To jest duopol

To jest duopol

Po zburzeniu przez terrorystów World Trade Center pojawiło się między innymi podejrzenie, że za sprawcami ataku stały służby specjalne Izraela, dokładniej mówiąc diaboliczny Mossad. Dowodem na to zmyślenie miało być inne zmyślenie: Żydzi zatrudnieni w tych drapaczach chmur zostali uprzedzeni, aby feralnego dnia nie przychodzili do pracy. To twierdzenie także nie zostało bez „dowodu”, opierało się na wielu innych zmyśleniach. Do tego, aby przyczyny ataku nie stały się powodem zawziętego sporu i nie podzieliły Amerykanów na wrogie obozy, wystarczyło, że amerykańskie telewizje i gazety nie dały tej bujdzie żadnego stopnia prawdopodobieństwa. Zrezygnowanie z relacjonowania sensacyjnej bredni odbiło się niewątpliwie negatywnie na oglądalności i poczytności, ale media amerykańskie, chociaż można o nich powiedzieć wiele złego, nie dają w każdym przypadku pierwszeństwa względom komercyjnym. Mając wybór między wysokim prawdopodobieństwem oficjalnie poświadczonym a oszołomską sensacją, kierują się etyką zawodową i powszechną i opowiadają się po stronie prawdy. Nie mówię, że czynią tak w każdym przypadku, ale tam, gdzie w grę wchodzą poważne względy państwowe, wykazują poczucie odpowiedzialności. Polskie media na co dzień bawią się kłótniami między dwiema partiami obozu panującego: PiS i PO. Dziennikarzom i dziennikarkom wydaje się, że spełniają wysokie standardy swojego fachu, jeśli „sprawiedliwie”, czyli „po równo”, przedstawiają poglądy obu partii. To, że jedna z tych partii ma „trudności psychologiczne” i już nie wie, co jest jej propagandą dla innych, a co okłamywaniem siebie, w oczach dziennikarzy nie odbiera jej prawa do równego traktowania. To równe traktowanie polega na tym, że pisowskie halucynacje są stawiane na równi ze zdroworozsądkowymi czy fachowymi wypowiedziami drugiej strony.
Prędzej czy później musi dojść do poważnej dyskusji o zepsuciu demokracji w Polsce. Najbardziej zepsutą jej częścią są media, w szczególności telewizja. Jest nie do wytrzymania sytuacja, gdy ludzie źle wykształceni, źle wychowani, niemający poczucia odpowiedzialności, ślepi na wydarzenia rozstrzygające o przyszłości kraju, ustanawiający surrealistyczną hierarchię ważności spraw, jest nie do wytrzymania – powiadam – że tacy ludzie kształtują wolę ludu. Politycy stali się marionetkami w rękach telewizyjnych dziennikarzy i dziennikarek. Oni i one uważają się za powołanych do pouczania, zawstydzania, wymuszania namolnie ponawianymi pozornymi pytaniami poglądów poprawnych poprawnością nie wiadomo gdzie, przez kogo i kiedy ustaloną.
Figury mające „psychologiczne trudności” nie uczyniłyby żadnej szkody publicznej, gdyby telewizja nie zwielokrotniała wielomilionowo ich wymysłów. Przyczyną tego, że smoleńska paranoja trwa i obejmuje już ludzi, którzy niedawno byli zdrowi, są media, a telewizje prywatne i publiczne w szczególności. Nic nie jest bardziej na czasie niż Sołżenicynowski imperatyw: przede wszystkim nie kłamać. Szerzyć kłamstwo można na wiele sposobów. Jednym z nich jest dawanie głosu fantazji i bredni na równi z prawdą i prawdopodobieństwem.

Gdyby komuś, jakiejś sile społecznej, przyszła ochota odnowienia w Polsce zasad demokracji, powinien zacząć od zastanowienia się, na czym polega różnica między panującymi partiami – Prawem i Sprawiedliwością i Platformą Obywatelską. Czy te różnice tłumaczą, uzasadniają zajadłość, z jaką PiS traktuje swoją rywalkę? Pisowcy są przekonani, że różnica między nimi a Platformą jest przepastna, ale platformersi nie podzielają tego zdania. Mają u siebie, i to na eksponowanych stanowiskach, ludzi o poglądach pisowskich, minister Gowin ze swoim specyficznym poczuciem sprawiedliwości i doborem doradców nie jest jedynym tego przykładem. Do scharakteryzowania tych partii takie pojęcia jak prawica, konserwatyzm, liberalizm są bezużyteczne. Niewiele się powie, mówiąc, że Platforma jest prawicowa, a PiS skrajnie prawicowe, bo w Polsce pojęcie prawicy uległo wypaczeniu. Żeby o tym konflikcie powiedzieć coś znaczącego, trzeba, jak zwykle, odwołać się do analogii historycznych. Dominujące dziś w Polsce emocje i stereotypy zachowań politycznych powstały w okresie poprzedzającym powstanie styczniowe. (Nie dokładnie na ten temat, ale pokrewny znakomitą książkę „Przed tą nocą” napisała Barbara Petrozolin-Skowrońska). Wówczas ukształtował się podział na partię „białych” i „czerwonych”. Obie partie chciały tego samego, ale „białych” charakteryzowało umiarkowanie, a „czerwoni” w szaleńczy sposób dążyli do nieosiągalnego celu. Wobec podejrzanych o lojalizm stosowali skrytobójstwa, zorganizowali komando sztyletników do wykonania egzekucji, jak też fizycznego nacisku na rząd powstańczy. Narzucili „białym” rywalizację, która partia jest bardziej patriotyczna, i w ten sposób wywierali na nią wpływ i niejako pozbawiali podmiotowości.
Historia się nie powtarza, ale stereotypy zachowań potrafią trwać wieki. Platforma Obywatelska jest dziś partią „białych”, podporządkowaną ideologicznie „czerwonym”, niemającą ani odwagi, ani chęci stanowczo im się przeciwstawić. „Czerwoni” sprawując władzę rządową (i sądowniczą!), dopuścili się ciężkich nadużyć prawa, „biali” po wygranych wyborach powołali sejmową komisję śledczą z nieformułowanym na piśmie, ale widocznym i słyszalnym celem uznania tych nadużyć za niebyłe.
Panujący duopol polityczny zawdzięcza swoją pozycję temu, że ekipa generała Wojciecha Jaruzelskiego nie dopuściła do Okrągłego Stołu i wolnych wyborów innych reprezentacji społeczeństwa prócz „Solidarności”. Z tamtych rozstrzygnięć wywodzi się dzisiejszy duopol i nie można odmówić słuszności głosom, iż należałoby wreszcie zerwać ze skutkami Okrągłego Stołu. Społeczeństwo potrzebuje pełniejszej reprezentacji.

Wydanie: 50/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy