Blog

Powrót na stronę główną
Zdrowie

Jakie wnioski z pandemii?

Świat teoretycznie jest przygotowany. Ale czy opracowane strategie zadziałają?

Pandemia COVID-19, która wybuchła w chińskim mieście Wuhan pod koniec 2019 r. i objęła cały świat, a której koniec Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła w maju 2023 r., spowodowała 500-700 mln zakażeń wirusem SARS-CoV-2 i 6-7 mln zgonów. Prawdopodobnie jednak rzeczywista liczba ofiar była wyższa. Zmusiło to bogate kraje do poszukiwania rozwiązań, które w przyszłości umożliwiłyby skuteczną walkę z podobnym zagrożeniem. Głównym motywem, którym kierowali się politycy, nie była bynajmniej duża śmiertelność, chodziło raczej o niemożliwe do przewidzenia konsekwencje ekonomiczne i polityczne.

A jest czego się bać. W roku 2024 Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyjął, że z powodu COVID-19 gospodarka światowa straciła 13,8 bln dol. Szacunki amerykańskich ekonomistów, którzy wzięli pod uwagę zarówno koszty zapewnienia mieszkańcom USA opieki zdrowotnej, jak i straty w PKB, oscylowały wokół 16 bln dol. W ocenie innych zespołów eksperckich całkowity koszt pandemii, w zależności od przyjętej metody, mieścił się w przedziale od 17 bln do 35 bln dol.

Już w 2016 r. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opracowała globalną strategię, której celem było przyśpieszenie badań nad narzędziami medycznymi – głównie testami diagnostycznymi, szczepionkami i lekami – na wypadek epidemii groźnych chorób zakaźnych. Nazwano ten plan R&D Blueprint. Jego realizacja miała skrócić czas od momentu wykrycia zagrożenia do udostępnienia skutecznych środków medycznych, tak aby można było szybciej ratować życie i zapobiegać kryzysom zdrowotnym na dużą skalę. Do wybuchu pandemii COVID-19 R&D Blueprint pozostawał martwy. Po roku 2019 wszystko się zmieniło. Urzędnicy WHO i naukowcy wzięli się do pracy. To samo miało miejsce w Europie.

Najgroźniejsze patogeny

W ramach R&D Blueprint WHO ustaliła listę chorób priorytetowych, tak aby ukierunkować dosyć ograniczone zasoby na badania i rozwój skutecznych środków zaradczych. Na liście tej znalazły się patogeny ocenione jako stwarzające największe zagrożenie dla zdrowia publicznego ze względu na potencjał epidemiczny oraz brak szczepionek i leków.

Dziś do tych chorób zaliczane są: gorączka krwotoczna krymsko-kongijska (CCHF), choroby wywołane wirusami Ebola i Marburg, gorączka Lassa, koronawirus bliskowschodniego zespołu oddechowego (MERS-CoV) oraz ciężki ostry zespół oddechowy (SARS), choroby wywołane wirusami Nipah i Hendra, gorączka Doliny Rift (RVF), a także nieznany wirus lub bakteria, które oznacza się jako „chorobę X”.

16 września 2021 r. Unia Europejska w reakcji na ujawnione podczas pierwszych miesięcy pandemii COVID-19 braki w koordynacji działań powołała nową strukturę – Europejski Urząd ds. Gotowości i Reagowania na Stany Zagrożenia Zdrowia (Health Emergency Preparedness and Response, HERA). Miał on zaplanować działania, które w przyszłości uchroniłyby nasz kontynent przed pandemią. Jeśli chodzi o patogeny mogące

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Ten, który wygrywa z układem

Kto w naszej dyplomacji powinien mieć najlepszy humor na zakończenie roku? Odpowiedź jest nieoczywista. Otóż tryska humorem Jacek Izydorczyk, były ambasador w Japonii. Wygrał bowiem sprawę karną z Andrzejem Papierzem, byłym dyrektorem generalnym MSZ.

Papierz oskarżał Izydorczyka o to, że kłamał, mówiąc mediom o jego nieobyczajnym zachowaniu się w czasie wizyty w świątyni w Kamakurze (w marcu 2019 r.!). Historia ta miała Papierza poniżyć w oczach opinii publicznej.

Sprawa karna to nie przelewki – Izydorczykowi groził wyrok. Do tego Papierz założył mu sprawę cywilną. Scenariusz był więc oczywisty – przegrywa sprawę karną, potem cywilną i go licytują. I koniec.

Rzecz jest zresztą bardziej skomplikowana. Bo jeszcze zanim Papierz założył Izydorczykowi sprawę karną, zawiadomienie do prokuratury złożyło MSZ. W sprawie Kamakury właśnie. Były ambasador ma na ten temat własną teorię. Uważa, że to zawiadomienie do prokuratury miało własną logikę – chodziło o sprawdzenie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Media

Prezesi – Krótka historia TVP. Część 2

Drawicz odszedł z godnością, Kwiatkowski był wizjonerem, a Wildstein okazał się szkodnikiem medialnym

Przez lata poznałem prawie wszystkich prezesów Telewizji Polskiej. Jak już pisałem (nr 52/2025), jedni przyjmowali, drudzy wyrzucali, a czasami sam odchodziłem wkurzony. Prezesi TVP to cały kalejdoskop, od ludzi mądrych i uczciwych po sprzedajne typy. Czytając ich historię, można odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego obecna TVP bankrutuje programowo i traci widownię. Zapraszam do lektury drugiej części pocztu prezesów telewizji publicznej.

ANDRZEJ DRAWICZ
wrzesień 1989-styczeń 1991

Prezes z przypadku, mianowany przez premiera Tadeusza Mazowieckiego. Kolejni kandydaci odmawiali: Maciej Szumowski, bo był w PZPR, Marcin Król wolał pisać w „Tygodniku Powszechnym”, Maciej Iłowiecki nikogo by nie zwolnił. Drawicz, tłumacz literatury rosyjskiej, fighter z dawnego STS, powiedział: „Czemu nie?”. Odważny człowiek, samotnie wchodził do propagandowej twierdzy. Miał jednak ręce związane ustaleniami Okrągłego Stołu i dwóch dyrektorów generalnych – jeden od Wałęsy, drugi od PZPR – na te ręce mu patrzyło. Zwolnił albo odsunął ledwie kilka osób z „Dziennika Telewizyjnego”.

W ciągu 10 dni powstały „Wiadomości”. Redakcji zapewnił niezależność, bronił przed atakami nowej władzy, która dopominała się wpływu na informacje. Minister Jacek Kuroń domagał się zakazu pokazywania w „Wiadomościach” strajków rolniczych, sam wygłaszał pogadanki. Redakcja na placu Powstańców w Warszawie broniła się skutecznie, wydając oświadczenia. Psu na budę, po latach wiemy, jak się skończyło. Drawicz miał wpływ na przebieg wizyty pierwszego niekomunistycznego premiera w Moskwie i Katyniu. Poznał premiera z Sacharowem.

Wściekle atakowany przez ludzi Lecha Wałęsy, którzy chcieli dostępu do miodu. Odważnie przeciwstawił się przewodniczącemu Solidarności przyprowadzonemu do studia na Woronicza przez swoich działaczy. Wyli, krzyczeli na prezesa. Nikt nie zauważył powstającego wirusa nienawiści. Po wyborach prezydenckich zwolniony natychmiast przez nowego prezydenta. Odszedł z godnością. Napisał wspomnienia o TVP. Za prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wręczano nagrodę jego imienia.

MARIAN TERLECKI
do października 1991

Prezes z Gdańska, od Wałęsy. Reporter, autor „Pomnika”, pierwszego dokumentu o wydarzeniach grudniowych emitowanego poza cenzurą w TVP w grudniu 1980 r. Inteligentny, ale na prezesa się nie nadawał. Wprowadził „Polskie Zoo”, okropny serial kukiełkowy, w którym podlizywano się politykom. Miał szalonych doradców i złych kolegów. Pierwsza zasada każdego prezesa: uważać na doradców, zbadać ich IQ. Prezes Marian był na spotkaniu towarzyskim w prywatnym mieszkaniu, pił wódeczkę, kiedy wyszedł i wsiadł do służbowego wozu, zaraz za rogiem został zatrzymany przez policję. Stary numer. Musiał odejść.

JANUSZ ZAORSKI
pół roku, do maja 1992

To również ręka Wałęsy. Po raz pierwszy prezesem został twórca, artysta, reżyser wielkiej „Matki Królów”. A wiceprezesem Barbara Borys-Damięcka, znająca telewizję jak własną kieszeń; zaczynała pracę od stanowiska operatora wielkiej kamery studyjnej.

Zaorski to likwidator Radiokomitetu, właściwie przełożony Bronisława Borkowskiego, doświadczonego likwidatora od Polskich Nagrań. Tygiel polityczny wciąż bulgotał i premier Jan Olszewski podziękował prezesom. Ale na krótko.

ZBIGNIEW ROMASZEWSKI
dwa tygodnie, do czerwca 1992

Jako prezes był bez szans, musiałby się oprzeć na doradcach, co w TVP kończy się katastrofą. Zasłużony, kryształowy działacz Solidarności. To Romaszewski uruchomił podziemne radio. Niech tak będzie medialnie zapamiętany.

JANUSZ ZAORSKI
1992/1993

Comeback! Zaorski rządził do rozwiązania Radiokomitetu 31 grudnia 1993 r. Dbał o firmę i swoje interesy. Likwidacja wynikała z wejścia w życie ustawy medialnej, która obowiązuje do dzisiaj z ponad 60 nowelizacjami. To jakieś światowe kuriozum. Likwidację przeprowadzono z 31 grudnia na 1 stycznia 1993 r. Publiczna TVP powstała jak niegdyś KRN w noc sylwestrową, co warte zapamiętania. Pracownicy Radiokomitetu otrzymali wymówienia z odprawami i jednocześnie podpisywali nowe umowy o pracę z TVP jako spółką skarbu państwa. Tak w ciągu minuty narodziła się telewizja publiczna, dokładnie taka sama jak dzień wcześniej. Ale zmienił

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Dyskurs humanistyczny

Józef Michał Rosenblatt (1853-1917) to postać w dziejach Krakowa przełomu XIX i XX w. niezwykła. Profesor prawa karnego na Wszechnicy Jagiellońskiej, wybitny adwokat, wieloletni radny miejski. W każdej z wymienionych dziedzin swojej aktywności miał osiągnięcia niebywałe. Jako profesor prawa karnego był prekursorem pozytywizmu, wyraźnie wyprzedzając epokę zdominowaną przez konserwatywny klasycyzm, który reprezentował drugi, współczesny mu profesor prawa karnego, Edmund Krzymuski. Od tego ostatniego różniło Rosenblatta również to, że był zwolennikiem dopuszczenia kobiet do studiów.

Jako młody adwokat bronił w krakowskim procesie Waryńskiego i towarzyszy, a jego mowa obrończa została później wydrukowana w wydanym w Wiedniu zbiorze najlepszych mów obrończych wygłoszonych przed sądami c.k. monarchii. Radnym miejskim był przez kilka kadencji, przyczyniając się do rozwoju miasta. Postać niezwykła i wielce dla nauki polskiej i dla Krakowa zasłużona.

Ku swemu zdumieniu przekonałem się niedawno, że wyjaśnienia wymaga, czy Rosenblatt był Żydem, czy tylko „żydowskiego pochodzenia”. Sklasyfikowanie Rosenblatta wedle przepisów ustaw norymberskich okazało się niezbędne dla recenzenta jednego z polskich czasopism uniwersyteckich.

Ale po kolei. Ktoś napisał artykuł o książce Rosenblatta wydanej w roku 1900. Rozważał w nim, czy książka ta jest bardziej podręcznikiem, czy monografią. Takie problemy, jak widać, omawia się w ramach naukoznawstwa. Wysłał tekst do szacownego czasopisma uniwersyteckiego. Redakcja, zgodnie z procedurą, przed publikacją wysłała artykuł do oceny recenzenta. Jak można się domyślać, do osoby z pozycją akademicką.

Ów akademik wśród

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

W ślad za Armją do Polski

Stosunek do ZSRR i Ukraińców w raportach oficerów polityczno-wychowawczych Armii Berlinga

W polityce historycznej rządzącej do niedawna prawicy, a w IPN do dziś, sformowane na terenach ZSRR Wojsko Polskie przeciwstawiane jest Polskim Siłom Zbrojnym na Zachodzie. Prezentowane jako gorszy sort żołnierzy, którzy – będąc polskojęzycznym wojskiem – niewłaściwie służyli sprawie polskiej w II wojnie światowej. „Żołnierze 1. i 2. Armii Wojska Polskiego nie są Wojskiem Polskim”, a ich szlak bojowy „nie jest częścią historii oręża polskiego”, twierdzi Sławomir Cenckiewicz, bliski współpracownik Karola Nawrockiego.

Odbieranie polskości i patriotyzmu żołnierzom, którzy tyle przeszli, zanim dotarli do wojska, jest podłe. Tym bardziej że zachowane dokumenty, już nie mówiąc o wspomnieniach, dobitnie świadczą o tym, że w Armii Berlinga znaleźli się Polacy. Mieli różne pochodzenie społeczne, poglądy polityczne, nierzadko odmienny stosunek do Związku Radzieckiego. Łączyła ich chęć pokonania III Rzeszy. Prezentowane fragmenty raportów oficerów politycznych wskazują, z jakimi problemami stykali się dowódcy tej polskiej armii. Pierwsze dwa dokumenty pochodzą jeszcze z okresu tworzenia się dywizji kościuszkowców, a dwa następne z czasów, kiedy po bitwie pod Lenino rozlokowano żołnierzy na Wołyniu.

Autorzy raportów dość wiernie odnotowują opinie (łącznie z krytycznymi), jakie wyrażali berlingowcy, nie tylko na temat przyszłej granicy Polski, ale także w kwestii relacji polsko-ukraińskich, opisując przy tym mordy na Polakach. Raporty, przechowywane w Archiwum Akt Nowych, prezentujemy w oryginalnej pisowni i składni. Znajdą się one w przygotowywanej przez nas książce o kościuszkowcach, berlingowcach, żołnierzach Wojska Polskiego, które wyzwalało Polskę.

26.06.1943
Do Zastępcy Dowódcy Dywizji dla spraw oświatowych
Meldunek
Zastępcy Dowódcy Samodzielnej Kompanii Łączności dla spraw oświatowych

  1. O uwagach w sprawie bieżących prac kompanii (wyszkolenie)
  2. Dnia 15 czerwca, zgodnie z planem, rozpoczęło się bojowe przygotowanie żołnierzy i podoficerów w kompanii łączności dywizji. Pierwsze dni pracy wykazały wiele niedostatków i wszystkie wysiłki oficera oświatowego streszczają się do usuwania tych niedostatków. (…)

e/ Sprawa językowa postawiona jest nieźle. Wszystkie zajęcia z wyjątkiem konsultacji instruktora prowadzone są po polsku, przyczem czystość języka polskiego jest wystarczająca za wyjątkiem dwu (oficera i podoficera) t.zw. radzieckich Polaków. (…)

III. O nastrojach wśród żołnierzy

Pogadanki, rozmowy i inne imprezy dają często możność zapoznać się bliżej ze zdaniem żołnierzy w sprawach Armii, w sprawach politycznych, społecznych itp. Według moich obserwacji można wśród żołnierzy zauważyć następujące kategorie poglądów:

a/ Chłopcy młodzi, przeważnie podoficerzy, którzy mimo przejść osobistych odnoszą się do spraw polskich z wojskową energią, do ZSRR lojalnie, materiał fizycznie i moralnie zdrowy (Około 30%).

b/ Chłopcy młodzi, częściowo Żydzi lub Polacy mojż.[eszowego] wyzn.[ania] mający za sobą pracę w org.[anizacjach] szomrowych [harcerskich – P.D.], syjonistycznych lub innych ideowych, zdecydowanie popierający ZPP i Wydz.[iał] Ośw[iatowy] (Nie więcej niż 10%).

c/ Ludzie starsi, mający duże rodziny, element głęboko religijny, odnoszący się do wszystkich poczynań z rezerwą, element podatny dla wszelkiej agitacji nieprzychylnej dla ZPP. Przeważnie chłopi, niewykształceni, pracują jako koniuchy, i t.p., dla ich zyskania konieczne jest: zabezpieczenie rodzin, sprowadzenie kapelana (Około 30%).

d/ Inteligencja (inżynierzy, adwokaci, technicy), wszyscy jako szeregowi (nie służyli w armii), których nie wykorzystano w/g specjalności. Ludzie nieco ogorczeni swoją rolą „szeregowca”, materiał niezdyscyplinowany, „indywidualiści”. Jako wojskowi nie bardzo przydatni, wykorzystani bywają dla spraw pisarskich, dla wykładów teoretycznych itp. (Około 10%).

e/ Ludzie „bezbarwni” – nie przejawiający indywidualni, nie wyrażający poglądów – (około 20%).

Specjalnie trzeba podkreślić wzrost nastrojów religijnych wśród wszystkich grup. Spontaniczne wprowadzenie modlitwy wieczornej było bezpośrednim skutkiem przemówienia por. Miki na wiecu sprawozdawczym. W związku z tym sprawa otwarcia kościoła (ewent. i synagogi) jest absolutnie pilna.

f/ Kontrolą patriotycznych uczuć żołnierzy jest zbiórka na fundusz dozbrojenia Dywizji. Dobrowolnie duże sumy dało ok. 15%, dobrowolnie sumy niewielkie 25%, około 20% zgłosiło gotowość złożenia pieniędzy po otrzymaniu żołdu (obecnie pieniędzy nie mają). Negatywnie odniosło się do zbiórki nie więcej jak 10-15%, reszta jeszcze nie została objęta akcją. Oficerowie odnieśli się też bardzo przychylnie. Etatowi atestowani oficerowie zdeklarowali duże sumy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Papała zginął, bo… zginął

Mroczny sekret śmierci szefa polskiej policji ma tonąć w mroku

Komuś z pewnością zależało na tym, by okoliczności zabójstwa Marka Papały, komendanta głównego policji, pozostały niewyjaśnione. Jednak po ostatnich wydarzeniach należy sobie postawić pytanie, czy przypadkiem ktoś nawet dzisiaj nie dba o to, by nic nowego nie udało się ustalić.

Sprawa śmierci gen. Papały to największa klęska policji i prokuratury. Szef polskiej policji został zastrzelony na warszawskim Mokotowie, na chodniku przed blokiem, w którym mieszkał. Nie wiadomo, kto go zabił ani dlaczego. I to mimo że do wyjaśnienia tej sprawy powołano specjalną grupę śledczych. Wszystkie materiały spraw – dotyczących gen. Papały, „Pershinga” i Ryszarda Boguckiego – to ok. 1,5 tys. tomów akt (tak twierdzi mec. Paweł Matyja, który reprezentuje Boguckiego).

Czy akta zawierają odpowiedź?

Co w tych aktach jest? Być może znajduje się tam odpowiedź na to najważniejsze pytanie: kto i dlaczego oddał strzał do komendanta głównego policji? Może odpowiedzi tej nie ma, ale są tropy, które do niej prowadzą. Śmiem twierdzić, że są dowody, iż tego ogromnego materiału nigdy tak naprawdę rzetelnie nie przeanalizowano. Nigdy go dogłębnie nie zbadano, koncentrując się co najwyżej na jego fragmentach.

Dziś premierem jest Donald Tusk, a ministrem spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński. Do nich więc kieruję apel o zbadanie, dlaczego Komenda Główna Policji nie wydała tych akt Sądowi Najwyższemu, gdy ten ich zażądał. A zażądał, by ponownie zbadać prawidłowość śledztwa dotyczącego innej głośnej zbrodni końca lat 90. XX w. Chodziło o zabójstwo najsłynniejszego ówczesnego gangstera, Andrzeja Kolikowskiego „Pershinga”, herszta mafii pruszkowskiej.

Taka odmowa to sprawa absolutnie niesłychana. Nie powinna w ogóle mieć miejsca. Sąd Najwyższy chce zobaczyć akta, więc Komenda Główna Policji powinna je przekazać. A jednak tego nie zrobiła, choć wnioskował o nie najważniejszy przecież trybunał w Polsce. Dodać należy, że sędziowie nie działali w ciemno. Doskonale wiedzieli, czego zamierzają w tym morzu akt poszukać. Chodziło im o dokumenty, które przeczą oficjalnym ustaleniom.

Śmierć Papały a śmierć „Pershinga”

Sprawy tych dwóch zabójstw są ze sobą związane. Co prawda, generał został zabity w Warszawie, „Pershinga” zastrzelono zaś w Zakopanem, ale zdaniem prokuratury za obydwoma tymi zabójstwami stać miała jedna i ta sama osoba. Ryszard Bogucki przez lata był przedstawiany (mylnie) jako cyngiel mafii. Przypisywano mu nie tylko te dwie zbrodnie, lecz również zabójstwa innych słynnych w świecie przestępczym person: „Simona” i „Nikosia”, chociaż w tamtych sprawach nawet nie postawiono mu zarzutów.

Marek Papała zginął 25 czerwca 1998 r. ok. godz. 22 na ulicy Rzymowskiego w Warszawie. Właśnie przestał być komendantem głównym i przygotowywał się do objęcia funkcji oficera łącznikowego polskiej policji w Brukseli. Wszystko wskazuje, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Więcej światła!

Minęło około trzynastu miliardów i ośmiuset milionów lat od Wielkiego Wybuchu; mniej więcej dwa i pół miliona lat, od kiedy afrykańskie małpoludy odkryły, że można ćwiartować mięso ostrymi kamieniami, co nauka uznała za zręczność praczłowieczą; czterdzieści tysięcy lat temu ludzie zaczęli bazgrać na ścianach jaskiń podobizny zwierząt, co się uznaje za początek sztuki; jakieś dwanaście tysięcy lat temu ludzkość z koczujących drapieżników przeobraziła się w osiadłych rolników; około pięciu i pół tysiąca lat temu Sumerowie wymyślili pismo klinowe, co ma niejaki związek z faktem, że tu i teraz mogę stawiać znaczki, a Państwo je bez kłopotu i – mam nadzieję – z pożytkiem umysłowym odczytują kilka dni później, kiedy znajdą się w druku, wynalezionym wszakże niespełna sześćset lat temu. Przychodzą mi do głowy setki innych wydarzeń obiektywnie ważniejszych od tego, że przed dwoma tysiącami lat z hakiem być może faktycznie urodził się w Palestynie w rodzinie żydowskiej człowiek, który chciał dobrze. Wyszło, jak wyszło. Żyjemy podporządkowani kalendarzowi gregoriańskiemu, odkąd 4 października 1582 r. papież uznał, że nazajutrz będzie już 15 października (cwaniak, może mu cyganicha wywróżyła, że zemrze między piątym a czternastym).

Nowy Rok witamy, wedle mojego mniemania, o dziesięć dni za późno – na naszej półkuli logicznie byłoby wszak świętować przesilenie zimowe, po którym wreszcie dni przestają się kurczyć; wygłaszając życzenia noworoczne, moglibyśmy cytować Goethego z łoża śmierci: „Mehr Licht!”. W rzeczy samej ja tam własny mam cykl świętowań i święceń – w tym roku

21 grudnia o godz. 16.03 wzniosę toast przesileniowy, do kościoła zaś dla czystej hecy pójdę tradycyjnie dopiero 27 grudnia, na świętego Jana Apostoła, żeby mi ksiądz pokropił wina.

Niegdyś piłem ich sporo, czy raczej degustowałem w roznamiętnieniu, nierzadko pospołu z bracią „Magazynu Wino”, dla którego nawet pisywałem felietony. Wszystko to przez Marka Bieńczyka i jego genialne „Kroniki wina”, to Bieńczyk był winowajcą mojego rozpicia, albowiem wszystko, co spod jego pióra wyszło, traktowałem z czcią nabożną. Tak, to wina Bieńczyka, że wina mi uszczuplały konto, kiedy jeszcze żyłem w niefrasobliwym poczuciu dozgonnej sławy i bogactwa. Tym się jednak od Marka różniłem, że jestem niecierpliwy i łapczywy, przeto moja piwniczka była na bieżąco ogołacana, jego zaś kolekcja trwała nad miarę, wina najpierw dojrzewały,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Wgryźć się obiektywem

Największe wyzwanie to „ładne zdjęcie bigosu” – mówi Marcin Kaźmieruk, mistrz fotografii kulinarnej

Zanim mistrz fotografii kulinarnej zrobi zdjęcie, wybiera się do danego miejsca, żeby je zobaczyć, poczuć klimat, jaki tam panuje. I przyjrzeć się potrawom. Ważne dla niego jest także to, jak ludzie tam pracują. Wreszcie najważniejsze – trzeba poznać szefa kuchni i porozmawiać z nim.

– Staram się zrobić obszerny wywiad, zanim w ogóle przystąpimy z zespołem do pracy. Rozmowę postrzegam jako wielką inspirację. Bardzo cenię i szanuję szefów kuchni, mają ogromną wiedzę i nie trzymają jej dla siebie. Często są charyzmatyczni, dużo opowiadają, pokazują, jak robią swoje dzieła. Potrawa nabiera powagi i później, patrząc na nią, wiem, z jakim sercem została wykonana, bo kucharze naprawdę się angażują. Zależy mi, żeby ludzie, którzy oglądają te zdjęcia, też byli świadomi, jak przebiega cały proces. Nie jest tak, że „wjeżdżam” do restauracji, lampę sobie postawię, zrobię zdjęcie i do widzenia – mówi Marcin Kaźmieruk, zwycięzca Międzynarodowego Konkursu Fotografii Kulinarnej Foodelia Awards 2025, całorocznych zmagań autorów fotografii kulinarnej. O wyróżnienie walczyli fotografowie z 80 krajów świata.

Ten konkurs to setki godzin logistycznej i kreatywnej pracy z dziesiątkami restauracji i tysiącami potraw. – Foodelia, konkurs organizowany od 2016 r., daje szansę na rozwój kreatywności, a praca, którą w niego włożyliśmy, to nasza samorealizacja. I to jest ważne, bardziej niż pierwsze, drugie czy trzecie miejsce. Świetnie, że istnieje takie wyróżnienie, że mogłem nawiązać zdrową rywalizację z innymi, bo poznawanie kreatywnych ludzi, rozmawianie z nimi i udział w nowych projektach rozwija – uśmiecha się Marcin, fotograf od zawsze, od aparatu Zenith i starego telefonicznego Ericssona z lampą błyskową (!) na studiach, poza tym anglista, dziennikarz i były nauczyciel. Jeleniogórzanin.

Praca fotografa kulinarnego – poważnie traktowana – wspiera się scenariuszami, pisaniem scen, burzą mózgów.

– I tak ludzie powiedzą, że to Photoshop, a nie są świadomi, że to bardzo długi proces, piękny i fascynujący – podkreśla Marcin.

Często już na etapie pierwszego spotkania widzi inspiracje do zdjęcia, bo miejsce, jeżeli zostało stworzone przez restauratorów czy przez szefa kuchni, ma indywidualne smaczki, które są bardzo ważne.

– Staram się je przemycić, żeby to zdjęcie było sygnowane ich klimatem, ich jakością i pomysłem. Żeby było niepowtarzalne. Bo przecież to samo zdjęcie mogę zrobić w wielu różnych restauracjach, ale wtedy to będzie zdjęcie dla każdego. Na tej indywidualności staramy się za każdym razem budować klimat i cały plan zdjęciowy czy koncepcję późniejszej komunikacji poprzez media społecznościowe. Do tego można dopasować aspekty techniczne, które też podkreślą unikatowość danego miejsca. Niekiedy już sam stolik czy talerz są wyjątkowe.

Okazuje się, że nie trzeba wiele – „tylko” zobaczyć to jako kompozycję. – Jeżeli wejdziemy np. do meksykańskiej restauracji, można się spodziewać klimatu Mariachi. Jeżeli będą mieli na ścianie gitarę, czemu nie zrobić zdjęcia potrawie na strunach?

Blade mięso, które przestaje wyglądać

– Największym wyzwaniem jest zwykle „ładne zdjęcie bigosu”. W jaki sposób to ubrać, żeby mimo wszystko było apetyczne? Przecież na początku jemy oczami, musimy zobaczyć, co sprawia, że chce mi się to zjeść. Ta sama potrawa może wyglądać zupełnie inaczej. Dobrzy kucharze, którzy wiedzą, że na rynku trzeba się utrzymać i te potrawy nie mogą być byle jakie, potrafią każde danie ładnie zaprezentować. Taka zwykła łyżka ziemniaków np. z oliwą truflową to już jest coś. Jeden z szefów kuchni włoskiej jest mistrzem makaronów. Gdy patrzę, jak on je robi,

b.dzon@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 01/2026

Przychodzi CBA do Rydzyka

Po wygranych w 2015 r. wyborach pisowcy zachowywali się tak, jakby Polska była ich łupem wojennym, a oni – okupantem. Jak hordy Hunów zaczęli grabić kraj i gnoić ludzi, którzy im to grabienie usiłowali utrudniać. Grabili bez opamiętania, jakby mieli pewność, że nikt ich nie rozliczy ze złodziejstwa, łajdactwa i bandyterki. Fałszowali kolejne wybory, kupili albo wzięli pod but media, wymiar sprawiedliwości. Na szczęście pojawili się ludzie, którzy głośno mówili o tym, jacy bandyci nami rządzą. A gdyby nie Tusk, nadal by rządzili, nadal okradali i niszczyli ludzi. Dziś mamy moralny obowiązek rozliczyć ich ze złodziejstwa i bandyterki. PiS to zwyczajni polityczni szulerzy, którzy bez asa w rękawie, za którego na Dzikim Zachodzie dostawało się kulkę w łeb, nie są w stanie niczego wygrać, bo oni, zamiast nabywać zdolności, kupowali wspólników ich szulerstwa, zastraszali i niewolili. W 2023 r., dzięki ludziom dobrej woli, stworzony został ruch, który patrzył szulerom na ręce, dlatego nie byli w stanie oszukać. Niestety, po wyborach z 2023 r. uznaliśmy, że szuler stracił atuty, ale on znowu opuścił rękawy, w które naupychał asów (…). Rzecz w tym, że nie wszyscy oszukani chcą się przekonać, że nie przegrali, ale zostali oszukani.
Janio Janio

Są wśród nas ludzie słabi psychicznie, potrzebujący przynależności do różnych grup. Tam odnajdują się we własnym środowisku, nie czują odrzucenia, mogą liczyć na siebie nawzajem. Niestety, członkowie grupy po okresie niańczenia akceptują poddaństwo wobec samozwańczego guru, zamieniając ją w sektę. Najsmutniejsze jest to, że w tworzonej oazie umiera czujność na zagrożenia. W ten sposób guru wykorzystuje naiwność towarzystwa wzajemnej adoracji i jak nowotwór niezauważalnie pożera wolność oraz majątki ludzi, którzy bali się czegoś w świecie zewnętrznym, lecz gdy spotykają to wszystko wewnątrz sekty, są już zbyt zaślepieni, żeby to zauważyć. Gdy mówimy im o niebezpieczeństwach przynależności do grup destrukcyjnych, oni odbierają to jako atak i czasami warto zostawić ich w spokoju, gdyż przebudzenie ofiar sekt często kończy się samobójstwami.
Rafał Vangelius

Sygut i zespół rekonstrukcyjny

Zlikwidować koniecznie TVP i tę mnogość ośrodków. Stworzyć TVP Archiwum – jeden kanał, który pokazuje dorobek kina PRL, lepsze, niegłupkowate seriale polskie i współczesne polskie kino. Plus Teatr Telewizji. A w Polskim Radiu zlikwidować Jedynkę – kompletnie zbędną i nudną stacje. Zostają Dwójka i Trójka oraz radia regionalne. Starczy tego Bizancjum z uzbrojonymi strażnikami TVP i PR ze zwyczajami z czasów Stalina.
Marcin Budzyński

Aferzyści prezydenta RP

Cała ta ustawa o kryptowalutach to zwyczajna propaganda. Realnym działaniem byłoby przyjrzenie się np. emitentom reklam „inwestycji w KGHM popartych przez Dudę” czy bankom, w których mechanizmy przeciwdziałania praniu pieniędzy dziwnie zawodzą, gdy emeryt wykonuje transakcje poza wszelkim wzorcem (…). Ponadto operatorom telekomunikacyjnym, którzy tolerują tony kart SIM „na słupa” wykorzystywanych do oszustw. Czyli nudnej, realnej gospodarce, bez której kryptowaluty byłyby tylko sposobem na palenie prądu. A o ustawie mówi rząd, który nawet Amber Gold nie ogarnął.
Piotr M. Dudała

Kogo się bać?

Nareszcie znalazł się odważny, który zauważył w Polsce, a właściwie w rządzących nią, zagrożenie dla kraju. Red. Roman Kurkiewicz w felietonie „To Polska zagraża Polsce” (nr 50/2025) wymienił tylko nieliczne przykłady pozbawiania obywateli bezpieczeństwa. Autor wykazał się dużą odwagą – nie podąża za wszechogarniającą propagandą zagrożenia i tworzeniem prowojennego nastawienia społeczeństwa, narażając się na potępienie i odrzucenie. Oby znalazła się rzesza wspierających go we wskazywaniu prawdziwych zagrożeń zgotowanych nam przez prominentnych polityków, biznesmenów, dziennikarzy i innych bogatych. Oni doskonale wiedzą, co potwierdziła sytuacja w Ukrainie, że na wojnie oni tylko mogą zyskać (np. złote muszle klozetowe), a od wszelkich zagrożeń natychmiast uciekną w odległe, bezpieczne rejony świata, jak w Polsce w 1939 r. i teraz w Ukrainie.

Wyrażone w tym felietonie stanowisko właściwie odpowiada na pytanie z przedostatniego zdania artykułu Marka Czarkowskiego: „Czy taka była wizja Polski, o którą walczono w 1989 r.?” („Jak to się stało?”, nr 50/2025). Oczywistą odpowiedzią jest „tak”, ale propagandowo starannie ją ukrywano, mamiąc robotników walką z ich ówczesnymi „gnębicielami” o lepszy byt. Zastosowane narzędzia marketingowe były niezwykle skuteczne.

Gdy kierować się biblijną wskazówką „Po owocach ich poznacie”, wszystkie działania kolejnych rządów potwierdzają jednolity kierunek i konsekwentną realizację wytyczonego celu. Od pierwszych dni umacniano polską przewagę konkurencyjną w postaci taniej, wykwalifikowanej siły roboczej. A więc zbędne były nowoczesne przedsiębiorstwa, które szybko zbyto i zlikwidowano, niepotrzebne stały się nakłady na naukę, poza kształceniem pracowników o wysokich kwalifikacjach, zbędne wszelkie usługi publiczne, na których „inwestorzy” nie mogliby zarabiać. Potrzebną akumulację kapitału umożliwiono poprzez przejmowanie wspólnego (państwowego) majątku przez pojedyncze osoby, zazwyczaj w niezbyt jasnych okolicznościach, lub przez podmioty zagraniczne zapewniające wysokie prowizje krajowym pośrednikom. Konsekwentnie niszczono wszelkie wspólne formy działania, których nie można było łatwo zmonetyzować, przykład stanowi likwidacja spółdzielni.

Osiągnięto sukces: doprowadzono do zmniejszenia liczby mieszkańców (w tym eliminując bezpieczeństwo założenia i utrzymania rodziny oraz utrudniając dostęp do świadczeń zdrowotnych), w znacznej części zmuszono ludzi do korzystania z prywatnych usług zdrowotnych, ograniczając dostęp do świadczeń z ubezpieczenia, wpędzono w biedę miliony obywateli, w tym doprowadzając do ich wykluczenia komunikacyjnego. Za to mamy nielicznych bogaczy i chyba największe rozwarstwienie majątkowe w Europie.

Cały ciąg działań rządzących nie mógł być spontaniczny.

To musiała być konsekwentna realizacja wizji maksymalnego wykorzystania zasobów i ludzi. Czy warto tu żyć? Najbogatsze 10% pewnie powie „tak”, biedni zapewne „nie”, lecz oni nie mają wyjścia.
Andrzej Tomasik

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Warszawska elegia

Czarna jesień przy Łazienkowskiej

Dla fanatyków z Łazienkowskiej święty jest rok 1916, tę datę wyszywają sobie na szalach, flagach, grawerują na obrączkach i umieszczają na setkach gadżetów – to wtedy w kancelarii kompanii sztabowej Komendy Legionów Polskich na Wołyniu doszło do założenia klubu piłkarskiego, który uważa się za protoplastę dzisiejszej Legii. Jest jednak także data, której prawdziwy legionista nie wypowie, rok tabu, wymazany z annałów, wstydliwy i ponury, kiedy Legia spadła z ligi i przed wojną już do niej nie wróciła.

1936 – historyczna zmora kibiców, którzy woleliby wspominać tylko powojenne dzieje pełne sukcesów.

Od 1948 r. Wojskowi nieprzerwanie grają w Ekstraklasie, co więcej, w najgorszych sezonach kończyli rozgrywki na 10. miejscu, jak przed czterema laty, gdy jesienią zdarzyło im się nawet spaść na dno tabeli. Realnego zagrożenia degradacją zaznali bodaj tylko raz, w 1992 r., wtedy też po raz ostatni przezimowali w strefie spadkowej, przy czym po rundzie jesiennej sezonu 1991/1992 Legia zajmowała miejsce 15., czyli czwarte od końca (wtedy spadały cztery ekipy).

Tak nisko jak tej jesieni nie upadła jeszcze nigdy. Nie spędzi zimy na dnie tylko dlatego, że ma lepszą różnicę bramek od ostatniej Niecieczy, ale w regulaminie na koniec rozgrywek będzie się liczył bilans starć bezpośrednich, a że z Termalicą Legia u siebie przegrała, obecnie jest de facto najgorszą drużyną Ekstraklasy. W grudniu pod wodzą tymczasowego trenera Astiza pobiła niechlubny rekord, rozgrywając najgorszą w historii serię 11 meczów bez zwycięstwa. Pożegnalny mecz w Lidze Konferencji piłkarze zagrali przy pustawych trybunach – na stadion przybyło niespełna 10 tys. widzów, co jest najsłabszą frekwencją od trzech lat. Kibice wiedzieli, że żadnych atrakcji nie będzie – do niedawna jeszcze przybywali na Ł3, aby przekonać się na własne oczy, jak gra najsłabsza drużyna w dziejach klubu i czy faktycznie tak źle, jak o niej powiadają. Okazywało się, że gra jeszcze gorzej, z każdym meczem gorzej, tak tragicznie źle, że stała się kultową ekipą łamag, jakimś anty-Galácticos, piłkarską wersją Eddiego Edwardsa, który przeszedł do legendy jako najgorszy skoczek wszech czasów.

Dopiero kiedy ta niefortunna seria niewydarzeń posłuży Legionistom jako lekcja pokory, będą mogli z grajdołka się wydostać. Tylko że z Łazienkowskiej tak samo daleko do pokory jak do podium. Przed meczem z mistrzami Gibraltaru kibice mieli nadzieję, że kabaret się skończy, bo rywal jest na tyle kiepski, że da się go pokonać i w tak fatalnym kryzysie. Owszem, Legia w końcu wygrała, ale był to mecz o pietruszkę, bo nawet nie o honor – z całym szacunkiem dla rywali, którzy na swojej sztucznej murawie obili pod skałą gibraltarską Lecha Poznań, na wyjazdach to oni nie istnieją. To był przeciwnik na poziomie drugoligowym, coś w klimacie Podhala Nowy Targ czy Świtu Skolwin – z takimi drużynami gra się sparingi po intensywnym zgrupowaniu, ale nie są to ekipy do zmazania plamy na wizerunku, zwłaszcza że tak poplamiona Legia nie była chyba jeszcze nigdy. Dla kiboli ten mecz był wyłącznie okazją do zademonstrowania niechęci wobec właściciela klubu.

W odpowiedzi na te naciski Dariusz Mioduski przy okazji oficjalnej prezentacji nowego trenera, wyczekiwanego przez wszystkich w stolicy Marka Papszuna, ogłosił zmiany w zarządzie. „Całościowe zarządzanie klubem” powierzył Marcinowi Herze, który dotąd pełnił funkcję wiceprezesa – to jest oczywiście tylko pozorne oddanie władzy, kibice tego nie kupią, jeśli Papszun na wiosnę nie dokona cudów. A przejmie drużynę zrujnowaną, morale graczy ofensywnych skurczyło się do rozmiarów Gregora Samsy po przemianie.

Trudno się dziwić, skoro z półamatorskim Lincoln Red Imps Antonio Čolak, ściągnięty latem ze Spezii, strzelił pierwszego gola od… 13 miesięcy (nie, nie był kontuzjowany, w 30 meczach z rzędu nie potrafił zdobyć bramki!), a Mileta Rajović ponownie obsłużony co do centymetra przez młodego Jakuba Żewłakowa wreszcie trafił głową obok bramkarza – kupiony za

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.