Bond nie umiera nigdy

Bond nie umiera nigdy

Imperium brytyjskie nie dało światu nic lepszego nad Beatlesów, Monty Pythona i – Jamesa Bonda

Ten film obserwuje się jak mecz tenisowy albo rozgrywkę szachową. Znamy reguły, możliwości zawodników, stałe fragmenty pojedynku. Na dodatek wiemy, że i tak figury białe wygrają przeciw czarnym. A przecież gapimy się – jak kibol Wisły na 154. mecz swojej drużyny z Legią.

Zresztą „Spectre” ogląda się samo, mimo że trwa dwie godziny z okładem, z czego 30 minut można by wyciąć bez żalu. Patrzymy na film jak na blok reklamowy. Bo ten „Bondziak”, jak każdy przed nim, poskładany jest z minutowych sekwencji. Błyskotliwy slogan, krótka akcja, powabna babka, zmyślny gadżet i już biegniemy dalej. I kogo obchodzi, co pokazywali pięć minut temu? Można w trakcie podlać pelargonie, nakarmić psa Pikusia, zamówić pizzę i oświadczyć się narzeczonej – bez straty głównego wątku. Wszystko lekkostrawne. Przepływa przez mózg jak jajecznica przez puste jelita.

Trochę na własne życzenie. Bo tematyka „Spectre” to powtórka z rozrywki. Globalna inwigilacja! Niby powinno to elektryzować, bo pochodzi z pierwszych stron gazet, tyle że są to gazety sprzed trzech lat, kiedy na czołówki trafił Edward Snowden, program Prism i szpiegowanie obywateli przez agendy USA. Już wtedy był to temat przemielony gruntownie przez kino popularne, by przywołać „Wroga publicznego” czy czwartą „Szklaną pułapkę”. A i tak film nie odkrył niczego, czego nie pokazałby Francis Ford Coppola jeszcze w „Rozmowie” z 1974 r. Więc co? Wycieczka do Biskupina? Najnowszym modelem jaguara?

007 patrzy w dal

Pytanie nieuchronne: czy w „Spectre” producenci skrócili czy wydłużyli łańcuch agentowi 007? Otóż wydłużyli, ale znowu nie tak, żeby brykał na swobodzie. Musi się zmieścić w ramie. Bonda nie gra ani Murzyn, ani kobieta, co byłoby – podobnie jak czarny papież – pierwszą zapowiedzią rychłej Apokalipsy.

Po raz czwarty to Daniel Craig. Więc Bond kanciasty, siekierzasty, sękaty. Raczej idol kierowców ciężarówek niż bywalców kasyn. Mordka spiczasta, kocia. Niektórzy szydzą, że „skóra zdjęta z Putina”. Uszy – średnio wyposażony nietoperz. Wbrew tradycji nie brunet, nawet nie szatyn, włosy rzadkie, w nieładzie. Kolor – „len, co w błoto wpadł”. Do żurnala się nie nadaje, w scenach miłosnych nie przekonuje. Śladu nie zostało z angielskiego lorda jak u Moore’a czy z „czystego fryzjerstwa” Pierce’a Brosnana. Założyłbym się, że jak ma stanąć obok kobiety, to mu pod podeszwę podwiązują drewniane klocki, jak nie przymierzając Humphreyowi Bogartowi. Taki konus. Za to nosi na szkielecie sporo mięśni i trochę ciałka wokół brzuszka. W „Casino Royale” wychodził z morza (aluzja do Ursuli Andress z pierwszego odcinka) kawał chłopa w kąpielówkach ciasno opiętych na przyrodzeniu. Takiemu się wierzy, że jak przywali, to zabije. A jak pójdzie z babą do łóżka, to… Nie jak te poprzednie chucherka w „pancernych smokingach”.

Gorzej, że Bond w wykonaniu Craiga chronicznie popada w dostojewszczyznę. Stracił wigor, zadania wykonuje z ponurą determinacją, niechętnie, jak cieć na drugiej zmianie. Niby się poświęca „dla królowej i Anglii”, ale nie łudzi się nawet przez sekundę, że idea imperium brytyjskiego to już tylko rozdział w podręcznikach historii. Wypłakuje się więc w mankiet swojej szefowej, milknie w pół słowa, często patrzy w dal. Właściwie świetnie by się nadawał do kina moralnego niepokoju. Zanussi, Holland czy Kieślowski mogliby śmiało budować na nim swój filmowy dorobek.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 46/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy