Bitwa o Warszawę

Bitwa o Warszawę

O wyborze prezydenta stolicy zadecydują wyborcy Marka Borowskiego

Hanna Gronkiewicz-Waltz oraz Kazimierz Marcinkiewicz zaraz po ogłoszeniu pierwszych, sondażowych wyników I tury wyborów rozpoczęli walkę o elektorat Marka Borowskiego. Sytuację skomplikował jednak fakt, iż Platforma nie uzyskała bezwzględnej większości w Radzie Warszawy i aby rządzić, musi zawrzeć jakąś koalicję. Partnerów ma tylko dwóch, są to z jednej strony PiS, a z drugiej Lewica i Demokraci. Szef PO, Donald Tusk, który prowadził negocjacje z Borowskim, stwierdził, że Platforma nie przewiduje koalicji z SLD w Warszawie, jednocześnie apeluje do lidera SdPl, że „byłoby dobrze, gdyby pan poparł naszą kandydatkę”. Dla liderów Platformy oczywisty jest fakt, iż wyborcom, którzy głosowali na Borowskiego, zdecydowanie bliżej jest do Hanny Gronkiewicz-Waltz. Ich zdaniem, sam fakt, że zarówno lewica, jak i PO chcą odsunięcia PiS od władzy w Warszawie, jest wystarczającym czynnikiem, aby wspólnie poprzeć kandydaturę byłej prezes NBP. Mimo iż Marek Borowski na piątkowej konferencji prasowej zadeklarował: „Nie widzę możliwości rekomendowania wyborcom kogokolwiek”, można odnieść wrażenie, że zabrakło jednego tak kluczowego wyrażenia – „na razie”. Ale stawia on twarde warunki. Albo koalicja w Radzie Warszawy, gdzie PO nie ma jednak większości, wraz ze stanowiskiem wiceprezydenta miasta, albo nie może być mowy o oficjalnym poparciu kandydatury Gronkiewicz-Waltz. Czy to poparcie jest jednak niezbędne kandydatce PO? „Kluczowe pozostaje pytanie, jaki odsetek wyborców Borowskiego w ogóle pójdzie głosować, i to właśnie zdecyduje o wyniku wyborów”, uważa socjolog, prof. Janusz Czapiński. Z kolei politolog dr Tomasz Słomka konkluduje: „W II turze głosy sympatyków Lewicy i Demokratów mogą rozłożyć się w stosunku 70 do 30 na korzyść kandydatki Platformy”.
Nie sposób nie odnieść wrażenia, że w obecnej sytuacji możliwe są tylko dwa scenariusze. Oficjalne lub milczące poparcie Hanny Gronkiewicz-Waltz. Czym one się różnią? W pierwszej sytuacji może dojść do jakichś zakulisowych ustaleń w sprawie nieoficjalnej koalicji w radzie miasta i ewentualnych spraw personalnych. W drugiej zaś, ryzykownej dla PO, elektorat centrolewicy może zagłosować przeciw Kazimierzowi Marcinkiewiczowi, lecz równie dobrze zdecydowana jego większość może pozostać w domach, czego beneficjentem będzie były premier. Nie ulega wątpliwości, iż również kandydat PiS mimo wszystko będzie się starał przekonać choćby część wyborców Borowskiego. Szczególnie liczy on na przekonanie do swojej osoby tych, dla których najważniejszym elementem są sprawy socjalne. Stąd odgrzewanie rocznego kotleta o podziale na Polskę liberalną i socjalną. Walka będzie ostra i potrwa do ostatnich godzin kampanii. Kandydatka PO ruszyła do zdecydowanego ataku. Po doniesieniach o wyprowadzaniu publicznych pieniędzy w zarządzanym przez obecnego ministra sportu, Tomasza Lipca, Warszawskim Ośrodku Sportu i Rekreacji, Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiada audyt w urzędzie miasta. Teraz czas na kontratak Marcinkiewicza.
Czy uda się jednak przekonać warszawiaków do powierzenia sterów władzy na kolejne cztery lata ekipie, która zwiększyła deficyt miasta ze 140 mln zł w roku 2005 do 750 mln w roku 2006. A trzeba też pamiętać, że rośnie jednocześnie zadłużenie miasta, które w tym roku sięgnie 3 mld 170 mln. Jeszcze dwa lata temu zadłużenie stanowiło 37% dochodów miasta, w kończącym się roku ma przekroczyć 41%.
Krytykując kandydata prawicy, nie można stwierdzić, że Hanna Gronkiewicz-Waltz ma gotowe pomysły, jak naprawiać miasto. Mimo to, jeśli zostałaby wybrana, o sukcesy, po czteroletnim zastoju w niemal wszystkich dziedzinach, nie będzie trudno.
Jak zatem powinien zachować się lewicowy wyborca? Odpowiedź na to pytanie powinna być mocno zindywidualizowana. Jeśli chce się zachować dotychczasowe warszawskie status quo, można zostać w domu. Trudno jednocześnie uwierzyć, aby wyborca, który głosował wcześniej na Marka Borowskiego, mógł dać wiarę prosocjalnej, wyborczej retoryce kandydata prawicy i głosować na niego z przekonaniem, że jest on gwarantem polityki antyliberalnej. Z drugiej strony, głos oddany na kandydatkę Platformy nie gwarantuje zmian, jakich potrzeba stolicy. Nikt przecież, słuchając uważnie wszystkich liderów PO, nie może zagwarantować, iż nie zostaną podjęte próby zbudowania koalicji z PiS w Radzie Warszawy. Jak jednak uczy doświadczenie, praktyki takie musiałyby skończyć się totalną kompromitacją, zarówno dla Platformy, starającej się wybić na jedynych poważnych kontestatorów obecnego układu rządowego, jak i PiS, które musiałoby ograniczyć swoją populistyczną retorykę. Wreszcie sytuacja taka mogłaby odbić się na koalicji rządowej, w której uczestniczą przecież inni gracze. Ważna jest tu również deklaracja, jaką złożyła kandydatka Platformy: „Jestem tym liderem Platformy, który nigdy nie wierzył w koalicję z PiS”. Jak sama dodaje: „Ja mogę współpracować z każdym. Świadczy o tym fakt, iż na stanowisko prezesa NBP powoływali mnie zarówno Lech Wałesa, jak i Aleksander Kwaśniewski. W moim przypadku różnice światopoglądowe nie stanowią przeszkody”.
Dla osoby, która podziela wartości lewicowe, wybór jest bardzo trudny. Wydaje się jednak, że rację ma dr Słomka twierdzący, że znakomita większość wyborców Borowskiego poprze Hannę Gronkiewicz-Waltz, choćby dlatego, że w ten sposób wystawi braciom Kaczyńskim i ich kandydatowi rachunek za IV RP.

 

Wydanie: 47/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy