Na scenie jestem bóstwem

Na scenie jestem bóstwem

Jako chłopak chciałem zostać piosenkarzem, a nie śpiewakiem

Rozmowa z José Curą, śpiewakiem operowym

José Cura urodził się w 1962 r. w Rosario (Argentyna), jest zaliczany do najlepszych tenorów na świecie (znany publiczności m.in. z roli Alfreda w „Traviacie” transmitowanej na żywo przez telewizje światowe). Kształcił się w Argentynie – studiował kompozycję, dyrygenturę i fortepian. Dopiero skończywszy 20 lat, zajął się kształceniem głosu i zaczął myśleć o karierze śpiewaka. W tym roku artysta podjął współpracę z polską orkiestrą Sinfonia Varsovia.
Co sprawia panu większą przyjemność: śpiewanie czy dyrygowanie?
– Dyrygowanie jest moją pasją, moim powołaniem. Jednak ponieważ za dyrygowanie mało mi płacą, a za śpiewanie bardzo dużo, muszę sporo śpiewać, żebym mógł dla przyjemności dyrygować! Ale śpiewać też lubię – i to nie tylko repertuar operowy, także piosenki.
Lubi pan muzykę popularną?
– Lubię. Nie uważam, żeby muzyka popularna była gorszym rodzajem muzyki. Jako młody chłopak chciałem zostać piosenkarzem, a nie śpiewakiem operowym. Lubię wszystko, co wiąże się z muzyką. Lubię również komponować i opracowywać aranżacje.
Czy pochodzi pan z muzykującej rodziny?
– Nie. Jako 12-latek jeszcze w szkole podstawowej zacząłem się uczyć gry na gitarze. Zauważyłem, że to robi duże wrażenie na dziewczynach i postanowiłem dalej pójść tą drogą. Trzy lata później zacząłem dyrygować chórem w moim rodzinnym mieście. Bardzo mnie to wciągnęło, więc zdecydowałem się na studia muzyczne.
Generalnie lubię w życiu różnorodność. Czasem równocześnie śpiewam i dyryguję, w ten sposób łamię przyjęte reguły, co niektórych denerwuje. Ale na ogół ludzie, którzy przechodzą do historii, muszą łamać reguły.
Nie jest pan specjalnie skromny.
– Teatry operowe na świecie, impresariowie i agenci ubiegają się o mnie, firmy fonograficzne płacą olbrzymie honoraria. Dlaczego mam być skromny? Wiem, że jestem dobry… Ale chciałbym być jeszcze lepszy. Często piszą o mnie, że zrobiłem w ciągu kilku lat „oszałamiającą” karierę – ale ja na to pracowałem 25 lat, mój sukces jest efektem wytrwałości i wyrzeczeń, które w tym zawodzie są na porządku dziennym.
Media kreują pana na „południowego macho”. Omawiając pana występy, dodają uwagi o „urodzie amanta” i „uwodzicielskim uroku”. Czy taki wizerunek panu odpowiada?
– Na scenie chcę być bóstwem, jestem nim! Ale poza sceną, prywatnie, jestem zwyczajnym człowiekiem. Czy jestem macho? Może czasami. Mam, jak to się mówi, południowy temperament, ale też łatwo się wzruszam, łatwo płaczę.
– Pana popisową rolą jest Otello z opery Verdiego. Wprawdzie jest to piękna partia, ale czy nie jest pan nią nieco znużony?
– W tej roli zadebiutowałem w 1997 r. i od tej pory dostaję wciąż propozycje śpiewania Otella. Z jednej strony, uważam, że to wspaniała rola, ale nie tylko ta jedna – cała opera jest wspaniała – nie tylko pod względem muzycznym, także psychologicznym, w dodatku napisana na podstawie genialnego tekstu Szekspira. Nic więc dziwnego, że ludziom się podoba.
Z drugiej strony, zbyt częste powtarzanie tej samej roli może prowadzić do rutyny, a rutyna to bardzo niebezpieczna rzecz dla artysty – to początek końca. Na szczęście śpiewam też inne role, np. Don Carlosa, Radamesa w „Aidzie”, Samsona w „Samsonie i Dalili”. Dlatego dyrygowanie wychodzi mi na zdrowie – nie grozi mi rutyna, głos może odpocząć.
– Rok temu nagrał pan w Polsce wraz z Ewą Małas-Godlewską płytę „Era of Love” do muzyki polskich kompozytorów: Janusza Stokłosy, Seweryna Krajewskiego i Krzesimira Dębskiego. Czym pana urzekły ich kompozycje?
– To dobrze napisana i zaaranżowana muzyka, silnie oddziałująca na emocje, co lubię. Sprawiło mi przyjemność wykonanie tych utworów. Mile wspominam i pracę nad nagraniem płyty, i koncert w Teatrze Wielkim z Ewą Małas-Godlewską. Macie bardzo żywo, emocjonalnie reagującą publiczność.
Jak doszło do pana współpracy z Sinfonią Varsovią?
– Spotkałem tę orkiestrę pierwszy raz rok temu, przy okazji występów z Ewą Małas-Godlewską w Teatrze Wielkim. Miałem wówczas okazję zadyrygować nią – byłem ogromnie zadowolony z muzyków, a chyba i oni ze mnie. A że od dawna marzyłem o własnej orkiestrze, łatwo dałem się namówić na współpracę. Wiele sobie po niej obiecuję, mam nadzieję, że to będzie jedna z najlepszych i najsłynniejszych orkiestr na świecie.
Ile koncertów planuje pan z Sinfonią Varsovią w ciągu roku?
– Około 15. Chciałbym więcej, ale aż do 2007 r. mam bardzo napięty kalendarz.
Ile razy w roku występuje pan jako tenor?
– Około 80 razy w sezonie. Ale ponieważ bardzo mnie angażuje praca dyrygencka, zamierzam znacznie zmniejszyć tę liczbę, do około 50.
Czy to, że jako śpiewak staje pan po drugiej stronie pulpitu dyrygenckiego, ułatwia panu pracę z orkiestrą?
– Sądzę, że tak. Wiem, co lubię, kiedy ktoś inny mnie prowadzi, a co mi przeszkadza. Staram się korzystać z własnych doświadczeń. A przede wszystkim staram się być partnerem, a nie „dowódcą” orkiestry.

 

Wydanie: 52/2001

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy