Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Pisaliśmy już o tym – w tej chwili typowy polski dyplomata marzy o jednym: jak wyrwać się z tego bałaganu, w którym przyszło mu pracować, i przeskoczyć tam, gdzie pracuje się po europejsku i po europejsku płaci. Czyli załapać się do tworzącego się korpusu dyplomatów Unii Europejskiej. Pewnie dlatego istnieje więc w MSZ specjalny zespół koordynujący ds. przedsięwzięć MSZ związanych z tworzeniem Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Ten zespół ma działać w dwóch płaszczyznach – po pierwsze, w sferze koncepcji (chodzi o to, żeby europejska dyplomacja przejęła nasz punkt widzenia, zwłaszcza w sprawach wschodnich), a po drugie, w sferze kadr (tu wiadomo, o co chodzi).
I co z tego wynika?
W sferze koncepcji nie za bardzo mamy szanse się przebić. Z kilku względów. Przede wszystkim, dlatego że przebijamy się za późno. Trzeba było działać, gdy powoływano unijną dyplomację – bo powoływano ją pod konkretne koncepcje… Dodajmy do tego jeszcze jedno – trudno przebijać się z koncepcją, której za bardzo nie mamy.
A w sferze personaliów? Tu też jest pewien kłopot. Otóż do instytucji unijnych trudno jest trafić (w każdym razie Polakom) po znajomości lub z politycznego rozdania. A my jeżeli mamy garstkę ludzi, którzy bez problemów mogliby w Unii zacząć pracę – to są to nadzwyczaj często dyplomaci „niesłuszni”, którzy pracę zaczynali przed 1989 r., a poza tym studiowali w Moskwie.
Toż przecież takich ludzi ta władza promować nie ma zamiaru (i na tym polega jej szlachetność, bo poprzednia wyrzucała).
Tych, których chcielibyśmy posłać do Unii – to Unia nie chce.
No i jeszcze jest trzeci powód ogólnego sceptycyzmu wobec zespołu. Kieruje nim wiceminister Grażyna Bernatowicz. A jest to najbardziej obciążony członek kadry kierowniczej w MSZ, więc trudno przypuszczać, by miała do prac takiego zespołu głowę.
Wcześniej dano jej do pomocy, jako zastępcę, Rafała Wiśniewskiego, dyrektora generalnego. Ale Wiśniewskiego nie ma. Bo, trzeba trafu, złamał nogę. Nie, nie na nartach… Wysiadał z samochodu, pośliznął się i złamał w dwóch miejscach.
Połamanie się Wiśniewskiego stworzyło w MSZ bardzo ciekawą sytuację. Otóż po scaleniu MSZ i UKIE to on został jedynym dyrektorem generalnym nowej instytucji, to on miał prowadzić jej politykę kadrową.
Kto więc teraz tym wszystkim zawiaduje? Bo przecież nie minister Sikorski, który jest od innych spraw…
Starsi MSZ-etowcy na to pytanie ronią łezkę.
Bo de facto, gdy Sikorskiego nie ma, jego pracę wykonuje pani Marzena Krulak, dyrektor Biura Dyrektora Generalnego.
Och, prawie 20 lat temu nowa szefowa departamentu personalnego (czyli już ze słusznego rozdania), pani Gutkowska, zwana pieszczotliwie „Gucią”, której rękami dokonywano w MSZ największych czystek, ściągnęła sobie do pomocy skromną dziewczynę z poczty. Nie śmiejcie się, dla prawdziwego Polaka zawsze to lepiej niż z MGIMO. Nowa pracownica była ambitna – pracując w MSZ, skończyła studia. Potem uczyła się angielskiego, więc wysłano ją na stanowisko konsula w Atenach. A teraz kręci MSZ-etowskimi kadrami.
Historia lubi zataczać koło.

Attaché

Wydanie: 3/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy