Wybory, których nikt nie wygrał

Wybory, których nikt nie wygrał

Bułgarzy nie chcą już ryzykować żadnych reform, gdyż te, które zostały wdrożone, zabrały im wszystko

Wybory do bułgarskiego Zgromadzenia Narodowego zaowocowały serią zarówno przewidywalnych, jak i cokolwiek zaskakujących zjawisk. Wszystkie one mają wymiar bardziej kabaretowy niż polityczny.

Bułgarki i Bułgarzy poszli do urn 4 kwietnia. Do tej pory żaden lider żadnego ze stronnictw nie ma pomysłu na to, jak w nowej konfiguracji stworzyć choćby techniczny rząd. W tych wyborach nie udało się wyłonić zwycięzcy – wszyscy przegrali.

Arytmetyka powyborcza

Rządząca obecnie partia GERB otrzymała 26,18%. To jednoznacznie prawicowe ugrupowanie, które z pewnością ma dużo więcej wspólnego z oligarchicznym klubem lub korporacją niż ze stronnictwem politycznym. Jego szefem i dyktatorem bułgarskiego procesu wewnątrzpolitycznego jest premier Bojko Borisow, były ochroniarz Todora Żiwkowa. Odpowiednik Jarosława Kaczyńskiego, tylko skuteczniejszy, bo trzymający pod ścisłą osobistą kontrolą niemal cały aparat instytucjonalny i gospodarczy państwa.

Dość poważnym zaskoczeniem był wynik partii o cokolwiek groteskowej nazwie Jest Taki Naród (ITN), która uplasowała się jako druga. Jasne było, że uzyska spore poparcie, ale nie spodziewano się, że zostanie najważniejszym ośrodkiem opozycyjnym. Przewodzi jej Sławi Trifonow, z trudem udający poważnego człowieka śpiewak i telewizyjny szołmen, uchodzący za zaprzyjaźnionego ze wszystkimi najważniejszymi ośrodkami oligarchicznymi w kraju. ITN uzyskała poparcie na poziomie 17,66%, wyprzedzając Bułgarską Partię Socjalistyczną (BSP), która osiągnęła jedynie 15,01%, co dla tego ugrupowania jest wynikiem poniżającym. Ruch na rzecz Praw i Wolności (DPS), stylizujący się na europejskich liberałów, zajął czwarte miejsce z wynikiem 10,5%, a zaraz za nim uplasowała się Demokratyczna Bułgaria – 9,45%, która jest swoistym konglomeratem antykomunistycznych nostalgików, marzących wciąż o głębokiej lustracji, i wielkomiejskiej młodzieży pragnącej nowoczesności.

Kolejną kuriozalną formacją, która uzyskała reprezentację parlamentarną, jest partia Powstań! Mafia precz! (sic!). Na jej czele stoi Maja Manołowa, była rzecznik praw obywatelskich mocno skłócona z Borisowem. Dostała się do parlamentu siłą 4,72% głosów (próg wyborczy to 4%) jako najmniejsze ugrupowanie w 45. Zgromadzeniu Narodowym Republiki Bułgarii.

Katastrofa lewicy

GERB stracił ok. 7 pkt proc. w porównaniu z poprzednimi wyborami z roku 2017 (wtedy uzyskał 33,54% głosów). Największym przegranym jest jednak Bułgarska Partia Socjalistyczna i jej przewodnicząca Kornelia Ninowa. Cztery lata temu partia ta otrzymała 27,93%. Teraz jej wynik jest o niemal 13 pkt proc. niższy. Pomimo że BSP w trakcie kilku ubiegłych kadencji była w opozycji, pomimo wielu katastrofalnych błędów rządu i licznych skandali korupcyjnych, pomimo trwających niemal pół minionego roku codziennych masowych protestów antyrządowych na ulicach Sofii i kilku większych miast, socjaliści stracili dwa razy więcej głosów niż partia rządząca.

– Oczywiście dla postronnego obserwatora sytuacja ta będzie zdumiewająca, ale nie jest to wyłącznie bułgarską specyfiką. Sromotne porażki systemowych, nominalnie lewicowych partii widzimy w całej Europie – komentuje Nikołaj Draganow, bułgarski dziennikarz i dokumentalista.

– BSP przeszła ten sam proces, który strawił niemal wszystkie tradycyjne europejskie socjaldemokracje. Chodzi o trend zapoczątkowany jeszcze pod koniec lat 90. przez Blaira i Schrödera, czyli porzucenie wszelkich złudzeń zmiany i zapisanie lewicowych partii do obozu neoliberalnego. W Bułgarii proces ten przebiegł nieco inaczej, został dodatkowo skarykaturyzowany i doprowadził do dziwacznej sytuacji – dodaje Todor Todorov, znany lewicowy komentator polityczny i pisarz. – BSP przepoczwarzyła się w partię stricte prawicową, nie próbując choćby minimalnie tego maskować. Jej program w sferze ekonomicznej jest jednoznacznie probiznesowy, jakościowo spójny z chadeckimi czy liberalnymi stronnictwami zachodnioeuropejskimi. W sferze kulturowo-obyczajowej zaś mowa jest, a jakże, o wartościach tradycyjnych, rodzinie itd. – uzupełnia.

– Program to jedno, ale też przekaz, jaki Ninowa formułowała od samego początku przewodniczenia partii, był przerażający dla lewicowo myślącego obywatela czy działacza – ocenia Draganow. – Owszem, dokonała odejścia od lewicowości w sensie programowym, ale także zmieniła całe emploi. Mówiła bez opamiętania o udogodnieniach dla biznesu niczym jakiś spuszczony ze smyczy amerykański libertarianin. Jednocześnie włączyła się w nacjonalistyczną histerię przeciw konwencji stambulskiej i publicznie zapowiadała, że nigdy nie zgodzi się na jej podpisanie, gdyż chce „bronić bułgarskich rodzin”. Zanim Ninowa została przewodniczącą, partia, oględnie mówiąc, też nie była idealna, ale przynajmniej przekaz, jaki generowali jej liderzy, był rozsądny. Ludzie głosowali na BSP, gdyż liczyli na to, że ta partia przynajmniej nie będzie dokonywała dalszych cięć; teraz ten element zupełnie zniknął z ich politycznego marketingu – podsumowuje dziennikarz.

– Ninowa doprowadziła BSP do katastrofy, udając prawicę, a najbardziej próbując udawać samego Borisowa. To nie mogło się udać – dorzuca doc. Boris Popiwanow, politolog. – Taka próba musiała się skończyć fatalnie. Ludzie głosujący wciąż na Borisowa robią to na ogół ze strachu. On i GERB ciągle mówią o stabilności i o tym, że tylko oni mogą ją zagwarantować. To prawda. Jest to straszna stabilizacja, na poziomie potwornej cywilizacyjnej degradacji, ale ludzie często boją się już jakichkolwiek zmian, nie chcą ryzykować żadnych reform, gdyż te, które zostały wdrożone, zabrały im wszystko. Paradoksalnie więc Borisow jest dość wiarygodny. Poza tym realnie kontroluje nie tylko całą partię, ale również wszystkie zasoby państwa i ludzie zdają sobie z tego sprawę. Ninowa nie ma żadnej z tych właściwości. Próbowała przekształcić BSP w partię wodzowską na wzór GERB, ale szybko okazało się to niemożliwe, gdyż ona nie kontroluje żadnego medium, a jej kontakty z oligarchami są niezwykle ograniczone w porównaniu z możliwościami Borisowa. W jaki sposób może być wodzem? Jedyne, co Ninowa może wykorzystać przeciwko wewnątrzpartyjnej opozycji, to regulamin i władze statutowe, a Borisow, co wielokrotnie pokazał, jest w stanie zgnieść każdego, kto mu podpadnie, jeśli nie w 24 godziny, to w tydzień – tłumaczy Popiwanow.

Niestety, poza BSP lewica w Bułgarii nie ma żadnej poważnej oferty, choćby programowej, nie mówiąc już o jakiejś inspirującej wizji. Jedyną polityczną treścią jest postulat odejścia od neoliberalizmu, ale niewielu lewicowych aktywistów czy dziennikarzy ma w ogóle pomysł na to, jak taką operację przeprowadzić. Co więcej, panuje ogólna apatia; nie ma żadnych znaczących głosów wzywających do masowej mobilizacji lub walki, nie mówiąc już o tworzeniu nowej lewicowej partii, a tym bardziej o tworzeniu nowej rzeczywistości i odejściu od kapitalizmu. Najbardziej radykalne wypowiedzi to raczej łagodne stanowiska socjaldemokratyczne, takie jak progresywne opodatkowanie.

– Lewica zawsze najgorzej wychodzi na próbie naśladowania politycznych wrogów. Ktoś, kto jest przekonanym nacjonalistą, nie zagłosowałby na BSP, choćby epatowała narodowym patosem bardziej niż utrwaleni w bułgarskim krajobrazie politycznym radykalni prawicowcy. Ktoś, kto ma w głowie tylko biznes i przedsiębiorczość i komu się wydaje, że jeśli obniżymy podatki, to zaraz zacznie zarabiać 10 tys. euro miesięcznie, też nie będzie głosował na BSP, mimo że Ninowa uczyniła z tego jakąś mantrę.

Zagłosuje albo na GERB, albo na Demokratyczną Bułgarię. Nie trzeba być profesorem socjologii, żeby to wiedzieć. Wystarczy minimum intuicji politycznej i jakiejś ostrożnej obserwacji. Ninowej zabrakło obu tych rzeczy, właściwie ona jako lider nie ma żadnych zalet. Mogła tylko przegrać. Pomimo że bułgarskie społeczeństwo wręcz płacze za lewicową alternatywą, od 20 lat establishment ma dla niego jedynie prawicowe oferty, z partią z nazwy socjalistyczną włącznie. To jest komedia pomyłek – podsumowuje Nikołaj Draganow.

Demokracja niereprezentatywna, protesty nieskuteczne

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na kwestię niereprezentatywności bułgarskiej demokracji parlamentarnej. Nie ogranicza się ona jedynie do lewicowych czy choćby prosocjalnych wyborców. To poważny problem systemu zarówno politycznego, jak i wyborczego, a najnowsze wybory spowodowały jego zaostrzenie.

Popatrzmy, jaka część uprawnionych wyborców poparła GERB, a jaka głosowała na partie, które przedstawiały się jako alternatywa. I skąd wzięło się przekonanie, że uzyskany wynik nie daje wystarczającej legitymacji do aktywnego udziału w politycznej grze.

Asumpt do takich refleksji dał sam Borisow, który zaraz po zamknięciu lokali wyborczych i podaniu wyników exit poll wygłosił jeden ze swoich zwyczajowych, dziwacznych wideomonologów na Facebooku. Twierdził, że to „dość śmieszne”, gdy partie z pięcio- czy dziewięcioprocentowym poparciem wypowiadały się w imieniu obywateli; potem powiedział, że nawet 25% to niewiele.

Jeśli przyjrzymy się rzeczywistej reprezentacji partii wchodzących do następnego parlamentu, analizując głosy jako procent całkowitej liczby obywateli uprawnionych do głosowania, wydaje się, że akurat ta uwaga premiera Bułgarii jest trafna, choć oczywiście zamierzał wyłącznie zdezawuować oponentów.

W 45. Zgromadzeniu Narodowym będzie reprezentowanych tylko 39,68% uprawnionych do głosowania obywateli Bułgarii. GERB otrzymał 837 671 głosów, co wydaje się znaczące w porównaniu z wynikami innych partii, ale reprezentuje ledwie 12,44% wszystkich uprawnionych do oddania głosu. Dla porównania – w 2017 r. GERB poparło 16,78% uprawnionych do głosowania. W liczbach bezwzględnych GERB stracił ok. 310 tys. głosów.

W kontekście reprezentatywności właśnie warto przywołać zeszłoroczne protesty, które wyraźnie pokazały pragnienie zmian. Około 70% Bułgarów poparło żądania protestujących i sam protest. Niestety, nie odzwierciedlają tego wybory z 4 kwietnia. Tylko 22,25% wszystkich głosujących poparło partie, które zadeklarowały się jako opozycyjne i uzyskały wynik pozwalający na wyłonienie reprezentacji parlamentarnej.

Chodzi o trzy nowe formacje znane w Bułgarii jako partie protestu: Jest Taki Naród, Demokratyczna Bułgaria i Powstań! Mafia precz! Pierwszą kieruje wspomniany już Sławi Trifonow. Jeśli chodzi o temperament i poglądy, jest on swoistym połączeniem Berlusconiego z Pawłem Kukizem. Nie tylko wspierał protesty, ale także poprzez swój popularny telewizyjny talk-show popularyzował je w całym kraju. Demokratyczną Bułgarią kieruje Christo Iwanow, były minister sprawiedliwości Borisowa, który na pewnym etapie pokłócił się z nim, jak twierdzi, ze względu na skłonności premiera do korupcji. Jego polskim ekwiwalentem byłby chyba Rafał Trzaskowski. Maja Manołowa zaś szefuje kanapowej partii Powstań! Mafia precz! Jej autorytet wynika z rozpowszechnionego przekonania, częściowo bardzo prawdziwego, jakoby w trakcie swojej kadencji rzecznika praw obywatelskich pomagała potrzebującym grupom społecznym.

– Warto również zauważyć, że część głosów sprzeciwu zrodzonego przez ubiegłoroczne protesty przypadła formacjom, które nie przekroczyły czteroprocentowego progu wyborczego. Nawiązać też trzeba raz jeszcze do BSP. Jej zwolennicy aktywnie uczestniczyli w protestach, i to masowo, ale inne formacje wspierające protesty nie uznają BSP za alternatywę wobec rzeczywistości. Trzy partie protestu, które znalazły się w Zgromadzeniu Narodowym, otrzymały zaufanie jedynie 15,12% uprawnionych wyborców. Ponad pół miliona głosujących Bułgarów (524 645) poparło ugrupowania, które nie zdołały zebrać 4% głosów – komentuje dziennikarka Mirena Filipowa, prowadząca w przeszłości publicystyczne programy telewizyjne.

– Niska frekwencja i niska reprezentatywność bułgarskiego systemu jest uznawana za normę. To jednak nie oznacza, że ludzie ufają władzy. Większość nie ufa ani rządowi, ani instytucjom państwa. Każde posunięcie władzy jest kwestionowane, z góry uznawane za podejrzane. Niestety, nie wyostrza to zdolności krytycznego myślenia w elektoracie, a jedynie powoduje demoralizację i poczucie bezradności oraz bezalternatywności. Dla Borisowa jest to wymarzona sytuacja. Tylko wtedy jego fałszywe dykteryjki o stabilności mogą wyglądać na wiarygodne – stwierdza Filipowa.

Niepożądanym przez wszystkie stronnictwa wynikiem wyborów jest rysująca się coraz wyraźniej konieczność przeprowadzenia kolejnych latem tego roku. Chyba że dojdzie do porozumienia partii protestu i stworzenia szerokiej koalicji z Bułgarską Partią Socjalistyczną przeciw Borisowowi. Wciąż jednak wydaje się to mało prawdopodobne, gdyż liderzy tych ugrupowań zapowiadali w trakcie kampanii, że brzydzą się status quo i nie wejdą w porozumienie z żadną establishmentową strukturą, a więc także z BSP.

Prezydent Rumen Radew, jeden z bardzo niewielu przyzwoitych ludzi w bułgarskiej polityce, nie mógł już dłużej czekać i zgodnie z konstytucyjnym obowiązkiem tworzenie rządu powierzył na razie partii GERB, gdyż ta zdobyła najwięcej głosów. Borisow wskazał jako premiera jednego z najsilniej podporządkowanych mu ludzi – byłego ministra spraw zagranicznych Daniela Mitowa. Wiedział, że propozycja ta przepadnie w parlamencie. Sławi Trifonow zaś zaproponował – najpierw oczywiście na Facebooku – żeby ewentualną premierką z jego ugrupowania została Antoaneta Stefanowa, była mistrzyni szachowa. Zna pięć języków – argumentował. Być może. Nikt jednak nie wie, co ma w nich do powiedzenia, jeśli chodzi o zagadnienia polityczne.

Fot. Stoyan Nenov/Reuters/Forum

Wydanie: 19/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy