłem mu, że skala Holokaustu, który dokonał się na polskich ziemiach, nie została w pełni pojęta i przeżyta przez Polaków i nadal tli się u nas jakiś pokraczny antysemityzm, magiczny, już bez żywego obiektu, gdy z drugiej strony krzewi się filosemityzm. Jedno i drugie nienormalne. Zanotowałem jego odpowiedź: „Nie może być normalnych stosunków między Polakami i Żydami. To nigdy nie będą relacje jak między Nową Zelandią i Polską, za wiele jest historii. O co możemy powalczyć, to nie o normalność, lecz intensywność i próbę wzajemnego zrozumienia. Powinniśmy rozmawiać. Byliśmy małżeństwem przez tysiąc lat, to nie było małżeństwo szczęśliwe, chociaż zdarzały się lepsze i gorsze okresy. Małżeństwo skończyło się wielką tragedią dla Żydów i dla Polaków, ale są z tego dzieci, żydowskie geny w polskiej kulturze i polskie geny w naszej żydowsko-izraelskiej kulturze. Warto dbać o te geny, rozmawiać, tłumaczyć literaturę, ale nie ma mowy o normalizacji, nie będziemy jak Urugwaj i Australia”.

Zapytałem go też, dlaczego nigdy nie pisze o wojnie. Przecież brał udział w dwóch wojnach, a to świetny temat. On na to: „Nie umiem opisać smrodu, a to jest istota wojny. Brałem udział w dwóch. Doświadczenie niepodobne do innych, z innej planety emocji. W czasie wojny sześciodniowej zmobilizowano mnie jako rezerwistę na front egipski. Plotkowałem z kolegą, nagle obok zaczęły wybuchać pociski, a z pobliskiego wzgórza biegli jacyś nieznajomi i do nas strzelali. Pierwszym odruchem była myśl: trzeba dzwonić na policję…”.

Moja ulubiona jego powieść to „Fima”. Ileż jest podobieństw polsko-izraelskich, w dobrym i w złym, aż strach.

To niejedyna śmierć w końcówce minionego roku. Z Zuzanną Łapicką przyjaźniłem się w młodości, a Kazimierz Kutz kiedyś mnie wycałował za mocny felieton w „Newsweeku”. Był człowiekiem wielkiej pasji. I odszedł bp Pieronek, dawał nadzieję, że polski biskup nie musi być Sławojem Głódziem.

Sylwester w kinie na filmie Sorrentina „Oni”, a potem u przyjaciół. Jest kilka osób. O północy wznosimy toast: „Dla nas wszystkiego najlepszego, a im na pohybel”. I każdy wie, kim są nasi „oni”.

Wydanie: 2/2019

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy