Burzliwy seks w czasach terroru

Burzliwy seks w czasach terroru

Zamachy na Stany Zjednoczone zmieniły moralność Amerykanów

Przed 11 września Betsy była osobą skromną i powściągliwą. Kiedy jednak wyniosłe wieże World Trade Center legły w gruzach, młoda kobieta wydzwania do mężczyzn, których niekiedy zna tylko z widzenia i pyta prosto z mostu: „Czy masz ochotę na seks”.
„Nie jestem nimfomanką, jednak po tym, jak w ciągu niespełna godziny pięć tysięcy ludzi straciło życie, nie mogę się powstrzymać. Nie chcę już budzić się sama, ani tracić czasu na długie romanse”, wyznaje 26-letnia operatorka dźwięku w studio nagraniowym.
Tony, 32-letni programista komputerowy, uciekał wraz z innymi, gdy waliły się dumne drapacze chmur. „Oczywiście, piekielnie się bałem. Jednocześnie jednak patrzyłem na krągłe, jedwabiste kolana biegnących dziewcząt, na pokryte perlistym potem dekolty kobiet i zastanawiałem się, jak by z nimi było w łóżku, jakie są w dotyku”.
Tony nie jest wyjątkiem. Zamachy w Nowym Jorku i w Waszyngtonie, a potem lęk przed bioterroryzmem zmieniły seksualną moralność Amerykanów, a szczególnie chłodnych zazwyczaj i opanowanych nowojorczyków. Brukowiec „New York Post” i inne gazety ogłosiły nawet: „Koniec czasu pruderii”. Młode kobiety i mężczyźni

krążą po dyskotekach

i restauracjach, szukając partnera na jedną noc, niekiedy także na dłużej. 27-letnia dziennikarka opowiada: „Tęskniłam za seksem we wszystkich jego odmianach i postaciach. W tydzień po zamachu biegałyśmy z przyjaciółkami od baru do baru. Słuchałyśmy tam wiadomości, tak naprawdę jednak było to polowanie na facetów”.
Psychologowie mają dla tego fenomenu odpowiednie nazwy, zazwyczaj stosowane w postaci skrótów. „TS” oznacza „Terrosex”, „EOWS” to „End-Of-The-World-Sex”, czyli seks w obliczu końca świata. Nowojorski psychiatra, Howard Brown, mówi o „syndromie PDS” (Post-Desaster-Sex, czyli seks po katastrofie). Zdaniem Browna, to całkowicie normalna reakcja, nawet jeśli nie podoba się ona moralistom. Po 11 września psychiatra musiał telefonicznie uspokajać wielu zatrwożonych nowojorczyków, którzy nagle poczuli żądzę uciech miłosnych i bali się, że to może początek choroby psychicznej.
„To nie jest żadna hańba. W ekstremalnych sytuacjach kryzysowych, w czasie wojny, po trzęsieniu ziemi czy wybuchu wulkanu przedstawicieli obu płci ogarnia prawdziwy głód seksu. Znaczy to tylko: „Kiedy śmierć się zbliża, chcę być tak bardzo żywy, jak tylko jest to możliwe”, twierdzi Pepper Schartz, seksuolog z University of Washington.
I rzeczywiście Marlon Brandon, udzielająca terapeutycznego masażu w jednostce straży pożarnej, uczestniczącej w niebezpiecznej akcji ratowniczej po zamachach, tak wyjaśnia nagłą eksplozję mentalności „Korzystaj z dnia”: „Gdybym tylko miała czas i okazję, pewnie uprawiałabym seks od rana do wieczora, aby tylko mieć uczucie, że jeszcze pozostaję przy życiu. Cóż bowiem oznacza

odrobina szybkiego seksu

wobec faktu, że jutro wszyscy możemy być martwi?”. Z takiego nastawienia korzysta wielu Don Juanów, którzy uprzednio mieli w Nowym Jorku raczej ciężkie życie. 28-letni makler giełdowy, Oliver, nie kryje zadowolenia: „Przed zamachami spotkania na jedną noc były nie do przyjęcia. Gdybym właśnie poznanej dziewczynie powiedział coś o seksie, byłby to koniec rozmowy. Obecnie jest całkowicie inaczej”.
Z biologicznego punktu widzenia, fenomen „TS” usiłuje wyjaśnić antropolog, Helen Fisher z Rutgers University w New Jersey. Oto w sytuacjach stresowych organizm wytwarza cały koktajl neuroprzekaźników i hormonów. Wzrasta poziom dopaminy i testosteronu. Prowadzi to do pobudzenia libido. „Ostatni raz obserwowałam taki fenomen po trzęsieniu ziemi w Los Angeles w 1994 roku”, mówi Helen Fisher.
Erotycznych przygód poszukują szczególnie intensywnie przedstawiciele zawodów uznawanych obecnie za niebezpiecznie – policjanci, ale także pocztowcy. 25-letnia listonoszka Amy opowiada: „To niewiarygodne. Dotychczas w naszym fachu największym niebezpieczeństwem było pogryzienie przez psa. Teraz możesz nawdychać się wąglika, który wydostanie się nawet z zamkniętej koperty albo nadleci z wentylatora. W tej sytuacji nie ma już na co czekać. Nawiązałam romans z kolegą, który od dawna mi się podobał. Po raz pierwszy nawet nie poszliśmy do niego. Zrobiliśmy to w samochodzie pocztowym”. Fama głosi, że jak grzyby po deszczu wyrastają w Nowym Jorku kluby wymiany partnerów. Urzędniczki w biurach i uczennice w szkołach średnich dyskutują o seksie dłużej niż o wągliku. W Internecie pojawiły się rady osobników podających się za lekarzy. Twierdzą oni, że uprawianie miłości jest obecnie czynem głęboko patriotycznym, gdyż wzmacnia układ odpornościowy organizmu i wąglik nie ma żadnych szans…
Czy następstwem wywołanej przez terrorystów epidemii strachu będzie nagły skok przyrostu naturalnego po dziewięciu miesiącach? Wiadomo, że po sytuacjach kryzysowych czy katastrofach naturalnych, a nawet długich wyłączeniach prądu, dzieci sypią się jak dojrzałe gruszki z drzewa. Tym razem eksperci są sceptyczni. Wielkiego urodzaju bobasów zapewne nie będzie – nawet w czasach terroru Amerykanki nie zapominają o tabletkach antykoncepcyjnych.
Wielu obywateli USA, wyniosłych singles zazwyczaj pilnie strzegących swej niezależności, obecnie poszukuje partnera nie na jedną noc, lecz na dłużej. Do nielicznych przedsiębiorstw, które wciąż prosperują, należą biura samotnych serc, jak kalifornijska

agencja internetowa

eharmony.com, oraz instytuty matrymonialne. „W ostatniej minucie swego życia chciałbym móc zadzwonić do kogoś innego niż własna matka”, wyznaje pewien młody mieszkaniec Nowego Jorku. Bonnie Jacobson, prowadząca poradnię małżeństwa i partnerstwa, autorka bestselleru „Gdybyś tylko potrafił słuchać”, zauważyła, że coraz więcej osób przywiązanych do swej samotności obecnie rezygnuje z oporu i decyduje się na stały związek. „Jedna z moich klientek, kobieta w wieku lat trzydziestu kilku, nie chciała słyszeć o małżeństwie. 11 września poznała jednak mężczyznę i już przeprowadziła się do niego. Obecnie uważa, że to najlepsza rzecz, jaka mogła ją spotkać w życiu”, opowiada Bonnie Jacobson.
Zdaniem socjologów, w czasach terroru może zmniejszyć się liczba rozwodów. Breffni Barrett, prowadząca „terapie rodzinne” w San Diego, odległym przecież o ponad cztery tysiące kilometrów od Nowego Jorku, opowiada: „Coraz częściej przychodzą do mnie pary i mówią: „Nie potrzebujemy już długiej terapii, gdyż właśnie w tym trudnym okresie odkryliśmy, że się kochamy”.
Prawdziwy szturm przeżywają amerykańskie urzędy stanu cywilnego. „Wesela staną się głównym społecznym fenomenem przyszłego roku”, mówi zadowolona Reem Acra, projektantka luksusowych sukien ślubnych. Socjologowie mają jednak wątpliwości, czy związki oparte tylko na nagłej potrzebie obecności drugiego człowieka i wzajemnym wyznaniu intymnych lęków przetrwają próbę czasu. Bezpośrednio po wybuchu oraz po zakończeniu II wojny światowej także w Wielkiej Brytanii doszło do eksplozji małżeństw. W latach 1946-1950 liczba rozwodzących się angielskich par wzrosła jednak czterokrotnie.

 

Wydanie: 45/2001

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy