Bronię Paszczyka

Bronię Paszczyka

Grecy sprzątają po igrzyskach, a Polacy szukają winnych słabego występu w Atenach. Nie ma sukcesów, więc i o ojcostwo trudno, a porażka jak zwykle jest sierotą.
Nikt się nie wyrywa z samokrytyką. Odezwał się tylko prezes PKOl, Stefan Paszczyk. Zwykle stonowany i ważący słowa szczerze powiedział o paru sprawach, które ciągną polski sport w dół.
I zaczęło się. Na głowę Paszczyka posypały się epitety. Dotkliwe i bolesne dla niego, porównywalne ze skalą frustracji po występach naszych olimpijczyków. Paszczyk dostaje po głowie za wszystko. Za niespełnione nadzieje rodaków. Za głupie wpadki i brak ambicji części sportowców. Za niekompetencję trenerów i działaczy.
Zrobienie z prezesa PKOl kozła ofiarnego jest na rękę wszystkim, którzy wyjazdu do Aten nie mogą uznać za sukces. Skutecznie pochowani przycupnęli i cicho czekają, aż burza minie.
Gdybyż to było takie proste, że wystarczy dymisja Paszczyka, a Korzeniowski poprowadzi nasz sport do sukcesów, to dlaczego nie?
Do ataków na PKOl, gdy tylko wyczuli zainteresowanie społeczne, przyłączyli się politycy i zrobili to jak zwykle, czyli głupio. Ale czegoż się było spodziewać, gdy o sporcie wyczynowym zaczęło mówić osławione Prawo i Sprawiedliwość. Czy Paszczyk nie ma racji, gdy mówi, że model i struktura naszego sportu są zaprzeczeniem logiki i przejrzystości. Zdublowane funkcje, nakładanie się kompetencji i przerosty administracyjne nie mogą dać lepszych efektów. Zwłaszcza przy tych nakładach, jakie są przeznaczone na sport. Z 0,55% budżetu w 1990 r. do 0,07% w tym roku. A w tym czasie zmieniło się dziesięciu szefów sportu.
Podobnie jak Paszczyk uważam, że potrzebna jest jedna instytucja zarządzająca sportem wyczynowym. I czy to się komuś podoba, czy nie, wyczyn wymaga zarządzania autokratycznego. Nie będzie wyników bez silnej ręki.
To można zrobić. Ale jak skutecznie przewartościować stosunek Polaków do wysiłku fizycznego, do rekreacji?
Krytykowany po Atenach PKOl przeszedł w ostatnich latach największe zmiany. Na lepsze. Jest dziś, jak na nasze warunki, nowoczesną, sprawnie działającą strukturą, potrafiącą się poruszać w świecie marketingu i sponsoringu. Sam Paszczyk zna się na tym, co robi, jak mało kto w Polsce. I zamiast robić z niego kozła ofiarnego, warto posłuchać jego uwag. Póki naprawdę nie jest za późno. Do Pekinu zostały jeszcze całe cztery lata.

Wydanie: 37/2004

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy