Bomba Kima

Bomba Kima

Korea Północna świętuje udaną próbę atomową

Korea Północna raz po raz nawołuje do wojny i prowokuje, Korea Południowa podnosi stopień gotowości swoich wojsk, społeczność międzynarodowa gromi północnokoreańskiego prowokatora, Rada Bezpieczeństwa ONZ grozi niewiele znaczącymi sankcjami, reszta świata milczy i zastanawia się, kiedy ten teatr się skończy.
Zaledwie w drugiej połowie stycznia br. RB ONZ potępiła w rezolucji nr 2087 Koreę Północną za testy rakietowe z 12 grudnia ub.r., a już reżim Kim Dzong Una zdążył ją zmusić do kolejnego spotkania. Jak poinformowała 12 lutego br. północnokoreańska agencja prasowa KCNA, reżim przeprowadził trzecią, udaną próbę jądrową. W stan gotowości zostały postawione wojska Korei Południowej i stacjonujące tam siły amerykańskie, w liczbie ok. 27 tys. żołnierzy.
Sytuacja jest trudna, ale zarazem komiczna. Z jednej strony, reżim głodzi i upadla obywateli, zaczyna stwarzać realne zagrożenie nie tylko dla stabilności regionu i bezpieczeństwa znajdujących się tam państw, lecz także dla społeczności międzynarodowej. Z drugiej strony, obserwujemy komedię z udziałem światowych mocarstw wygrażających Północy, lecz de facto niemogących wiele zrobić.
Jakkolwiek irytujące dla obserwatora może być to, co dzieje się wokół Korei Północnej, na kilka kwestii należy zwrócić uwagę. Zacznijmy od próby. Była to już trzecia podziemna próba jądrowa KRLD przeprowadzona na poligonie Punggye-ri, najsilniejsza ze wszystkich – według szacunków rosyjskich wojskowych miała siłę od 7 do 10 kiloton. Siła wybuchu jest jednak drugorzędna, gdyż Rosjanie i Amerykanie dysponują bombami o mocy nawet kilkudziesięciu megaton. Co nie zmienia faktu, że koreański ładunek zabiłby setki tysięcy ludzi w Seulu. Warto natomiast odnotować, że przy tej próbie reżim zapewne zastosował nie pluton, ale wzbogacony uran. Jeśli tak, KRLD mogłaby zdecydowanie zwiększyć potencjał jądrowy, gdyż plutonu jej brakuje, uranu zaś ma nadmiar. Jeszcze istotniejsza jest informacja, że bomba została zminiaturyzowana. Jeżeli oba te doniesienia potwierdziłyby się, oznaczałoby to duży postęp Pjongjangu w dążeniu do posiadania własnej, skutecznej broni jądrowej. By móc realnie zagrozić terytorium USA, reżim potrzebuje jeszcze środków do przenoszenia ładunków jądrowych, a to już bardziej skomplikowane. Jednak i na tym polu KRLD święciła ostatnio triumfy, gdy w grudniu 2012 r. rakieta Unha-3 wyniosła satelitę Kwangmyongsong-3 na orbitę okołoziemską. Jeśli KRLD zdoła zminiaturyzować i zabezpieczyć ładunek jądrowy w głowicy rakiety, tak by nie eksplodował podczas startu, i będzie w stanie skonstruować rakietę zdolną wynieść na orbitę ładunek ważący minimum 400 kg (bo tyle waży głowica z ładunkiem, Unha-3 zaś poderwała na orbitę zaledwie 100 kg), USA na poważnie będą musiały się zmierzyć z problemem.
Reżim wie, że jest coraz bliżej realizacji wizji państwa atomowego, przyświecającej Kim Dzong Ilowi, dlatego od lat nie szczędzi środków na program atomowy, który według ostrożnych szacunków przez ostatnie dwie dekady kosztował ponad 3 mld dol. Kwota ta może być mocno zaniżona, biorąc pod uwagę nakłady na armię, stanowiące nawet 30% wydatków państwa.
Nowa prezydent Korei Południowej, 60-letnia Park Geun-hye, która obejmie urząd 25 lutego, nie będzie miała łatwej kadencji, szczególnie reprezentując tak twarde stanowisko wobec północnego sąsiada. Prezydent, która należy do partii Saenuri kończącego sprawowanie tego urzędu Lee Myung-baka, nie kryje, że będzie kontynuować nieustępliwą politykę wobec reżimu Kima.
Zagrożenie staje się realne i ciągle narasta, powraca więc myśl o remilitaryzacji w Japonii i Korei Południowej, co zmusza także Chiny do zwiększonej aktywności. Choć USA i państwa regionu debatują, jak zaradzić sytuacji, zgody nadal nie ma. Chiny wprawdzie przestały blokować rezolucje Rady Bezpieczeństwa, a po ostatniej próbie jądrowej nawet ostro skrytykowały KRLD, ostrzegając Kima, że mogą ograniczyć pomoc gospodarczą, niemniej jednak sprzeciwiają się jakiejkolwiek interwencji. Minister obrony Korei Południowej stwierdził, że w związku z rosnącym ryzykiem ataku jądrowego ze strony KRLD jego kraj powinien przeprowadzić atak uprzedzający i zniszczyć obiekty nuklearne Północy, ale chyba sam nie wierzy w realność tych planów. USA z kolei zapewniają o wsparciu sojuszniczym dla Korei Południowej i Japonii, aczkolwiek kolejnej wojny zaczynać nie chcą. Sam Obama zaś w drugiej kadencji chce dowieść, że zasłużył na przyznaną mu pokojową Nagrodę Nobla.
Na razie przepychanki trwają, a Kim zapewne zanosi się śmiechem, słysząc o kolejnym zaostrzeniu sankcji ze strony Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Autor jest doktorem, publicystą, podróżnikiem, ekspertem ds. Azji Wschodniej, stałym współpracownikiem w Zakładzie Azji Wschodniej i Pacyfiku ISP PAN

Wydanie: 8/2013

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy