Ból głowy Brytyjczyków

Ból głowy Brytyjczyków

Szkocka niepodległość

Nicola Sturgeon, szefowa Szkockiej Partii Narodowej, której udało się zdominować politykę na północy kraju, już zapowiedziała, że Brexit będzie okazją do powtórnego referendum niepodległościowego. Pierwsze, przypomnijmy, odbyło się dwa lata temu i skończyło się niewielką wygraną zwolenników pozostania w Zjednoczonym Królestwie. Zdecydowały obawy o ekonomiczną przyszłość kraju, który z jednej strony postrzega siebie jako ofiarę Londynu, ale z drugiej jest od Anglii znacznie biedniejszy i dziś raczej korzysta na tym związku, niż na nim traci.

Przykładowo: o ile deficyt finansów publicznych Wielkiej Brytanii zwykle mieści się w przedziale 2-3%, to Szkocja znajduje się bliżej 10%. Nie zmienia to jednak znacznie bardziej euroentuzjastycznego nastawienia Szkotów niż Anglików. Zresztą nie tylko ich, bo to samo da się powiedzieć o Walijczykach, którzy jako najbiedniejsi mieszkańcy Wysp w zasadzie jako jedyni bardzo wyraźnie odczuli wpływ funduszy unijnych, oraz Irlandczykach z północy, gdzie wprawdzie lojaliści są bardziej angielscy od Anglików, ale za to katolicy ciążą ku Dublinowi.

I właśnie na tym euroentuzjazmie, zwłaszcza Szkotów, opierają się przewidywania, że Brexit może uruchomić proces rozpadu Zjednoczonego Królestwa. Argumentacja wygląda następująco: jeżeli w Anglii Brexit wygra, a w Szkocji przegra, to oznacza, że ta ostatnia odłączy się od Londynu i pozostanie z Brukselą. W tym myśleniu tkwi jednak pewien błąd. Czym innym jest wybór między pozostaniem we Wspólnocie z Londynem, a między Wspólnotą i Londynem. To, że północ wyspy będzie przeciw Brexitowi, jest niemal pewne. Jednak, czy jeżeli zajdzie konieczność dokonania tego drugiego wyboru, przedłoży Brukselę ponad Londyn? Możliwe, ale wątpliwe.

Życzeniowe myślenie nie jest tu przypadkiem. Są to bowiem przede wszystkim przewidywania szkockich nacjonalistów, którzy niespełna dwa lata temu przegrali referendum niepodległościowe i dziś chcą wykorzystać okazję, by odbić sobie tamtą porażkę. – Wyciągnięcie Szkocji ze struktur Unii Europejskiej będzie poważną zmianą okoliczności. W takim wypadku w ciągu kolejnych dwóch lat dojdzie do referendum niepodległościowego i tym razem ludzie odpowiedzą „tak” – zapowiadał Alex Salmond, który prowadził kampanię w 2014 r. i reprezentuje Szkocką Partię Narodową w europarlamencie. Inni są dużo ostrożniejsi, choć w podobnym tonie wypowiadał się też były premier John Major.

Ciekawie mogłoby być w Irlandii Północnej, gdzie także pojawiły się głosy – katolików – że po Brexicie powinno dojść do referendum. Zwłaszcza jeżeli swoje zorganizują Szkoci. Jednak tam pytanie nie dotyczyłoby niepodległości, ale zjednoczenia Irlandii. Miałoby to niewielkie szanse powodzenia, ponieważ lojaliści są tu jednomyślnie na „nie”, a katolicy – podzieleni. Za to rozgorzałby konflikt, który w ostatnich 20 latach nieco przygasł. Konsekwencje są trudne do przewidzenia. Jedynie Walia nie spędza nikomu snu z powiek, a to dlatego, że jest „angielska” od tak dawna, że nie ma tam silnego ruchu narodowego. A ten, który jest, ogranicza się do prób zachowania elementów tradycyjnej tożsamości i języka.

Te scenariusze zwiastują ciekawe czasy, ale raczej nie będziemy oglądać rozpadu Zjednoczonego Królestwa. Zbyt wiele musiałoby się stać, by do tego doszło. Po pierwsze, Wielka Brytania musiałaby wyjść z UE, co nie jest pewne. Po drugie, Szkocja musiałaby zorganizować referendum, co również nie jest pewne, jej mieszkańcy zaś musieliby opowiedzieć się za niepodległością, co także nie jest pewne. Wreszcie podobne referendum musiałoby zostać przeprowadzone w Irlandii Północnej, co jest jeszcze mniej prawdopodobne. Tak jak i to, że w takim głosowaniu większość byłaby za odłączeniem Ulsteru od Londynu.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 25/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy