Sprawiedliwość umiera za zamkniętymi drzwiami

Sprawiedliwość umiera za zamkniętymi drzwiami

Nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego w drastyczny sposób ograniczyła jawność rozpraw sądowych w sprawach cywilnych

Zapewne nie zwróciłbym uwagi na nowelizację Kodeksu postępowania cywilnego, przyjętą przez Sejm 28 maja br., gdyby nie sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie, która nie wyraziła zgody na moje uczestnictwo w rozprawie, argumentując, że będzie się ona toczyła za zamkniętymi drzwiami. Chciałem wziąć w niej udział, gdyż interesowało mnie, co się dzieje z jedną z najdłużej ciągnących się spraw przed polskimi sądami.

Historia ta zaczyna się 12 grudnia 2001 r., gdy Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy po rozpoznaniu wniosków z 6 listopada 2001 r. wierzycieli, Kredyt Banku SA z 5 listopada 2001 r. oraz Polskiego Kredyt Banku SA, ogłosił upadłość Centrum Leasingu i Finansów CLiF SA. W tamtym czasie była to jedna z największych firm leasingowych w kraju. Jej akcje notowano na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. CLiF uważano za spółkę solidną, dobrze zarządzaną i mającą jasne perspektywy.

Błyskawiczne tempo rozpatrzenia wniosków od początku budziło wątpliwości co do przyczyn problemów, w jakich znalazła się spółka. Było tajemnicą poliszynela, że w latach 1999-2001 banki, które od połowy lat 90. chętnie kredytowały prywatne spółki leasingowe, kiedy zorientowały się, że to bardzo dobry interes, postanowiły przejąć ten lukratywny rynek. Zarządy firm leasingowych stawiano przed diabelską alternatywą: albo zgodzą się na przejęcie ich firmy przez bank, najczęściej za ułamek wartości, albo bank wypowie umowy kredytowe i trzeba będzie ogłosić upadłość. To właśnie spotkało CLiF.

Lecz zarząd i akcjonariusze nie chcieli się poddać. Twierdzili, że nie było podstaw do podjęcia przez sąd takiej decyzji. Rozpoczęli walkę o ocalenie firmy i ku ogromnemu zaskoczeniu ich samych w maju 2003 r. Sąd Najwyższy uznał, że decyzja o ogłoszeniu upadłości spółki zapadła z naruszeniem prawa. Sędziowie nakazali ponowne rozpatrzenie wniosku. Sąd niższej instancji orzekł, że podstaw do ogłoszenia upadłości nie było. Spółka CLiF SA „wstała z grobu”. Był to pierwszy taki przypadek w III RP.

Media szeroko opisywały karierę sędziego, który ogłosił upadłość spółki. Wyszło na jaw, że jego relacje z sektorem bankowym mogły odbiegać od standardów przyjętych w środowisku sędziowskim. Okazało się, że Kredyt Bank, jeden z wnioskodawców bankructwa spółki CLiF, sprzedał na korzystnych warunkach żaglowiec „Fryderyk Chopin” założonej przez sędziego Europejskiej Wyższej Szkole Prawa i Administracji. Sędzia był też kanclerzem owej uczelni. W konsekwencji zajął się nim sąd dyscyplinarny. Być może mając świadomość, że to koniec kariery, sędzia zrezygnował z togi i łańcucha.

Przez kolejne lata prezes CLiF Dariusz Baran toczył w sądach boje z prawnikami o odzyskanie pieniędzy zajętych przez banki z rachunków spółki. Ponad półtoraroczne rządy wyznaczonego przez sąd syndyka mocno nadwyrężyły kondycję spółki. Fakt, że prawie wszystkie procesy z bankami zakończyły się bądź ugodami, bądź korzystnymi dla CLiF wyrokami, miał niewielkie znaczenie.

Podjęta z naruszeniem prawa decyzja sędziego doprowadziła firmę do ruiny. Wobec tego prezes Dariusz Baran i inni udziałowcy Centrum Leasingu i Finansów zdecydowali się wystąpić z roszczeniami wobec skarbu państwa. Wszak sędzia wydał wyrok „w imieniu Rzeczypospolitej”. Procesy ciągnęły się latami. Roszczenie akcjonariuszy i władz spółki opiewało na ponad 160 mln zł. Ostateczny wyrok był niekorzystny – spółce nic się nie należało, gdyż najogólniej rzecz biorąc, trudno mówić o odszkodowaniu państwa za szkody wywołane wyrokiem, gdy jego bezprawność jest „nieoczywista”.

To nie był koniec tej historii. Przed sądem nadal toczyły się spory z bankami. Ostatnie dwie z powództwa banku Pekao SA przeciwko CLiF SA oraz z powództwa spółki przeciw bankowi ma rozstrzygnąć Sąd Okręgowy w Warszawie. W tych rozprawach chciałem uczestniczyć jako publiczność. Byłem przekonany, że nie będzie to problemem. Decyzja sędzi była jednak inna.

Nie ma sprawiedliwości bez jawności

Prawdziwą gwarancją sprawnego i uczciwego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości jest jawność. Jak najszerzej rozumiana. Z nieograniczonym dostępem nie tylko do sal sądowych, ale i do akt spraw. W Polsce dostęp do akt zależy od decyzji sędziego, przewodniczącego wydziału, w którym sprawa jest na wokandzie, i nie jest łatwo uzyskać taką zgodę.

Konstytucja – dziś czysto teoretycznie – gwarantuje nam prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy przed właściwym, niezależnym, bezstronnym i niezawisłym sądem. Ale to się zmieniło za sprawą przyjętej przez Sejm nowelizacji.

Jako powód wprowadzenia zmian rząd podał pandemię COVID-19. W ubiegłym roku zdarzały się sytuacje, że w trakcie rozpraw w niewielkich salach sądowych tłoczyło się kilkadziesiąt osób. Nawet jeśli wszyscy mieli maseczki, to zachowanie dystansu społecznego było fikcją. Tak zdarzyło się w październiku zeszłego roku, gdy w krakowskim Sądzie Okręgowym miał się rozpocząć proces 41 członków tzw. mafii śmieciowej. Na sali sądowej znalazło się wówczas ponad 70 osób. Na wniosek jednego z adwokatów sąd wyznaczył inny termin.

Prezesi sądów od początku pandemii próbowali radzić sobie z tym problemem, sugerując bądź zalecając podległym im sędziom, by podejmowali decyzje o prowadzeniu rozpraw za zamkniętymi drzwiami.

W październiku ubiegłego roku prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego wydał zarządzenie nr 39, w którym zdecydował, że sąd, którym kieruje, będzie kontynuował działalność orzeczniczą w trybie rozpoznawania spraw na posiedzeniach niejawnych. Uzasadnił to koniecznością przeciwdziałania potencjalnemu zagrożeniu zakażenia wirusem SARS-CoV-2.

Pomysł się przyjął i już w połowie stycznia br. do Sejmu trafił rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy Kodeks postępowania cywilnego oraz niektórych innych ustaw. Znalazł się w nim zapis mówiący, że to sąd arbitralnie – bez względu na opinie stron i bez możliwości złożenia sprzeciwu – będzie mógł zdecydować, że dana rozprawa cywilna odbędzie się niejawnie. Teoretycznie miałoby to obowiązywać podczas epidemii oraz rok po jej zakończeniu. Jednak praktyka wskazuje, że w Polsce prowizorka jest najtrwalsza. Tak w sądach cywilnych gwarantowana konstytucyjnie jawność rozpraw odeszła w przeszłość.

Konstytucja, konstytucja

Trudno znaleźć ekspertyzę czy opinię, która nie byłaby krytyczna wobec forsowanego przez rząd zapisu o wyłączeniu jawności rozpraw przed sądami cywilnymi i administracyjnymi. Nawet w opinii Biura Analiz Sejmowych z 8 lutego 2021 r. znalazł się fragment mówiący, że „Ocena rozpoznawania spraw na posiedzeniach niejawnych w sprawach cywilnych i administracyjnych, gdy nie można prowadzić rozprawy lub posiedzenia jawnego zdalnie, w kontekście ugruntowanego rozumienia zasad jawności wewnętrznej i zewnętrznej postępowania sądowej wynikającego z Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej oraz Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności prowadzi do wniosku, że wprowadzenie tego rozwiązania naraża na ryzyko postawienia skutecznego zarzutu niezgodności z art. 45 ust. 1 konstytucji, jak również należy liczyć się z ryzykiem postawienia skutecznego zarzutu zgodności z art. 6 ust. 1 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności”.

Mimo tego Sejm 28 maja br. uchwalił, a prezydent 9 czerwca podpisał ową nowelizację.

To kolejny dowód, w jaki sposób Prawo i Sprawiedliwość, do spółki z Porozumieniem Gowina, krok po kroku likwidowało prawa obywatelskie w naszym kraju.

Większość procesów, które toczą się przed polskimi sądami, to procesy cywilne i administracyjne. Spory między podmiotami gospodarczymi, w sądach pracy, rozprawy o alimenty, spory z urzędami skarbowymi itp. to codzienność wymiaru sprawiedliwości. Od niedawna mogą one toczyć się za zamkniętymi drzwiami.

7 lipca Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, rzecznik praw obywatelskich, Naczelna Rada Adwokacka oraz inne stowarzyszenia sędziów i prokuratorów opublikowały „Memorandum w sprawie prawa obywatela do sądu”, w którym nie zostawiono suchej nitki na przyjętych przez Sejm rozwiązaniach. Zarzucono politykom m.in., że „pod pozorem walki z koronawirusem ustawodawca wprowadza niekonstytucyjne rozwiązania, w momencie kiedy jednocześnie odmraża działalność publiczną państwa polskiego. Co więcej, te restrykcyjne rozwiązania utrzymuje przez rok po zakończeniu pandemii”.

Autorzy „Memorandum” wymieniają siedem punktów, które w ich ocenie pogłębiają chaos w wymiarze sprawiedliwości. Za najistotniejszą zmianę uznano wprowadzenie jako zasady tajności posiedzeń sądowych zamiast gwarantowanej konstytucyjnie zasady jawności postępowań.

Zarzucono sejmowej większości likwidację zasady kolegialności składów sądów także poprzez odstąpienie od udziału czynnika społecznego w postaci ławników, co jest złamaniem art. 182 konstytucji. Rozstrzygający głos w sprawach składów sędziowskich mają dziś prezesi sądów powołani przez ministra sprawiedliwości. To kolejna zmiana wprowadzona przez nowelizację.

W tej sprawie zdumiewa jedno – milczenie mediów. Być może dziennikarze nie rozumieją znaczenia zasady jawności rozpraw sejmowych. A może po prostu nie zauważyli, co się stało. Nikt też nie wyszedł na ulice z hasłami „Konstytucja, konstytucja”, protestować przeciw jawnemu jej łamaniu.

Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Zapewne wielu sędziów z ulgą i wdzięcznością przyjęło rozwiązania zapisane w nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. Jakże przyjemnie się orzeka, gdy nikt nie patrzy na ręce. Gdy na sali sądowej nie ma publiczności i nie daj Boże pismaków. A jeśli jakiś zuchwały adwokacina zechce apelować do wyższej instancji, to natknie się na kolegę ze studiów, który za zamkniętymi drzwiami rozpatrzy sprawę. Jest kwestią czasu, kiedy obywatele odczują na własnej skórze, jak w praktyce działają sądy po wejściu w życie nowego prawa. Jestem pewien, że za chwilę pojawią się pierwsze oskarżenia sędziów o korupcję. W sprawach cywilnych, np. o zapłatę, racje stron często są bardzo podzielone. A jeśli spór o 10 mln zł będą toczyły między sobą dwie prywatne spółki, to „10% dla sędziego” może nie wydać się kwotą zbyt wygórowaną.

Rządy Zjednoczonej Prawicy w ostatnich latach zrobiły wiele, by skompromitować sędziów i cały wymiar sprawiedliwości. To nie przypadek, że prezesem Trybunału Konstytucyjnego została mgr Julia Przyłębska. Choć jej poprzednikami byli profesorowie: Andrzej Zoll, Marek Safjan czy Andrzej Rzepliński. Dziś w składzie TK zasiadają Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz. Czy możemy się dziwić, że pojęcie „autorytetu” w żaden sposób nie kojarzy się z tą instytucją? A gdy sądy i sędziowie zostaną odarci z tego przymiotu, to władzę będzie dzierżył ten, kto dysponuje siłą. Łatwo wyobrazić sobie, jak za zamkniętymi drzwiami sąd będzie rozstrzygał o ważności wyborów albo rozpatrywał protesty wyborcze. Wkrótce mało kto będzie chciał wychodzić na ulice w obronie niezależności sądów. Bo i czego tu bronić?

m.czarkowski@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Beata Zawrzel/REPORTER

Wydanie: 36/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy