Nie boję się żadnego tematu

Nie boję się żadnego tematu

Dziś wszyscy mówimy językiem mediów. Nasz sposób myślenia kształtują radio, telewizja, a szczególnie internet

Weronika Murek – autorka opowiadań i dramatopisarka, dwukrotnie nominowana do Paszportu „Polityki”

Za debiutancki zbiór opowiadań „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” zdobyłaś Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza, a za debiutancki dramat „Feinweinblein” Gdyńską Nagrodę Dramatyczną. Do tego za oba teksty miałaś nominacje do Paszportów „Polityki”. Dwa mocne wejścia. Który gatunek jest ci bliższy?
– Zdecydowałam się na dramat, ponieważ po publikacji opowiadań byłam przekonana, że nie jestem w stanie napisać już nic oryginalnego. Bałam się, że będę tworzyła podobne opowiadania, pisane podobnym językiem, w podobnym tonie, że nie wysilę się na nic oryginalnego. Wtedy znajoma zasugerowała mi, że powinnam spróbować napisać coś do teatru, bo przecież moje opowiadania są takie dialogowe. Nie planowałam teatru, ale tak wyszło.

Jesteś zaliczana do pokolenia młodych twórców, ale w przeciwieństwie do wielu autorów nie wpisujesz się w nurt tworzenia realistycznych portretów współczesności, świata słoików, pracowników korporacji i agencji reklamowych. Budujesz własne światy i narracje. Bawisz się językiem, pozwalasz sobie na absurd.
– Nie wiem, czy zostałabym przy przymiotniku młody. Może bardziej chodzi o nowych twórców. Po słynnym debiucie Masłowskiej była tendencja do jak najmłodszych debiutów, ale w ostatnich latach na rynku pojawiły się świetne debiuty pisarzy, którzy proponują nowe spojrzenie na rzeczywistość – takich jak Waldemar Bawołek czy Michał Cichy. Co do języka i światów, to mnie zawsze interesowały narracje spoza głównego nurtu. Poza tym jestem z małej miejscowości – świat dużych miast jest dla mnie sztuczny, dekoracyjny; małe, lokalne społeczności bardziej działają na moją wyobraźnię. To tam można wciąż spotkać języki różne od tych oficjalnych, nieukształtowane przez media.

W „Feinweinblein” mieszasz te języki. Jest gwara śląska, ale też radiowa nowomowa. W rzeczywistości powstaje zlepek słów, który niczego nie komunikuje.
– Radio jest dla bohaterów ostateczną instancją, są na nie skazani. Z drugiej strony jest ono też nadzieją, że istnieje jakiś świat, coś innego niż ten jeden pokój, który wszyscy znają. To radio integruje tę małą społeczność, łączy ją, ale też narzuca rozumienie świata. Akcja dramatu „Feinweinblein” dzieje się tuż po II wojnie światowej, gdy propagandę nazistowską zastępuje radziecka. Chciałam pokazać proces mieszania się języków radiowej propagandy i małej, lokalnej społeczności. W tamtych czasach te dwa języki istniały obok siebie, niekiedy się przenikały, ale można było łatwo je odróżnić. Dziś wszyscy mówimy językiem mediów. Nasz sposób myślenia kształtują radio, telewizja, a szczególnie internet. Trudno rozróżnić, co jest naszym językiem, a co tylko powtórzeniem medialnej papki.

Skąd się wziął pomysł na historię opowiedzianą w „Feinweinblein”, w której ludzie oddają chore psychicznie dzieci w zamian za radio?
– To prawdziwa historia. W III Rzeszy kuszono ludzi, by oddali swoje chore psychicznie i niepełnosprawne dzieci, a w zamian dostaną radio, książkę albo 5 marek. Nazwisko Knauer to prawdziwe nazwisko rolnika, który oddał dziecko za odbiornik radiowy. Takich przypadków było dużo więcej.

W dramacie „Wujaszki” podważasz stereotyp narodowej gościnności i otwartości, wyśmiewasz narodowe mity. Boli cię polskość?
– „Wujaszków” napisałam na zamówienie teatru. Dwa lata temu w związku ze stuleciem niepodległości sporo instytucji postanowiło się zająć tym tematem. Ruszyła maszyna do produkowania wypowiedzi na zadany temat. Znajoma zaproponowała mi współpracę przy pisaniu takiego dramatu, ale ostatecznie nie powstało nic, co mogłoby się spodobać ministrowi Glińskiemu. Zostałyśmy wywalone z jednego z teatrów, ponieważ „liczono na sztukę o dziewczynce pod kroplówką, a wyszedł Piłsudski”. Absurd. Wiedziałam już, że nie powstanie z tego sztuka teatralna, ale postanowiłam dać „Wujaszkom” jeszcze jedno życie i rozhulać ich. Jeszcze bardziej chciałam się pobawić mitami i fantazmatami narodowymi, w sposób dosyć krytyczny opowiedzieć o narodowej pamięci.

Nie dostałybyście na to dotacji z Ministerstwa Kultury i Dziewictwa Narodowego.
– No raczej nie. Mnie cały czas interesuje to, jak wyobraźnia działa na pamięć, jak nasze myślenie i fantazje kształtują postrzeganie historii. W „Wujaszkach” chciałam pokazać, jak łatwo przerzucamy się liczmanami, kliszami, frazesami, jak zagadujemy się słowami kluczami, które tak naprawdę nic nie znaczą. W dużej mierze nasze myślenie o historii to zbiór takich utartych schematów i słów bez znaczenia. Jeśliby się zastanowić, to wiele obrazów i opowieści o odzyskaniu niepodległości to nic innego jak takie fantazmaty.

Lubimy ubierać historię w mity, teatralizować ją. Weźmy niedawny przykład. Opozycja i rząd prześcigały się w inscenizacjach setnej rocznicy zaślubin Polski z morzem. Sam gest zaślubin jest mocno teatralny, a tu jeszcze te przebieranki za Hallera.
– Gdy tak się zastanawiam nad twoim pytaniem, czy boli mnie polskość, to wydaje mi się, że na pewno nie mam do niej obojętnego stosunku. Ciekawi mnie Polska, ciekawi mnie to, co nas, Polaków, łączy, a co dzieli, jak i czym myślimy w Polsce.

Okazuje się, że wbrew nadziejom wielu nie myślimy Janem Pawłem II. Nic z pokolenia JPII nie wyszło. Ten mit upadł.
– Pytanie, czy eksperyment z pokoleniem JPII mógł się udać. O ile jestem w stanie wyobrazić sobie pokolenie piłsudczyków czy pokolenie Kolumbów – bo tych ludzi łączyły wspólne doświadczenie, wspólne, realne przeżycia – o tyle z pokoleniem Jana Pawła II mam problem. Wydaje mi się, że to pokolenie zostało sztucznie wykreowane przez media, poprzez spektakl telewizyjny. Nagle coś czy ktoś, kto miał być wieczny – bo przecież żadne z nas nie znało czasów sprzed Jana Pawła II – umiera, ale my nie doświadczamy tej śmierci, my ją tylko oglądamy, przyjmujemy naskórkowo w postaci obrazków i dźwięków. Zastanawia mnie, dlaczego nikt nie próbował stworzyć pokolenia 10 kwietnia.

Może dlatego, że tragedię smoleńską zawłaszczyła jedna partia, z żałoby uczyniono pseudoreligię, poza tym nikt nie sprzedawał kubków z tupolewem ani ulubionych ciastek Lecha Kaczyńskiego?
– No tak, a Jan Paweł II został ostatnią maskotką. Wydaje mi się, że ten absurdalny, cukierkowy kult Jana Pawła II to kwestia ostatnich lat. W końcu nadmiar narracji o papieżu pękł i wszystko się odjaniepawliło! Myślę, że chociaż oba „spektakle” – Jan Paweł II i Smoleńsk – są fundamentalne dla Polski, to są różne i niosą inną wrażliwość.

Czy to dobre tematy na dramat o współczesnej Polsce, o tym, czym myślimy dziś nad Wisłą? Nie bałabyś się ich podjąć?
– Nie boję się żadnego tematu, ale bałabym się jego wykonania. Nie wiem, czy udałoby się znaleźć uczciwą formę do opowiedzenia o tych sprawach. Mówiąc o uczciwej formie, mam na myśli nie poprawność polityczną, ale to, że chciałabym powiedzieć coś więcej niż to, co wiemy teraz, chciałabym wyjść poza utartą publicystykę i memy. Myślę, że dobrym tematem jest też mit założycielski III RP. Dla ludzi z naszego pokolenia to czas zarazem bliski, bo wtedy się rodziliśmy, ale i na tyle daleki, że nie możemy nic z tego pamiętać. Musiałabym jednak znaleźć sposób, by ta opowieść niosła jakieś nowe znaczenie.

Mówiąc o formie, wspomnijmy głośną „Klątwę” z Teatru Powszechnego. W tym spektaklu próbowano zmierzyć się z mitem Jana Pawła II, ale wyszedł skandal.
– „Klątwa” była włożeniem kija w mrowisko, odpaleniem lontu i cała energia – ta negatywna i ta pozytywna – którą wyzwolił spektakl, była czymś niesamowitym. Co do kontrowersyjnej sceny z Janem Pawłem II, gdyby mi ktoś ją opowiedział, tak jak tutaj siedzimy, bez wizyty w teatrze, powiedziałabym, że to szczeniackie, niepotrzebne, przerost formy nad treścią. Jednak gdy widziałam ją na scenie, w szerszym kontekście, z wyznaniami aktorów, to wiem, że jest słusznym środkiem wyrazu. Subtelniejsze podejście do tematu niestety nie miałoby sensu.

Subtelność nie jest drogą do burzenia mitów i walki z patologami.
– Musimy zrozumieć, że czym innym jest Jan Paweł II jako postać, papież, a czym innym jako głowa Kościoła. Czym innym jest opowiadać o papieżu, a czym innym o Kościele, którego był częścią. Chociaż jestem ateistką, jak większość Polaków mam wgrane katolickie narracje i to całe imaginarium. Mój sposób myślenia jest w pewnej części ukształtowany przez Kościół. Językiem Kościoła mówi i myśli Polska, dlatego nie powinniśmy się bać tego języka. Bez tego nie zrozumiemy siebie jako Polaków.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 10/2020

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy