Bisy na jubileusz

Bisy na jubileusz

Teatr Wielki w Łodzi ma już 35 lat i znów chce zadziwić operową publiczność

Pisano tak: 1,3 tys. miejsc na widowni, nowoczesna scena i obszerne zaplecze… – Gdy w styczniu 1967 r. oddawano do użytku nowy gmach Teatru Wielkiego w Łodzi, zespół miejscowej opery cieszył się jak sublokator, który po latach tułaczki otrzymuje swoje wymarzone M-ileś – wspomina początki siedziby przy pl. Dąbrowskiego Stanisław Dyzbardis, który z operą w Łodzi związany jest od początku jej istnienia. Teatr zatrudniał wtedy aż 1,2 tys. osób, a jego wyposażenie budziło podziw przyjeżdżających z zagranicy artystów.
Dziś, gdy Teatr Wielki obchodzi swoje 35 urodziny, jego dyrektor, Marcin Krzyżanowski, mówi o swym miejscu pracy: „To uznany, duży zabytek”. W istocie – gmach niby ten sam, ale fotele na widowni wysiedziałe, a urządzenia techniczne sceny dawno już przestały spełniać wymagania stawiane nowoczesnym świątyniom sztuki. O dawnej świetności świadczą pożółkłe recenzje przedstawień i znajdujący się w pobliżu szatni nigdy nieodwiedzany „pokój do przebierania się dla pań”, gdzie w latach 70. elegantki zakładały wieczorowe kreacje.

Złoty wiek XXI

Gdyby jednak skupić się tylko na nostalgicznych wspomnieniach, wizerunek obecnego Teatru Wielkiego byłby wierutnym kłamstwem. Największa instytucja muzyczna Łodzi, która w przeżywała nawet najazdy dumnej Warszawy – docierającej tutaj specjalnym „muzycznym pociągiem” na przedstawienia, jakich w stolicy nie udało się stworzyć – znów wspięła się na artystyczne wyżyny. Jakby na przekór mizerii w resorcie kultury i w proteście przeciwko powszechnej dominacji popkulturowej papki.
Wielka sztuka nie polega na złoceniach i wcale nie tworzy się dzięki supernowoczesnej technice audiowizualnej. Prawdziwa sztuka powstaje wtedy, gdy ludzie mają talenty i wolę działania, a tego na szczęście w Łodzi nie zabrakło.
Niewiarygodne, ale właśnie w podupadłym ośrodku polskiego włókiennictwa ostatnimi czasy miały miejsce wydarzenia artystyczne o randze ogólnopolskiej. To tutaj śpiewał słynny Andrea Bocelli, tylko tutaj publiczność może zobaczyć niezwykłe dzieła współczesne: „Echnatona” Philipa Glassa (reżyseria Henryk Baranowski) i „Dialogi karmelitanek” Francisa Poulenca (reżyseria Krzysztof Kelm).

Bez dekoracji i kostiumów

Miejski budżet kultury skłania do drastycznego zaciskania pasa. Skład chóru operowego i baletu mocno się przerzedził, ale na scenie Teatru Wielkiego nadal powstają najwyższej rangi spektakle, choć bez drogich kostiumów, bez dekoracji, nawet bez uruchamiania teatralnej maszynerii, zapadni, obrotówek czy wind. Są przecież dzieła muzyczne owiane legendą, które publiczność gotowa jest przyjąć nawet w oszczędnościowej, koncertowej wersji. Tak było ze słynną, choć dawno w Polsce nieoglądaną operą George’a Gershwina „Porgy and Bess”, którą zespół Teatru Wielkiego wystawił pod batutą amerykańskiego dyrygenta, Yaakova Bergmana. Taką formę wybrano też do prezentacji arcydzieła Rossiniego – „Cyrulika sewilskiego”.
Publiczność nie miała za złe, że zamiast hełmów żołnierzom założono na głowy tekturowe teczki z nieczynnych biur teatralnych, że zamiast złoconych epoletów przy mundurach wpinali sobie w klapy marynarki… spinki do włosów, a jedynym rekwizytem tytułowego cyrulika był zwykły grzebień. Przeciwnie, ten „ubogi jak mysz kościelna” Rossini iskrzył się doskonałym humorem, miał żywe tempo i emanował muzycznym pięknem dzięki pomysłowości reżysera Detlefa Heusingera i dyrygenta Tadeusza Kozłowskiego, dzięki talentom wokalnym i aktorskim Wojciecha Drabowicza (Figaro), Joanny Woś (Rozyna), Piotra Micińskiego (Bartolo) i Adama Zdunikowskiego (Almaviva).
A w dwa tygodnie później… „Falstaff”.

Premiera z premierem

Dyrekcja i zespół nie mają chwili odpoczynku. W maju zostanie wystawiony nowy balet, w czerwcu nowa „Halka”, potem „Rycerskość wieśniacza”, a na jesieni festiwale: Dialog Kultur, Festiwal Tansmana i Camerimage. Poza tym widzowie będą mogli oglądać najlepsze spektakle powstałe już w obecnym stuleciu.
Obchody 35-lecia Teatru Wielkiego potrwają do końca 2002 r. Honorowy patronat objął największy łódzki patriota w rządzie, premier Leszek Miller.
Na początek swego jubileuszu opera przygotowała dzieło genialne, trudne, nigdy w tym mieście niewystawiane, ostatni utwór Giuseppe Verdiego – „Falstaff”. Zaproszono światowe gwiazdy, słynnego barytona, Renata Brusona, i dyrygenta Marca Balderiego. Tym razem przygotowano piękne kostiumy i pomysłowe dekoracje. Komedia oparta na szekspirowskim tekście ukazała niezwykłe możliwości i europejski poziom całego zespołu.
Być może, powróci zwyczaj wycieczek do Łodzi, która staje się stolicą polskiej opery. Pilnujmy, aby ktoś tej muzycznej Łodzi nie zmusił do emigracji zarobkowej.

 

Wydanie: 9/2002

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy