Brazylijski koszmar Volkswagena

Brazylijski koszmar Volkswagena

Centrala koncernu z Wolfsburga udostępniła wojskowym swoje fabryki w Brazylii jako miejsca przesłuchań i tortur opozycjonistów

Wydawało się, że koncernu z Wolfsburga nic gorszego w najbliższych tygodniach spotkać nie może. Gdy amerykańscy regulatorzy ujawnili szokujące informacje na temat fałszowania wyników emisji spalin silników diesla w czasie testów nowych samochodów, przez firmę przeszło tornado. Szef koncernu Martin Winterkorn natychmiast podał się do dymisji, publicznie przepraszając za oszustwa i naruszenie prawa. Blady strach padł również na akcjonariuszy, bo finansowa przyszłość Volkswagena stanęła pod dużym znakiem zapytania – w samych tylko Stanach Zjednoczonych będzie musiał zapłacić 18 mld dol. odszkodowania, a w kolejce czekają potencjalne pozwy w innych krajach. Przede wszystkim jednak koncern poniósł ogromne straty wizerunkowe – w ciągu zaledwie kilku dni z symbolu solidności dostępnej dla niemal każdego członka klasy średniej przekształcił się w synonim chciwości i oszustwa.

Polowanie na związkowców

Jeszcze nie zdążyły opaść emocje związane ze skandalem emisyjnym, a już niemiecki potentat oberwał po raz drugi. Brazylijska Narodowa Komisja Prawdy, powołana w 2012 r. przez prezydent Dilmę Rousseff w celu zbadania zbrodni i nadużyć popełnionych przez rządzącą krajem w latach 1964–1985 dyktaturę wojskową, opublikowała pod koniec września raport, z którego wynika, że centrala koncernu zgodziła się udostępnić wojskowym swoje fabryki w Brazylii jako miejsca przesłuchań i tortur opozycjonistów. Dokument jasno wskazuje, że szefowie koncernu wiedzieli o łamaniu praw pracowniczych i niesłychanie ciężkich warunkach pracy w brazylijskich zakładach firmy, ale świadomie zgadzali się na wykorzystywanie ich przez wojskowych, kupując sobie w ten sposób spokój, przychylność reżimu, a przede wszystkim dostęp do zamówień publicznych, również dla tamtejszej armii. Dokument w całości nie został zaprezentowany publicznie, brazylijskie media pokazały jedynie jego fragmenty. Mimo to wnioski z kilkuletniej pracy śledczych są dla Volkswagena miażdżące – współpraca z dyktaturą trwała praktycznie nieprzerwanie przez dwie dekady jej istnienia, a tortury stosowane przez wojskowych w fabrykach koncernu miały doprowadzić do śmierci 12 lewicowych aktywistów.
Najbardziej szczegółowo opisany został przypadek Lucia Bellentaniego. Ten dawny mechanik z fabryki w São Bernardo do Campo (na przedmieściach São Paulo) opowiadał agencji AFP, że kiedy w drugiej połowie lat 60. zaczynał pracę dla niemieckiego koncernu, miał wrażenie, że złapał pana Boga za nogi. Trudno było wówczas o lepsze miejsce pracy – prestiżowa marka, rozpoznawalna na całym świecie, w dodatku zapewniająca stałe, regularne dochody. Co więcej, międzynarodowy charakter firmy dawał nadzieję, że Volkswagen zapewni swoim pracownikom bezpieczeństwo – nie tylko socjalne, ale i fizyczne. Jak wspominał Bellentani, strach przed represjami ze strony dyktatury był tak powszechny, że zdecydowana większość pracodawców w obawie o przyszłość swoich przedsiębiorstw nie wahała się wydawać lewicujących podwładnych służbom lub nawet sama wymierzała sprawiedliwość, często po prostu zwalniając z pracy pod zarzutem szerzenia komunistycznej propagandy. Zwolnienia, skreślenia z listy studentów i areszty tymczasowe były w tamtych latach codziennością dla każdego, kto zdradził się z lewicowymi poglądami.
W Volkswagenie miało być inaczej – wielu aktywistów żywiło nadzieję, że z powodu swojej wielkości, niezależności finansowej oraz europejskiego rodowodu koncern będzie miał odwagę i siłę postawić się generałom i bronić pracowników. Bellentani szybko się przekonał, jak bardzo jego oczekiwania rozmijały się z rzeczywistością. W wywiadzie dla „Jornal Nacional”, jednego z najliczniej oglądanych programów publicystycznych na całym świecie (sama sieć programów O Globo jest pod względem oglądalności druga w skali świata, po amerykańskiej ABC), opowiadał, jak pierwszy raz przekonał się o bliskich związkach swojego pracodawcy z dyktaturą. Schemat zawsze był podobny. Parę dni po demonstracji urządzanej przez lewicowe młodzieżówki lub nieoficjalne związki zawodowe kilku wyposażonych w kajdanki, broń palną i pałki członków służby porządkowej koncernu zjawiało się w hali produkcyjnej i odciągało od stanowiska pracy uprzednio zidentyfikowanych aktywistów. W magazynach spedycyjnych, najczęściej pustych w środku tygodnia, czekali już agenci służb lub wojskowi oficjele. Do połowy lat 70. pojawiali się tam sporadycznie i wykorzystywali proste metody, takie jak bicie, zastraszanie, groźby zwolnienia czy reperkusji wobec bliskich.

Sale tortur na zapleczu

Z czasem jednak aparat terroru w fabrykach został zinstytucjonalizowany. Zakład w São Bernardo do Campo dostosowano do potrzeb – zainstalowano tam ostre lampy jarzeniowe, krzesła, na których przesłuchiwani byli rażeni prądem, i wanny służące do podtopień. Szefowie brazylijskiej delegatury Volkswagena mieli wręcz wydać zgodę na oddanie dyktaturze na stałe kilku pomieszczeń na tyłach fabryki, które zostały specjalnie wyciszone i pozbawione dopływu naturalnego światła, by ukryć przed resztą zatrudnionych istnienie sali tortur w ich własnym miejscu pracy. W tych pokojach, z powodu obrażeń odniesionych w wyniku bestialskich przesłuchań, mogło umrzeć nawet 12 członków lewicowych ugrupowań opozycyjnych zatrudnionych przez Volkswagena.
Jak wynika z raportu Komisji Prawdy, wojskowi odwiedzali fabrykę ze szczególną intensywnością pod koniec lat 70., kiedy chwiejąca się dyktatura musiała się zmagać z przeszło milionowymi demonstracjami w największych miastach kraju. Na ten okres przypadł akurat jeden z najwartościowszych w historii Ameryki Południowej kontraktów na modernizację armii – brazylijscy generałowie zawarli umowę przedwstępną z niemiecką Bundeswehrą na transfer technologii niezbędnej do rozwoju tamtejszego programu nuklearnego oraz na unowocześnienie zaopatrzenia służb policyjnych i gwardii cywilnej. I choć część umowy dotyczącą atomu zablokowano z powodu sprzeciwu Stanów Zjednoczonych, już wtedy powoli odchodzących od wspierania południowoamerykańskich dyktatur, modernizacja pozostałych służb mundurowych odbywała się przy wydatnym współudziale Volkswagena. Łatwo zatem się domyślić, że rozprawa ze związkowcami była częścią okupu, jaki niemiecki koncern zapłacił za udział w intratnym przedsięwzięciu.

Surowce za współpracę

Prawnicy rodzin ofiar wnieśli już do sądu okręgowego w Brasílii pozew cywilny, domagając się dalszego zbadania sprawy i wypłacenia odszkodowań potomkom torturowanych w fabryce São Bernardo. Choć władze koncernu nie wydały jeszcze oficjalnego oświadczenia, zapowiedziały, że powołają własną, wewnętrzną komisję do zbadania „ewentualnych przypadków naruszania praw człowieka w zakładach należących do Volkswagena”. Postępowanie może jednak trwać latami, m.in. z powodu wciąż nieodtajnionych i niedostępnych akt dyktatury, ale jeśli brazylijscy śledczy okażą się tak skuteczni jak podobne komisje w Chile i Nikaragui, koncern z Wolfsburga może dostać zmuszony do wypłacenia wielomilionowego odszkodowania.
W całej tej historii chodzić może o dużo więcej niż sam fakt współpracy czy cichego przyzwolenia Volkswagena na tortury w jego fabrykach. Podobnie jak w skandalu emisyjnym może to być tylko wierzchołek góry lodowej. Nie jest bowiem tajemnicą, że wiele międzynarodowych koncernów, wchodzących w latach 60. i 70. na rynki Ameryki Południowej, kupowało sobie dostęp do surowców czy samą możliwość funkcjonowania na kontynencie, zgadzając się na rozmaite formy współpracy z autorytarnymi rządami. Niektóre, przede wszystkim amerykańscy potentaci przemysłowi, jak chociażby Texaco, otwarcie wspierały dyktatury finansowo i logistycznie, a ich prywatne służby porządkowe uczestniczyły w tajnych operacjach wojskowych wymierzonych w związki zawodowe i lewicowe organizacje opozycyjne.
Niewykluczone, że w wyniku działań brazylijskiej Komisji Prawdy dowiemy się niebawem o innych koncernach, które łamały prawa człowieka w tym kraju. Pierwsze podejrzenia padły na sektory spożywczy i naftowy, współodpowiedzialne dodatkowo za bezprawne wywłaszczenie setek tysięcy Indian.
Śledczy muszą jednak się spieszyć – ostatni funkcjonariusze brazylijskiej dyktatury są już w bardzo podeszłym wieku, podobnie jak ich ofiary i świadkowie zdarzeń. Mimo wszystko gra jest warta świeczki – cena, jaką Ameryka Łacińska zapłaciła za transformację demokratyczną, była ogromna. Szkoda, żeby zabrakło czasu na sprawiedliwość dla tych, których kosztowało to najwięcej.

 

Wydanie: 42/2015

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. Filip
    Filip 8 listopada, 2015, 08:22

    Jakoś nie dziwi mnie co robią ludzie Niemcy. Dopuścili się tak wielkich zbrodni w Europie i w Namibii że już nic nie może nas zadziwić.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy