Brazylijska wojna domowa

Brazylijska wojna domowa

W Săo Paulo gangsterzy doprowadzili do masakry

Była to największa erupcja przemocy kryminalnej w historii Brazylii. 20-milionowa metropolia Săo Paulo została sparaliżowana. W ciągu sześciu dni w gwałtownych starciach zginęło 155 osób, w tym 40 policjantów i strażników więziennych, 18 skazańców, czterech cywilów oraz 93 prawdziwych i domniemanych bandytów i gangsterów.
„Prowadzimy z nimi wojnę. Będzie więcej strat, ale się nie cofniemy”, zapowiedział dowódca policji stanu Săo Paulo, płk Elizeu Eclair Teixeira Borges. „Państwo rozpada się i generuje gwałt i anarchię.

Sytuacja w więzieniach jest katastrofalna,

zbrodniarze nie mają nic do stracenia”, twierdzi zajmujący się społecznymi problemami swego kraju reżyser José Padilha.
Lewicowy prezydent Brazylii, Luiz Inacio Lula da Silva, mówił o prowokacji i pokazie siły, urządzonym przez zorganizowaną przestępczość.
Rozkaz do krwawych rozruchów wydali zza krat bossowie osławionego gangu Primeiro Comando da Capital (Pierwsze Komando Stolicy, PCC), grasującego w stanie Săo Paulo. PCC sprawuje niemal absolutną władzę w beznadziejnie przepełnionych więzieniach. Gang ten został założony w 1993 r. przez skazańców, którzy przeżyli krwawą rebelię w więzieniu Carandiru, którą siły bezpieczeństwa brutalnie stłumiły, zabijając 111 ludzi. Początkowo Primeiro Comando walczyło o poprawę warunków w więzieniach, potem jednak stało się organizacją przestępczą, która zbiła majątek na handlu narkotykami i bronią, na porwaniach i wymuszeniach haraczy. Wszyscy bossowie PCC przebywają już za kratami, nadal jednak kierują gangiem poprzez przemycone do cel telefony komórkowe i przy pomocy skorumpowanych strażników.
Szacuje się, że PCC liczy około 10 tys. kryminalistów. Każdy członek organizacji musi płacić miesięczną „składkę”: ci, którzy są w więzieniu – równowartość
23 dol., bandyci na wolności – 10 razy więcej. Także inne gangi opłacają się PCC – przestępcy wiedzą, że tylko dzięki temu zdołają przeżyć w więzieniu, jeśli zostaną aresztowani. Wielu bandytów nie stać na comiesięczny okup, jednak długi wobec Pierwszego Komanda muszą zostać spłacone. Zadłużeni kryminaliści, którzy nie mają pieniędzy,

muszą wykonywać najniebezpieczniejsze rozkazy gangu,

aby ocalić życie. Zazwyczaj dokonują zamachów na policjantów i urzędników wymiaru sprawiedliwości. Atakują z taką furią i pogardą śmierci, że hersztowie PCC nazywają ich „bin Ladenami”. Dlatego zamieszki i bunty w więzieniach, wszczynane przez PCC, są niezwykle groźne. Gangsterzy działają sprawnie, ponieważ przejęli metody walki (a także frazeologię) od lewackich rebeliantów, z którymi dzielili los więźnia. PCC określa się z dumą jako Partia Zbrodni i zapowiada nawet wystawienie kandydatów w wyborach.
Władze obawiały się, że bandyci znów wzniecą krwawe rozruchy w zakładach karnych, jak to zwykle robili z okazji Dnia Matki. Dlatego postanowiono przenieść 750 skazańców, w tym ośmiu przywódców PCC, do więzienia Presidente Bernardes oddalonego 620 km od stolicy stanu. Więzienie to budzi postrach wśród bandytów, którzy nazywają je „Teksas”, z uwagi na surowe, „północnoamerykańskie” przepisy bezpieczeństwa panujące za kratami. Skazańcy przebywają zamknięci w pojedynczych celach 23 godziny na dobę. Wśród przeniesionych znalazł się sam szef PCC, Marcos Herbas Camacho, zwany Marcola, znany ze swej inteligencji. Podobno przeczytał „Piekło” z „Boskiej komedii” Dantego. Marcola nie chciał samotnie gnić za murami „Teksasu”, toteż postanowił zgotować piekło policji i funkcjonariuszom znienawidzonego państwa. Przez telefon komórkowy wprawił w ruch spiralę przemocy.
Săo Paulo zapłonęło 13 maja. Uzbrojeni w pistolety maszynowe, granaty ręczne, butelki z płynem zapalającym i maczety „bin Ladenowie” zaatakowali posterunki policji oraz gmachy sądów. Urządzali też polowania na pojedynczych stróżów prawa. Pewien policjant został zastrzelony w restauracji na oczach swej żony. Dwaj zakapturzeni osobnicy zabili innego funkcjonariusza i jego narzeczoną. Strzelali tchórzliwie, od tyłu. Siły bezpieczeństwa spodziewały się rozruchów, ale nie były przygotowane na tak potworny paroksyzm agresji. 46-letnia Lúcia Sousa da Silva zamknęła swój sklepik, kiedy grad kul przewiercił się przez ścianę. „Policjanci próbowali nas chronić, ale byli bez szans. Bandyci mieli przewagę”, opowiadała da Silva.
W największym mieście Ameryki Południowej złowrogo zawyły policyjne syreny. Gangsterzy zatrzymali i podpalili 80 autobusów, pozwoliwszy przedtem pasażerom odejść. Bunty wybuchły w ponad 70 więzieniach stanowych. Skazańcy puszczali z dymem budynki i wzięli ponad 200 zakładników spośród personelu.

Săo Paulo zostało sparaliżowane.

Zamknięto urzędy, biura, szkoły i sklepy. Opustoszała Avenida Paulista, zawsze rojna ulica eleganckich sklepów i restauracji. „To prawdziwa wojna domowa”, powiedziała wstrząśnięta sprzedawczyni gazet, Manuela Nascimento. Siły bezpieczeństwa, początkowo zaskoczone wściekłością gangsterów, przegrupowały się i ruszyły do kontrataku. Policjanci chcieli się zemścić za śmierć swych kolegów. Funkcjonariusze na internetowych forach wyrażali poparcie dla „szwadronów śmierci”, likwidujących bez sądu podejrzanych o bandytyzm. „Zemsta!”, „Masakra!”, krzyczały tytuły brazylijskich gazet. Według organizacji humanitarnych, zamaskowani policjanci w slamsach wielkiego miasta zabijali winnych i niewinnych.
„Klimat terroru nie może oznaczać dla policji licencji na zabijanie”, oburzał się Ariel de Castro Alves z brazylijskiego Ruchu Obrony Praw Człowieka. 16-letni Ricardo, który nie miał nic wspólnego z gangami, zginął od policyjnych kul, gdy wracał od swej przyjaciółki. Podobno policjanci wykorzystali rozruchy, aby zlikwidować tych, których od dawna podejrzewali o udział w strukturach przestępczości zorganizowanej. Ponad 100 osób trafiło do więziennych cel.
Szóstego dnia w metropolii wreszcie zapanował względny porządek. Bunty w więzieniach wygasły, uwolniono zakładników. Prasa brazylijska pisze, że władze przeprowadziły rozmowy i zawarły jakiś układ z uwięzionym szefem PCC, który wezwał swoich do spokoju. Władze temu zaprzeczyły. „Rząd nie przyjął żadnych żądań, nie było negocjacji”, zapewnił dyrektor generalny cywilnej policji stanowej, Marco Antônio Desgualdo. Komentatorzy jednak nie mają wątpliwości, że do pewnej nieformalnej ugody z gangsterami doszło.
Kiedy burza nieco ucichła,

zaczęło się poszukiwanie winnych.

Zaczęto krytykować gubernatora stanu, Claudia Lemba, który nie zgodził się na przyjęcie pomocy federalnej. Prezydent da Silva chciał wysłać do pogrążonego w chaosie miasta 4 tys. doborowych żołnierzy, lecz gubernator zapewnił, iż sytuacja jest pod kontrolą. Cała sprawa ma kontekst polityczny. Jesienią odbędą się w Brazylii wybory prezydenckie, w których da Silva będzie się ubiegał o reelekcję. Jego głównym konkurentem jest były gubernator stanu Săo Paulo, Geraldo Alckmin. Gdyby władze stanu przyjęły posiłki federalne, oznaczałoby to, że były gubernator nie potrafił przygotować stanowych sił bezpieczeństwa do walki z kryminalistami, co zmniejszyłoby jego szanse na sukces wyborczy. „Oni uprawiają gierki polityczne, a tu giną ludzie”, irytują się mieszkańcy największej metropolii Ameryki Południowej.
Parlament Brazylii zamierza podjąć stanowcze kroki, aby na przyszłość położyć kres przemocy. Projekt przewiduje powołanie federalnej agencji wywiadowczej, która będzie kontrolować więzienia, jak również przetrzymywanie szefów gangów w pojedynczych celach przez dwa lata (dotychczas było to możliwe tylko przez rok). Operatorzy telefonii komórkowej będą zobowiązani lokalizować swe wieże przekaźnikowe w ten sposób, żeby ich sygnały nie docierały do więzień. Planowana jest też budowa nowych zakładów karnych o zaostrzonym rygorze.
Ale prezydent da Silva twierdzi, że nie tędy droga.
Zdaniem szefa państwa, należy inwestować w szkoły, nie w więzienia. W ciągu 30 lat Brazylia zbyt mało środków przeznaczała na oświatę. Młodzi ludzie ze slamsów wielkich miast, w których biedni stają się coraz biedniejsi, nie mają innych perspektyw życiowych niż wstąpienie do gangu. Należy stworzyć dla nich nowe szanse.
Niektórzy uważają jednak poglądy prezydenta za zbyt idealistyczne. Mający opinię umiarkowanego renomowany socjolog Luiz Vianna podkreśla, że w obliczu zagrożenia ze strony mafii

demokratyczne państwo musi reagować twardo.

Miejsce gangsterskich bossów jest w więzieniu, w całkowitej izolacji od społeczeństwa. Należy też podwyższyć pensje policjantom i funkcjonariuszom służby więziennej, którzy nie są skłonni narażać życia za równowartość marnych 300 dol. miesięcznie.
Dyskusje trwają, lecz pewne jest jedno. Erupcja przemocy w Săo Paulo jest świadectwem ostrego kryzysu państwa brazylijskiego, które uważa się za lidera Ameryki Południowej, dąży do gospodarczej potęgi i zabiega o stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Wydanie: 21/2006

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy