Burza po szaleju

Burza po szaleju

Kiedy w 1994 roku Stanisław Helski uderzył kamieniem owiniętym w gazetę Wojciecha Jaruzelskiego, podpisującego we Wrocławiu swoją książkę, medialnej wrzawy nie było

„Mord polityczny”, „zabijają opozycję” – rozkrzyczały się media po ataku Ryszarda C. na siedzibę PiS w Łodzi. Głos w tej sprawie zabrali prezydent, premier, marszałek Sejmu, zwołano posiedzenie komisji sejmowych. Słusznie. Zbrodnię tę – jak każdą inną – trzeba potępić, mordercę surowo ukarać i chociaż nie pomoże to najbliższym ofiary czy ciężko rannemu, przywróci poczucie ładu. Ludzie muszą wierzyć, że norm społecznych łatwo łamać nie wolno. Ale ten głośny ostatnio czyn pokazał nie tylko to, że szaleńcy (bo nikt normalny nie strzela nagle i nie rzuca się z nożem na drugiego człowieka) szukają rozgłosu – a politycy ostatnio odgrywają rolę celebrytów – lecz przede wszystkim obłudę elit politycznych oraz mediów.
Kiedy w 1994 r., 11 października (jesień, jak widać, to wciąż niebezpieczna dla Polaków pora) Stanisław Helski uderzył kamieniem owiniętym w gazetę Wojciecha Jaruzelskiego, podpisującego we Wrocławiu swoją książkę, takiej medialnej wrzawy nie było. Choć generał doznał poważnych obrażeń, napastnik został skazany na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu i tylko sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej na wniosek Andrzeja Micewskiego potępiła ów zamach. Dla ówczesnych elit i mediów ta napaść była swoistym przedłużeniem werbalnych ataków na generała, które – jak powszechnie sączono i sączy się nadal – przecież mu się należały. Nikt nie krzyczał, że stało się coś niebezpiecznego w życiu politycznym, bo też nikt nie krzyczał stosownie głośno, gdy Lech Wałęsa prowadził swoje ulubione wojny na górze, dostawiał albo odcinał polityczne nogi, brutalizował język wypowiedzi publicznych, łamał standardy zachowań.
Jarosław Kaczyński paskudnie wykorzystuje dziś kolejną śmierć do własnych celów politycznych – zarzuca Platformie Obywatelskiej, że to ona wywołała nienawiść do PiS. Otóż nie. Ten wiatr siał Lech Wałęsa przy aktywnym współudziale m.in. Jarosława Kaczyńskiego. Nie sposób zapomnieć, kto pierwszy rzucał na wizji teksty: „Panie, ja panu nie przerywałem, jak pan dyrdymały opowiadał”, „Zagraża nam znowu komuna, jeszcze raz trzeba podnieść sztandary do góry. Ostrzegam, że zbrodniarze nie są rozliczeni i chodzą po ulicach”, no i najsłynniejsze: „Panu to ja mogę nogę podać” (słowa kierowane do Aleksandra Kwaśniewskiego podczas telewizyjnych debat prezydenckich w listopadzie 1995 r.).
Wcześniej, bo na początku roku 1990 Lech Wałęsa zarzucał rządowi Tadeusza Mazowieckiego zbyt wolną realizację programu politycznego „Solidarności”, m.in. zbyt ślamazarne usuwanie starej nomenklatury. Sekundował mu Jarosław Kaczyński: „Hybrydalny system władzy Jaruzelski-Mazowiecki musi przestać istnieć” (posiedzenie Komitetu Obywatelskiego 24 czerwca 1990 r.). Niezwykle ochoczy do wojowania pierwszy przywódca „Solidarności” po wielekroć uzasadniał, że „potrzebna jest wojna na górze, by na dole był spokój” (nie wiem, czy ktoś podjąłby się interpretacji sensu tego zdania). Efektem – wiadomo – było rozbicie jedności ugrupowań posolidarnościowych. O wiele poważniejsze spustoszenia dokonały się jednak w głowach i w języku Polaków. Zobaczyliśmy, że każdy autorytet można zbesztać (słynny atak Wałęsy na Jerzego Turowicza i Andrzeja Wielowieyskiego, z którego do potocznej mowy weszło: „Stłucz pan termometr, a nie będziesz miał gorączki”), a łaskę pańską odebrać osobie demokratycznie powołanej („Heniu, czuj się odwołany” – do Henryka Wujca jako sekretarza Komitetu Obywatelskiego). Potem to już poszło – jak oczko w pończosze, popruły się wszystkie normy zachowań.
Dzisiaj niby jesteśmy zmęczeni militarnym słownictwem w polityce, w mediach, ale napędzamy oglądalność tym programom, gdzie politycy sobie ubliżają (niekiedy specjalnie ku uciesze gawiedzi, bo potem przyjaźnie idą na wódkę), wierzymy chętnie różnym uproszczonym interpretacjom. A aktywniejsza część z nas przenosi te wzorce zachowań i biega na marsze z pochodniami Jarosława Kaczyńskiego lub pali świece w noc 13 grudnia pod prywatnym domem Wojciecha Jaruzelskiego (wcześniej paliła też kukły – niebezpiecznie dużo tego ognia). Nikt temu barbarzyństwu specjalnie się nie przeciwstawia (ostatnio na promocji swojej biografii Henryka Krzywnos przyznała, że wstydzi się za tych swoich kolegów, którzy jeszcze dziś nie potrafią dać spokoju staremu, schorowanemu generałowi). Jak media długie i szerokie (poza nielicznymi wyjątkami, np. „Przegląd”), nikt nie stukał się hucznie w głowę, gdy gen. Jaruzelskiego i innych „twórców stanu wojennego” oskarżono przed sądem o udział w zorganizowanym związku przestępczym o charakterze zbrojnym! Nie było też powszechnego zniesmaczenia, gdy prezydent Lech Kaczyński wyjaśniał, że nie wiedział, iż podpisuje przyznanie Wojciechowi Jaruzelskiemu Krzyża Zesłańców Sybiru. Media wolały kpić z nieudolności urzędników prezydenckiej kancelarii, niż skrytykować ówczesną głowę państwa dziękującą za piękne i godne zachowanie generała, gdy ten odznaczenie oddał. Upiory z przeszłości są ciągle nad wyraz żywotne, przecież w styczniu 2009 r. Sejm RP uchwaloną przez siebie ustawą odebrał członkom WRON emerytury wojskowe. Nic to, że gen. Jaruzelski był zawodowym żołnierzem, przeszedł bohatersko cały szlak II wojny. Liczy się mała (mała?) zemsta. Wojna, przyłożenie „im”. Od ponad 20 lat w społeczeństwie odgórnie utrwala się podział na gorszą „postkomunę” (cokolwiek miałoby to znaczyć, bo można mieć 30 lat, należeć do lewicowej organizacji i zostać postkomunistą) i część lepszą, nieskażoną. Dzisiejszym mistrzem podziału jest oczywiście Jarosław Kaczyński („tam stało ZOMO, a tu my”). Ci, którzy w tamtym (czyli w PRL) legalnie istniejącym państwie, uznawanym przez społeczność międzynarodową byli albo aktywni, albo po prostu nie wstydzą się tego fragmentu życiorysu bądź go nie wypierają ze swej świadomości, siedzą cichutko po kątach, bo niewiele pozostało dla nich miejsca do działania. Niektórzy się przefarbowali (nie każdy musi mieć silny charakter, nawet gdy chodzi o byłych funkcjonariuszy aparatu centralnego szczebla), inni nie mają po co się afiszować z nienapastliwą oceną minionego okresu, w którym niekiedy (o zgrozo!) dostrzegają nawet dobre strony. Tylko czasami, przed jakimiś wyborami, przeżywają swoje pięć minut – jako milczący, niezagospodarowany elektorat – gdy nawet Jarosław Kaczyński ciepło potrafi coś napomknąć o Edwardzie Gierku, dajmy na to.
Mit strasznej „komuny” i okropnego „Peerelu” ma się coraz lepiej (znakomitym utrwalaczem jest np. IPN), a to właśnie tamten podział, z początków „transformacji” na „onych” i „nas” legł u początków wewnętrznej wojny. I tu, powtarzam, nie można zapomnieć swoistych zasług Lecha Wałęsy. Zwolennicy odkreślania grubą kreską tego, co było, zostali przez solidarnościowych watażków odsądzeni od czci i wiary. I tak pogrążamy się przez lata w spiskowych teoriach, podejrzliwości, „potępieńczych swarach”, fobiach – szaleństwo się rozrasta. I dopiero szaleńcy, doprowadzając do tragedii, dają szansę na otrzeźwienie. Ale wypiliśmy już chyba za dużo szaleju.

Autorka jest krytyczką literacką i publicystką.

Wydanie: 43/2010

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy