Brudny handel lekami

Brudny handel lekami

Sami producenci przyznają, że rynek leków jest bandycki. Obowiązuje na nim prawo dżungli

– Cześć stary, nie było cię na Majorce. Jeszcze kilka razy cię nie zaproszą i przestaniesz się liczyć – profesor ginekologii z troską pochyla się ku swojemu nie mniej sławnemu koledze. Rozmowa toczy się na kongresie o menopauzie. Prof. X sugeruje koledze: firma farmaceutyczna nie funduje ci wyjazdów, to znaczy, że jesteś nikim. Ciekawe, jak im się naraziłeś? A czy wiesz, jakie będą konsekwencje? Inni też przestaną cię zapraszać, nawet na takich wykładach jak tutaj nie zarobisz. Wylecisz z obiegu.
„Ktokolwiek zaatakuje przemysł farmaceutyczny, ryzykuje, że mu poderżną gardło. Niektóre spółki farmaceutyczne to istni handlarze broni w białych kitlach”, zapewnia jeden z bohaterów znanej powieści Johna Le Carré „Wytrwały ogrodnik” i choć stwierdzenie lepiej sprawdza się w powieści niż w życiu, przyznać trzeba, że konflikt z firmą farmaceutyczną w Polsce daje efekt domina: wszystko się wali. Za to love story oznacza duże pieniądze.
Przemysł farmaceutyczny jest dziś uważany za najbardziej rentowny. Zysk określa się na poziomie handlu bronią. Mniejsze jest tylko ryzyko.
Lista zarzutów wobec potentatów farmacji jest długa: lobbowanie płynnie przechodzące w korumpowanie urzędników, lekarzy i aptekarzy, fałszywe reklamy, nieuczciwe badania kliniczne, wmawianie, że każde zmęczenie i złe samopoczucie trzeba leczyć tabletkami, promowanie wyłącznie leków dla bogatych, na których można zarobić. I najważniejsze – pomijanie skutków ubocznych.
– Polski rynek farmaceutyczny jest jednym z najbardziej obiecujących, ale i kontrowersyjnych sektorów gospodarki – twierdzi dr Andrzej Cylwik, prezes zarządu firmy Case od trzech lat badającej ten rynek.
Jedno jest pewne – dziś jesteśmy krajem, w którym lekarze, pacjenci, szpitale, towarzystwa naukowe i stowarzyszenia chorych żyją za pieniądze i pod dyktando firm farmaceutycznych. – Wszyscy siedzimy u nich w kieszeni. Łatwo nami rządzą – ocenia sława polskiej medycyny i przypomina gwoli sprawiedliwości, że firmy dają też pracę dziesiątkom tysięcy Polaków, wykupują nierentowne fabryki i czynią z nich dochodowe przedsiębiorstwa.
Sensacją pokazującą kawałek uzależnienia od firm były działania min. Łapińskiego, który przy okazji zmian na listach refundacyjnych zmusił niektórych producentów do obniżenia cen leków o kilkadziesiąt procent. Nadzieją i próbą ucywilizowania sytuacji jest nowe prawo farmaceutyczne, próbujące określić, co jest pomocą naukową, co łapówką, a co uczciwą reklamą.

Kto dziś jest celem?

– Oczywiście, nie odpuścimy ani jednego gabinetu lekarskiego – mówi jeden z repów (tak określani są przedstawiciele medyczni, a jest ich ok. 3 tys.) – ale ja już się nie zajmuję łapaniem szarańczy. Jesteśmy skupieni na dotarciu do ordynatorów szpitalnych oddziałów. Dziś liczy się nie kilka recept, ale masowe zużycie leku.
Rep zarabia bardzo dobrze, ma samochód, komórkę, całą otoczkę luksusu, oczywiście na koszt firmy. Jednak ci, których poznałam, żyli w nieprzytomnym stresie – że wyprą ich nowo przyjęci, że gdzieś nie zdążą. Rep ma ubezpieczenie na życie i ono przydaje mu się najbardziej. Śmiertelność wśród tych młodych mężczyzn non stop przemierzających Polskę jest olbrzymia. I właśnie wspomnienia o kolegach, którzy zabili się w drodze ze szpitala do szpitala, dominują w prywatnych rozmowach. Ale na zwolnione miejsce czekają dziesiątki kandydatów po medycynie lub farmacji. Choć coraz częściej przyjmuje się absolwentów innych kierunków – niedoszli lekarze są zbyt delikatni, nie potrafią przycisnąć klienta. – Trzeba przedstawić produkt, chodzić po przychodniach i szpitalach. Liczy się łatwość nawiązywania kontaktów i wyczucie, kiedy i komu zaproponować długopis, a nie wycieczkę – opowiada jeden z nich. Pracują na akord. Muszą udowodnić firmie, że „ich” lekarze zapisują właściwe leki.
Na początku lat 90. największe interesy robiło się na targach medycznych, lekarze sami garnęli się do firm ciekawi nowych terapii. Potem opłacało się indywidualne kupowanie lekarzy, teraz liczą się układy z hurtowniami dające szybki i duży zysk. – Nie wiem, czy są placówki opieki zdrowotnej, w których nie wisiałyby kalendarze czy zegary z logo jakiejś firmy – mówi dr Grzegorz Luboiński, onkolog z Centrum Onkologii, który wydał wojnę brudnym kontaktom lekarzy z firmami farmaceutycznymi. – Zwykle już w rejestracji rzucają się w oczy długopisy z nazwami firm, na ścianie wiszą plakaty edukacyjne z informacjami, że niezbędny lek produkuje firma X. W ten sposób lekarz dowiaduje się, że reklama i wyposażanie gabinetów to normalny chwyt marketingowy. Później dowie się, że za każdą receptę na dany lek otrzyma pieniądze.
Lekarze wciągani są delikatnie. Przedwczoraj pani doktor miło podziękowała za zgrabny kitel z logo firmy, wczoraj w prezencie imieninowym przyjęła perfumy za połowę swojej miesięcznej pensji, dziś zaakceptowała zestaw darmowych próbek leków, jutro pojedzie na szkolenie na Cypr, pojutrze da się wciągnąć w międzygabinetowy wyścig, kto wypisze najwięcej recept na pewien preparat.
W niewielu wypadkach lekarze podają do publicznej wiadomości swoje kontakty z firmami. Schering dostarcza ulotki z informacją, że tabletki antykoncepcyjne (firma jest jednym z głównych producentów) nie zwiększają ryzyka nowotworów. Pod tekstem podpisał się doc. Krzysztof Maj z warszawskiej Akademii Medycznej: – Jest to tłumaczenie artykułu z poważnej, zachodniej prasy. Dołączyłem swój komentarz, bo osobiście, na podstawie praktyki jestem przekonany do głównej tezy.
Docent Maj zapewnia, że firma nie poprosiła go równocześnie, by zapisywał pacjentkom tylko ich pastylki.
Obowiązkowym celem firmy są też aptekarze. Dla nich również organizuje się konkursy lojalnościowe (przedstawiciel firmy prosi o coś na ból głowy, zaś aptekarz powinien podać jego lek) bądź zdrapki. Nagrodą, już tradycyjnie, jest wycieczka.
Jeśli firma chce wejść z lekiem na polski rynek, staje się najhojniejszym sponsorem. – Kilka razy przed kongresami neurologów prosiłem producentów o wsparcie – wspomina jeden z organizatorów. – Pewnego roku zgłosili się nieproszeni. Okazało się, że mają nowy preparat i chcą go zareklamować.

Reklama w połowie prawdziwa

22% ceny leku to koszty reklamy. Dużo, ale w firmach specjalizujących się w reklamie leków nastroje nie są najlepsze. W Medicalu (przygotowują reklamy leków przepisywanych tylko na receptę) mają mniej zamówień, bo nie wiadomo, co znajdzie się na liście refundacyjnej. Poza tym coraz trudniej wymyślić atrakcyjny chwyt. Każdy nowy pomysł kosztuje. Oto na reklamy witamin wszyscy producenci w 1996 r. wydali 25 mln, w 2000 r. – ponad 120 mln. Bo reklam jest nie tylko coraz więcej, są także coraz droższe i bardziej wyszukane.
Za zręczny wybieg Mirosław Nesterowicz (profesor prawa cywilnego z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika) uważa reklamę, w której studenci przed egzaminem przypominają sobie nazwę preparatu leczącego zgagę. Tylko taka odpowiedź zadowoli nieobecnego na ekranie egzaminatora, poważnego profesora medycyny. Nie złamano prawa farmaceutycznego zakazującego lekarzom lub aktorom ich udającym zachwalania preparatu, ale zasugerowano, że lek jest wspierany przez autorytet.
Firmy omijają prawo, choć kordon kontrolerów jest szczelny. Z jednej strony, obserwowane są przez urzędy celne i skarbowe. Z drugiej – oceniają je wyspecjalizowane jednostki rejestrujące leki, dopuszczające do badań klinicznych. Ich sytuację określa prawo farmaceutyczne, a rządowy nadzór sprawuje Główny Inspektorat Farmaceutyczny.
Zbigniew Niewójt, szef GIF, uważa, że nasze prawo jest szczególnie rygorystyczne. Lek natychmiast musi zostać wycofany, gdy są jakieś podejrzenia, że ma groźne dla zdrowia skutki uboczne. Jednak za najciekawsze Zbigniew Niewójt uważa monitorowanie reklam. – Od 1 marca będą obowiązywać nowe przepisy – tłumaczy. – Na ekranie nie może się pojawić nikt w białym kitlu. Jeśli reklama złamie przepisy, możemy zażądać natychmiastowego wycofania spotu i zamieszczenia sprostowania. Nie ma żadnych mandatów, reklamę trzeba po prostu zdjąć, dopiero wtedy firma może odwoływać się od naszej decyzji.
A przecież jeszcze do niedawna sławy medycyny nie widziały nic nagannego w reklamowaniu leku. O swej niewinności zapewniał np. prof. Marian Pardela, kardiochirurg reklamujący preparat na odchudzanie.
Aktualną sytuację Zbigniew Niewójt określa jako „rozpoznanie bojem”. Firmy badają, na ile uda im się ominąć przepisy.
Zapewne z dużym zainteresowaniem inspektorzy przeczytają tekst niedawno zamieszczony w „Lancecie”. Na podstawie reklam hiszpańskich udowodniono, że 40% podawanych informacji nie ma potwierdzenia w badaniach naukowych, nie informuje się o skutkach ubocznych. Fikcja miesza się z prawdą. Oto przykład: firma powołuje się na rzeczywiste badania na wybranej grupie. Powinni nią być starsi ludzie – były… zwierzęta. Sami producenci przyznają, że rynek leków jest bandycki. Obowiązuje w nim prawo dżungli.

Moralność lekarza na dnie

Prof. Mirosław Nesterowicz z UMK zapewnia, że gdyby lekarzom trzykrotnie podwyższyć pensję, i tak część z nich zachowywałaby się nieetycznie. Poziom moralności, o czym z pewnym zaskoczeniem mówią sami lekarze, osiągnął w ich zawodzie „dno dna”. Podnoszenie moralności z dna jest na razie formułowane tylko w słowach. Oto Towarzystwo Internistów Polskich (w nim bardzo aktywny prof. Andrzej Szczeklik) opracowało Kartę Lekarza i dokument jeszcze ważniejszy – „Związki lekarzy z przemysłem”. Była to, mówiąc najbanalniej, próba określenia, co lekarz może wziąć, a czego nie.
Konkretem jest wspomniane prawo farmaceutyczne, które wprowadza np. ograniczenia przy organizowaniu konferencji naukowych. „Objawy gościnności” nie powinny przysłaniać naukowego celu spotkania, a lekarz może przyjąć tylko prezent o „znikomej wartości”.
Przepisy, zdaniem prof. Nesterowicza, mamy przyzwoite, nieodbiegające od światowych standardów. Tyle że wiszą one w próżni. Oczywiście, należy odwoływać się do moralności lekarzy i liczyć na jej odrodzenie, ale na tym lirycznym podejściu nie można poprzestać. – To do izb lekarskich należy kontrola – twierdzi prof. Nesterowicz. On sam powiadomił swoją izbę o radiowym ogłoszeniu pewnej lekarki reklamującej własny gabinet w bloku reklamowym między meblami a pietruszką. Drugą służbą kontrolną, zdaniem profesora, powinny być oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia, które zastąpią kasy chorych. Już dziś kasy kontrolują liczbę zapisywanych leków. Teraz trzeba pójść krok dalej. Sprawdzać lekarzy. – Jeżeli na 150 pacjentów 135 otrzymuje ten sam preparat, trzeba skupić się na takim przypadku – ocenia prof. Nesterowicz. – Zapytać o ostatnie podróże i zmianę sytuacji finansowej. Tak właśnie prokuratura Bawarii bada sprawę 4 tys. przypadków przepisywania pacjentom określonych lekarstw w zamian za opłacanie przez ich producentów wycieczek dla lekarzy i zakup luksusowych samochodów. Podobne śledztwo toczy się w Hesji.
U nas takie pytania zadaje się rzadko i tylko wtedy, gdy komuś znanemu zdarzy się wpadka, czyli zostanie odnaleziony na kongresie, który po bliższym przyjrzeniu się okazuje się safari.
Kontrola zaś jest w powijakach. Okazuje się, że w Polsce jest 41 mln ubezpieczonych, czyli o kilka milionów więcej niż mieszkańców. Ci podwójnie ubezpieczeni to kpina z każdej kontroli. Nie mamy systemu komputerowego, który wyłapie podwójnie ubezpieczonych, ani takiego, który pokazałby lekarzy zapisujących ten sam lek. Ta sytuacja sprzyja rządom koncernów farmaceutycznych.
Pewnym pomysłem były receptariusze. Trzy lata temu Zachodniopomorska Kasa Chorych zaproponowała następujący układ: lekarz otrzyma dodatkowo 18 zł na każdego pacjenta. Warunek – będzie zapisywał leki ze specjalnej, tańszej listy. Ostro zaprotestowali producenci zachodni, mówili nawet o eutanazji. Receptariusz był pierwszą próba wprowadzenia polityki lekowej, kasa chorych zaoszczędziła 8 mln zł. To wtedy koncerny po raz pierwszy pisnęły, że obniżą ceny. Ponieważ receptariusze wycofano, o obniżce już nie wspominano. Aż tupnął minister Łapiński. I oto hurtowa cena preparatu-rekordzisty Pfizera spadła o 61%. Inne przykłady – plastry przeciwbólowe są tańsze o 30%, o 40% potaniały preparaty stosowane przy raku prostaty.
Przedstawiciele firm nie widzą w tym nic dziwnego. Tłumaczą, że przez kilka lat nie wprowadzano nowych leków na listę, więc przynajmniej zarabiali na starych.

Ubogiego na kongres wyślę

Paweł Żelewski kieruje Novartisem (szwajcarską firmą specjalizującą się w neurologii, onkologii i kardiologii) od kilku miesięcy. – Na Wyspy Kanaryjskie, Maltę, Kretę już nikogo nie wyślę – śmieje się. – Ale nic nie poradzę, że centra kongresowe znajdują się i w takich miejscach.
Szef Novartisu broni „wywożenia” lekarzy do różnych ośrodków. Daje przykład propagowania glivecu. Jest to znakomity nowy lek stosowany w niektórych białaczkach. Jeżeli lekarze pracują ciężko cały tydzień, weekend jest jedyną chwilą na podszkolenie się. – Jeżeli w Wiedniu jest kongres kardiologiczny – inny argument dyrektora – to pomagam wyjechać polskim lekarzom. Byłoby mi głupio, gdyby nie pojechali.
W rozmowach z szefami firm powraca oczywiście argument polskiej biedy. Skąd polscy lekarze mają wiedzieć o nowościach? Za co mają się szkolić? – pytają. Prof. Nesterowicz nie chce demonizować wyjazdów. – Gdyby firmy za nie płaciły, większość kongresów by się nie odbyła, a nawet jeżeli, to bez Polaków. Co innego wyjazdy jako nagroda za zapisywanie leku określonej firmy. To jest niedopuszczalne – twierdzi. Typowy wyjazd, którego profesor nie pochwala: kilkudziesięciu specjalistów jedzie na zjazd do Meksyku. Większość nie zna angielskiego, co jest bez znaczenia, bo uczestniczą tylko w otwarciu obrad.
O czym tu zresztą mówić, skoro jeden z byłych ministrów zdrowia, prof. Grzegorz Opala, o swojej nominacji dowiedział się w austriackim Kaprun, gdzie uczestniczył w kongresie neurologów. Za pieniądze firmy. Skłonności do Kaprun prof. Opala ma silne. Po raz pierwszy był tam w 2000 r., po raz drugi w roku 2002; na liście gości była również prof. Anna Członkowska, neurolog, wtedy członek komisji ustalającej nową listę leków refundowanych. Sponsorem była firma Beaufour Ipsen International. Wiele mówiło się również o wyjeździe stu onkologów na Maltę. Wyjazd sponsorował Novartis, a zdemaskował go wspomniany dr Luboiński z Centrum Onkologii.
W specjalnym wykładzie opisał on różne formy marketingu farmaceutycznego. Pierwsza sięga najwyżej, do urzędników państwowych. Przykładem może być lista leków refundowanych. Na te same leki ustalono różne limity, a więc bariery, do których dopłaca państwo. – Lekarz zapisując droższy lek, przysparzał zysku firmie. Chyba niebezinteresownie – komentuje dr Luboiński. – Ale limit musiał najpierw ustalić urzędnik państwowy.
Kolejny sposób marketingu skierowany jest do dyrektorów i ordynatorów. – Nie są oni odporni na reklamę – komentuje dr Luboiński. – Tego nikt nie uczy na medycynie. Za to, ci którzy do nich przychodzą, są świetnie wyszkoleni. No i jeszcze jedno – za słowami idą duże i „inteligentnie” wręczane pieniądze. Przykładami nie służę, niestety, bo wszystko odbywa się w ciszy gabinetu, wystarczy jednak przywołać wykłady wielkich bossów polskiej służby zdrowia organizowane w atrakcyjnych miejscowościach i nader sowicie opłacane. Są kraje, w których sponsorowane wykłady byłyby wstydliwie ukrywane. U nas nie widzi się w tym nic złego. Podobnie jest, gdy ordynator zaleci stosowanie określonego zestawu leków, konsultant wypowie się pozytywnie o celowości wprowadzenia preparatu na listę refundowaną. Jaki wpływ na to ma wiedza, jaki reklama, a jaki zlecenie na wygłoszenie wykładu w luksusowym kurorcie?
Zadawane przez dr. Luboińskiego pytania powodują, że nie wszyscy koledzy poznają go na korytarzu. – Ale ja mogę spokojnie patrzeć w lustro – zapewnia.
Nie każdy lekarz może tak powiedzieć, również nie każdy dziennikarz. W rankingu korupcyjnym przeprowadzonym wśród pracowników działów public relations, a opublikowanym w miesięczniku „Press” dziennikarze piszący o medycynie ustępowali tylko swoim kolegom piszącym o motoryzacji. Otrzymali 24% wskazań, ostatni na liście – dziennikarze sportowi – 7%.

Testowanie na Polaku

– Jakość badań klinicznych w polskich placówkach jest na poziomie europejskim, natomiast ceny niższe. Opłaca się więc u nas testować leki na pacjentach – zapewnia dr Luboiński i opowiada o możliwych przy takiej okazji przekrętach. – Znam przypadki, gdy honorarium za badania znikało w kieszeni kierownika kliniki z całkowitym pominięciem wykonujących badania i fiskusa.
Z rozmów z lekarzami wyłania się następujący obraz: firmy walczą o kliniki, które oczywiście wybierają te najlepiej płacące. Jakość specyfiku i dobro pacjenta schodzą na dalszy plan.
Każde badanie leku musi przejść przez komisję etyczną. – Komisji etycznej łatwiej podjąć decyzję, gdy kilku jej członków uczestniczyło w szkoleniu zorganizowanym w kurorcie. Fachowcy od marketingu potrafią to zaaranżować w ten sposób, by członkowie komisji byli przekonani, że to oni zrobili uprzejmość, uczestnicząc w szkoleniu, i że tam właśnie posiedli obiektywną wiedzę na temat preparatu – kpi dr Luboiński.
Prof. Stefan Raszeja 20 lat temu stworzył w gdańskiej AM jedną z pierwszych komisji etyki badań naukowych. Do dziś jest jej przewodniczącym. Przyznaje, że w stosunku do dziewięciu profesorów zasiadających w komisji formułowano zarzuty o zbyt bliskie kontakty z firmami. Każdy był wyjaśniany. Wnioskodawca, ten, kto chciałby prowadzić badania, ma prawo odwołać się od decyzji profesorów. Tylko raz instancja nadrzędna uwzględniła odwołanie. Ostatnio komisja odrzuciła wniosek firmy chcącej testować krem dermatologiczny na zdrowych dzieciach. – Zawsze jesteśmy po stronie pacjenta – podkreśla prof. Raszeja. – Określamy toksyczność leku, celowość i ryzyko działania.
Prof. Raszeja przyznaje, że najwięcej emocji budzą badania leków onkologicznych. Kryją najwięcej tajemnic, ale dla wielu pacjentów są jedyną nadzieją. W jednej z klinik kobiety, które zakwalifikowały się do badania nowego leku na raka sutka, płakały ze szczęścia. Dla nich był to los wygrany na loterii.

Dobrotliwy uśmiech olbrzyma

Firmy mają zalety. Specjaliści wyliczają: sponsorują konferencje, sesje, ściągają prelegentów, na których nie byłoby nas stać, rozdają książki, a czasopisma medyczne są tanie właśnie dzięki ich reklamom. Ale jak każdy współrządzący krajem przestały tłumaczyć się ze swoich pieniędzy. Dużo przeznaczają na szeroko pojętą działalność „dla ludzi” i chcą, żeby odbywało się to w światłach jupiterów. Logo firmy znajduje się na każdym charytatywnym zakupie. GlaxoSmithKline informuje: „Zrealizowaliśmy wypoczynek dla dzieci z HIV i niepełnosprawnych, kupiliśmy 65 tys. szczepionek przeciwko grypie dla dzieci z domów dziecka”. Eli Lilly przypomina o akcji „Schizofrenia – Otwórzcie drzwi”.
Do zachodnich firm dołączyli krajowi potentaci. Grzegorz Michniewski z Polpharmy wylicza: – Najnowszy dar to 4 mln zł przeznaczone na granty dla polskich naukowców.
Przedsięwzięcie kilkoma milionami wspiera także Novartis. By kontrolować działania powstałej Fundacji Wspierania Polskiej Nauki i Medycyny, powołano Radę Etyki.

Leczenie złego humoru

Mówiąc najprościej, firmy wymyślają nowe choroby, żeby nas leczyć i zarabiać. Już w latach 50. wmówiono sfrustrowanym amerykańskim gospodyniom domowym, że jeżeli będą łykać relanium, ich życie będzie milsze. Dziś największe nadzieje wiąże się z menopauzą i andropauzą. Oczywiście, nie są to choroby wzięte „z sufitu”, ale głębokość ingerowania w organizm jest dyskusyjna. Inny rynek zysku to na pewno problemy z erekcją. W końcu Pfizer zarobił na viagrze fortunę. Kolejny – depresje. Wmawia się ludziom, że każdy smutek można i trzeba zlikwidować tabletkami. W tej sytuacji profilaktyka pozostaje czymś śmiesznym i niemedycznym.
Firmy kreują choroby, potem leki, ale czasami wpadają we własne sidła. Oto w aptekach znalazło się prawie równocześnie osiem dobrych preparatów antypadaczkowych. Producenci wycofali się z badań klinicznych nad kolejnymi, bo kawałki tortu z zysku mogłyby być jeszcze cieńsze. Inną wątpliwą zasadę sformułowali producenci leku przeciwko infekcji, która atakowała konie w Ameryce Południowej. Lek okazał się rewelacją, infekcję wybito, a firma poniosła straty, bo nagle musiała przerwać produkcję preparatu. Tak więc lek nie może być zbyt skuteczny.
„Gdzie twoim zdaniem mieści się kryjówka najobłudniejszych, najbardziej kłamliwych, przebiegłych i pełnych hipokryzji drapieżnych typów?”, pyta bohater „Wiernego ogrodnika”. Ale nie wszyscy chcą się podpisać pod tym pytaniem.
Wielu specjalistów twierdzi, że nie potrafimy poradzić sobie z naszym systemem opieki zdrowotnej i szukamy chłopców do bicia. A ci winni są coraz bardziej niecierpliwi. – W końcu jak nam wszystkiego będziecie zabraniać, to możemy się wycofać ze sponsorowania. Nie będzie kongresów, a stowarzyszenia chorych staną się kółkiem niedzielnym. Nie dostaną wyjazdów ani leków. Niczego.


Kodeks Etyki Lekarskiej – art. 62
Lekarz buduje swoją zawodową opinię, opierając się jedynie na wynikach swojej pracy. Dlatego wszelkie reklamowanie się, bezpośrednie lub pośrednie, jest zabronione. Lekarz nie powinien dopuścić do używania swego nazwiska do celów komercyjnych.


Wiarygodność informacji na temat leków – w skali od 1 do 5
4,60 – lekarz
4,56 – własne doświadczenie
4,44 – farmaceuta
3,93 – znajomi
3,73 – ulotki w aptece
3,19 – reklamy
OBOP 2002


Uważam, że lekarz może przyjąć od przedstawiciela firmy
96% – literaturę medyczną
81% – słuchawki lekarskie
73% – długopis
62% – aparat EKG
56% – kalkulator
42% – komputer
35% – czajnik elektryczny
26% – telewizor/wideo
22% – kosmetyki
Sonda przeprowadzona wśród lekarzy przez wydawnictwo „Medycyna praktyczna”. Można było podać więcej niż jedną odpowiedź.


Inwestycje zagraniczne
Według danych Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych, łączna wartość nakładów zagranicznych firm farmaceutycznych sięga około 590 mln dolarów. Najwięksi inwestorzy to:
Inwestor Wartość inwestycji w mln dolarów
GlaxoSmithKline 230,4

Pilva 154
ICN Pharmaceuticals 51,1
Servier 36
KRKA 25
Byk Gulden 22
Novartis 18


Łakomy kąsek
* 7% rozdrobnionego krajowego rynku należy do Glaxo. 40% rynku należy do 40 firm. Zaledwie połowa z nich ma w Polce zakłady wytwórcze. Resztę podzieliły między siebie ponad setka importerów oraz kilkanaście większych i kilkadziesiąt małych zakładów krajowych.
* Sprzedaż leków rośnie w Polsce w tempie kilkunastu procent rocznie. W 2001 r. wyniosła 2,9 mld dolarów, w 2005 r. ma sięgnąć 4 mld. Zachodnie koncerny sprzedają głównie leki innowacyjne (droższe), polskie – odtwórcze (tańsze).

* W Polsce działa 115 producentów leków.

Wydanie: 9/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy